Fot. BBC

Doktora portret własny

Artykuł zawiera spojlery z odcinków do Time of the Doctor włącznie.

 

Kiedy w roku 2005 Doctor Who powrócił na ekrany po szesnastu długich latach nieistnienia, zjawił się uzbrojony w to, czego przedtem brakowało mu najbardziej: dystans do samego siebie.

Jesteśmy dziećmi postmodernizmu. Burzenie czwartej ściany, kryptocytaty ze znanych książek i filmów, puszczanie oka do widza i historie o historiach o historiach to dla nas chleb powszedni – tak jesteśmy przyzwyczajeni do zabawy konwencją i formą, że kiedy napotykamy dzieła „z poprzedniej epoki”, traktujące opowiadaną historię ze śmiertelną powagą, czujemy się czasem śmiertelnie znudzeni. Tak się na przykład stało, kiedy sięgnąłem z ciekawości po wybrane odcinki „starego” Doctora Who. Mniejsza o efekty, mniejsza o dziwną muzykę – najbardziej zmęczyła mnie łopatologiczna prostota, z jaką fabuła toczy się na ekranie. Zero lekkości, zero finezji, wszystkie zgrane do bólu tropy leżą na wierzchu i człowiek co chwila się o nie potyka. Zygoni, zamiast utłuc Czwartego Doktora na miejscu, zamykają go w pomieszczeniu i wpuszczają tam gaz, po czym beztrosko odchodzą. Doktor wysyła Sarah Jane, żeby samotnie wróciła do TARDIS – przez dżunglę na nieznanej planecie, bo przecież fabuła nie ruszy bez damy w opałach. I nawet nie w tym rzecz, że scenarzyści używają klisz, ale że używają ich na poważnie, bez choćby śladu ironicznego dystansu albo sprytnego twistu. Upraszam o przebaczenie wszystkich wielbicieli „starego” Doctora, ale w owym sporze starożytników z nowożytnikami zdecydowanie stoję po stronie tych drugich.

Fot. BBC

Fot. BBC

Odnoszę wrażenie, oparte na obejrzanych odcinkach i wywiadach z aktorami, że ta fabularna i formalna „prostota” była jednym z głównych czynników, które serial w latach 90. zabiły. Rzecz jasna, pierwsze oznaki kryzysu pojawiły się na długo przedtem. Po oszałamiającym sukcesie w epoce Czwartego Doktora (m.in. początki popularności w USA) i odświeżającej zmianie formuły za czasów Piątego (więcej osób w TARDIS, brak śrubokręta dźwiękowego) pojawił się Doktor Szósty, a wraz z nim zmiany niekoniecznie w dobrym kierunku. Po pierwsze – dla kontrastu z łagodnymi i przyjacielskimi poprzednikami ten Doktor był arogancki, apodyktyczny oraz skłonny do słownej agresji. Po drugie – za sprawą wielobarwnego płaszcza i nadmiernej ekspresyjności uczyniono z niego w dużej mierze błazna. Nie lepiej BBC obeszło się z Siódmym, z którego zrobiono ekscentrycznego profesora ze skłonnością do manipulacji. Przypomnijmy: jest połowa lat 80., w filmie science fiction fantazyjne, familijne produkcje takie jak E.T. czy Powrót Jedi konkurują z mroczną powagą Obcych, Predatora czy Robocopa. Trudno powiedzieć, żeby ówczesny Doctor Who mógł zapunktować u wielbicieli któregokolwiek z tych nurtów.

Czego zabrakło? Wielu rzeczy, ale dla mnie między innymi pomysłu na to, co zrobić z głównym bohaterem. Doktor zaczął się starzeć. Im więcej dodawano mu zewnętrznych udziwnień, im bardziej kombinowano, tym silniej wychodził na wierzch fakt, że centralna postać serialu nie ewoluuje i od czasów Pierwszego jest wciąż taka sama. Zamknięty w sprawdzającej się od lat formule „ekscentrycznego mentora”, skazany na wyłącznie platoniczne relacje z towarzyszkami, wolny raczej od stymulujących rozwój charakteru dylematów moralnych, nasz ulubiony Władca Czasu sprawiał wrażenie, jakby dla niego czas się zatrzymał. Zabrakło pomysłu na gruntowną zmianę, na przedefiniowanie Doktora i całego serialu w taki sposób, by mógł chwycić w żagle „ducha epoki”. Każdy pomysł i każda opowieść ma swój określony potencjał, pewną konkretną liczbę możliwych ścieżek rozwoju, a ten koncept „dojono” przecież przez całe dwadzieścia sześć lat. Nic dziwnego, że produkcję Doctora Who w końcu wstrzymano; z tej historii po prostu nie dało się już wycisnąć wiele więcej.

Fot. BBC

Fot. BBC

O tym, jak wielkim szokiem dla fanów, ale i twórców, musiało być nagłe zakończenie emitowanego „od zawsze” serialu, niech zaświadczy fakt, że kiedy w roku 1996 w USA podjęto próbę jego wskrzeszenia, w centrum fabuły znalazła się nagle tematyka śmierci oraz zmartwychwstania samego Doktora. W niesławnym filmie telewizyjnym, który miał być kryptopilotem dla nowej, nigdy niepowstałej serii, Master, zabity i skremowany, powraca zza grobu, by ukraść głównemu bohaterowi wszystkie pozostałe mu jeszcze życia, a Ósmy Doktor po długotrwałej, trudnej regeneracji całkowicie traci pamięć i błąka się bezradny. Nie trzeba wcale szukać głęboko, by dostrzec w tej fabule powtórzenie losu Doctora Who jako serialu, umarłego i z trudem przywróconego do życia, zagubionego w zmieniającym się gwałtownie telewizyjnym świecie. I choć Ósmy ostatecznie zwycięża Mastera, nie pozwalając odebrać sobie przyszłości, ta optymistyczna wróżba niestety się nie sprawdziła: finansowa klapa filmu na dalsze dziewięć lat pogrzebała szanse na powrót Doctora Who.

A szkoda, bo Ósmy Doktor był przykładem zmian w zdecydowanie dobrym kierunku. Po pierwsze – był to Doktor dużo młodszy, wręcz młodzieńczy, zagrany z junacką werwą i nutką romantyzmu. O ile Szósty i Siódmy dryfowali powoli w stronę antybohaterów, o tyle z Ósmym można się było utożsamiać; towarzyszyła mu w filmie, zwłaszcza na etapie amnezji, aura nowego początku, ekscytacji otwierającymi się możliwościami. Po drugie – Ósmy jako pierwszy przełamał tabu i pocałował swą ekranową towarzyszkę. Jak wstrząsająca i odświeżająca była to zmiana w raczej „pruderyjnym” serialu, niech zaświadczy późniejsza aktorska kreacja Davida Tennanta, zbudowana w dużej części na (le gasp!) seksapilu Doktora. Po trzecie – pomimo wszystkich swoich wad film telewizyjny Doctor Who wniósł do serialu tak potrzebne elementy dynamizujące (np. orkiestrową muzykę). Po czwarte wreszcie, zapoczątkował też inny, bliższy współczesnemu sposób opowiadania historii, charakteryzujący się lekkością, humorem sytuacyjnym, częstszą interakcją między bohaterami, rozwojem relacji między nimi itp. Nie jest to dzieło wybitne, ale z ducha zdecydowanie bliższe współczesnemu Doctorowi Who – i choć wtedy nie zdołało serialu wskrzesić, położyło fundament pod triumalny powrót w roku 2005.

Fot. BBC

Fot. BBC

Nie czas tu ani miejsce, by wyliczać wszystkie nowości, jakie wniosły odcinki z Doktorem Dziewiątym, ale szczególnie zaciekawiła mnie autorefleksyjność, którą nagle zyskał serial. Może największym osiągnięciem Russela T. Daviesa było krytyczne spojrzenie na „starego” Doctora Who i wplecenie tych obserwacji w Doctora… „nowego”. Zagłada, jaka spotkała Władców Czasu, to nie tylko fantastyczny pomysł na radykalne odświeżenie głównego bohatera, ale także bolesna obserwacja na poziomie „meta”, że aby Doktor mógł przeżyć drugą młodość, trzeba zdjąć z jego barków wieloletni ciężar tradycji. „Nowy” Doctor Who kontynuuje rozpoczętą w 1963 roku opowieść, ale robi to w taki sposób, jakby wszystko było nowe: przedstawia od podstaw głównego bohatera, TARDIS, Daleków, Cybermanów, zawiłości podróży w czasie. Zamiast wrzucać nas w zgrany do znudzenia schemat Doktor – towarzyszka, scenarzyści pod wodzą Daviesa poświęcają odcinek za odcinkiem na powolne budowanie tej relacji, badanie jej granic, konfrontowanie postaw. Wszystkie te elementy serialu, które od lat zdawały się oczywiste i niewarte zastanowienia, w „nowym” Doctorze Who zostają poddane refleksji. W jaki sposób TARDIS się przemieszcza? Dlaczego Doktor nie zawsze ląduje tam, gdzie zamierza? Jakie fabularne konsekwencje może mieć posiadanie dwóch serc? Co z bliskimi zabieranych na pokład towarzyszek? Co o Doktorze sądzą jego wrogowie i czy nie mają czasem trochę racji?

Fot. BBC via data1.whicdn.com

Fot. BBC via data1.whicdn.com

Stawiając w obrębie opowiadanej historii wszystkie te pytania, Doctor Who dokonuje krytycznego rozliczenia z własną przeszłością oraz twórczo przekształca te elementy odziedziczonej tradycji, które uznaje za szczególnie wartościowe. Zamiast biernego podążania po dawno temu wytyczonej ścieżce, pojawia się autorefleksja. Dalekowie – dobrze, niech wrócą, ale musimy pokazać ich w inny niż dotąd sposób. Master – oczywiście, ale skupmy się na dwoistej, przyjacielsko-wrogiej relacji między nim a Doktorem. Towarzyszki – jasne, ale teraz obdarzmy je charakterem, niech zadają niewygodne pytania i stawiają opór. Być może najlepiej tę tendencję do krytycznego przyglądania się własnej przeszłości widać w odcinku The School Reunion, w którym powrót Sarah Jane oraz K9 staje się okazją do pokazania, jak bardzo anachroniczne i rozczulająco śmieszne są dziś zarówno ówczesne efekty specjalne, jak i spłycone relacje międzyludzkie na ekranie. W erze Moffata z kolei za koronny przykład tej tendencji uznać można odcinek Pandorica Opens, gdzie Doktor zmuszony jest nagle ze wstrząsem przyjąć do wiadomości, że jego przeciwnicy uważają go za krwawego, niebezpiecznego potwora i pragną uwięzić – i, co gorsza, mają w tym sporo racji!

Ta zmiana perspektywy patrzenia na Doktora oraz jego poczynania często pojawia się w serialu. Dobroczyńca  – czy potwór? Bohater – czy morderca i niszczyciel? Opiekun – czy narażający innych bez potrzeby błazen? Świadczy to moim zdaniem (czego należało się zresztą po Russelu T. Daviesie spodziewać) o pewnej nowej, zwiększonej wrażliwości, jaka legła u podstaw wskrzeszonego serialu – wrażliwości wyrosłej właśnie na gruncie krytycznej oceny przeszłości. Dzięki temu wyczuleniu na kontekst społeczno-polityczny (problematyka równouprawnienia, niewolnictwa, władzy etc.) oraz reakcję fanów serial zyskał możliwość błyskawicznego reagowania na zmieniającą się sytuację. Przejawia się to nawet w najdrobniejszych aspektach. Fani skarżyli się na przeciągniętą regenerację Dziesiątego? Regeneracja Jedenastego potrwa tylko chwilkę. Odejście Pondów oznacza dla wielu kres pewnej epoki? W kolejnym odcinku Doktor ma nowy kostium, towarzyszkę i wnętrze TARDIS.

Fot. BBC

Fot. BBC

Znamienne w kontekście „śmierci” i „wskrzeszenia” serialu wydaje mi się, że jednym z najczęściej powracających w „nowym” Doctorze Who tematów jest śmiertelność Doktora. Dziewiąty raz po raz podkreślał swój status Ostatniego z Władców Czasu, jedynego ocalałego przedstawiciela gatunku. Dziesiąty został sztucznie postarzony przez Mastera, usiłował beztrosko poświęcić życie dla ocalenia ludzi w Bibliotece (w czym wyręczyła go River) i faktycznie zginął w równoległej linii czasu (Turn Left), aż wreszcie uznał, że regeneracja to też śmierć, czego efektem były „zmarnowana” regeneracja (Stolen Earth) i desperackie odwlekanie przemiany w End of Time. Jedenasty spędził cały szósty sezon na próbie uniknięcia śmierci z rąk Niemożliwego Astronauty, „umarł” w odcinku Sarah Jane Adventures, odwiedził własny grób na Trenzalore i byłby naprawdę zmarł tam ze starości w Time of the Doctor, gdyby nie pomoc Władców Czasu. A jakby tego było mało, w miniodcinku Night of the Doctor zobaczyliśmy podwójną śmierć Ósmego: realną wskutek katastrofy statku i symboliczną w akcie wyrzeczenia się własnego imienia. O czym to świadczy? Moim zdaniem o tym, że Doctor Who od czasu zawieszenia w roku 1989 przyswoił sobie bolesną lekcję, że nie jest nieśmiertelny i jeśli chce pozostać na ekranach, musi ciągle trzymać rękę na pulsie. Jeśli twórcy jeszcze raz pozwolą Doktorowi skostnieć i zatrzymać się w jednej ustalonej formule, wiedzą, co ich czeka.

Z tej perspektywy kontrowersyjna decyzja, by w Day of the Doctor anulować cały mit założycielski „nowego” serialu – zdjąć z Doktora piętno zbrodni i odebrać mu status Ostatniego z Władców Czasu – rysuje się jako kolejna próba radykalnego przedefiniowania Doctora Who w odpowiedzi na wyczerpanie się pewnego paradygmatu. Poczucie winy oraz gniew, które zdominowały epokę Dziesiątego Doktora, za czasów Jedenastego nieco osłabły, ale wciąż były obecne i nie jestem chyba jedynym widzem, który od dawna ma poczucie, że ten niegdyś dobry i płodny pomysł na postać mocno się już wyczerpał. Bo w końcu jak długo można doić te emocje? Poczucie winy też się widzom przejada. Być może pozostawienie „na zawsze” w biografii Doktora tak potężnej traumy stanowiłoby błąd równie wielki jak kiedyś uparte trwanie przy wizerunku aseksualnego kosmicznego mentora. Być może obustronna (i przezabawna) krytyka, jakiej w odcinku rocznicowym poddają się „stary” i „nowi” Doktorzy, również jest sygnałem tego, że pora na kolejną dużą zmianę: czas popchnąć bohatera w nowe rejony, postawić przed nim nowe cele i wyzwania, oprzeć serial na innej niż dotąd problematyce. Czy poszukiwanie Gallifrey się w tej roli sprawdzi, czas pokaże. Staram się być dobrej myśli. Powrót do domu to też całkiem płodny mit.

Fot. BBC

Fot. BBC

Doctor Who
science fiction
BBC, UK, 1963–1989, 1996, 2005–

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.