Fot. via joannabartel.com

Wojna warszawsko-śląska pod flagą telewizyjną (Święta wojna)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Jakoś w okolicach roku 2000 można było zaobserwować wysyp mniej lub bardziej udanych polskich sitcomów. To wówczas powstawały tak popularne i szeroko komentowane tytuły jak 13. posterunek, Lokatorzy, Miodowe lata, Graczykowie czy Świat według Kiepskich. W tym czasie telewizyjna Dwójka rozpoczęła także emisję serialu Święta wojna, który na antenie przetrwał aż do 2009 roku. Na tle innych produkcji tego typu wyróżniał się mocnym lokalnym kolorytem i szczególnym podkreśleniem kulturowych różnic dzielących głównych bohaterów.

Tytułowy konflikt rozgrywał się bowiem pomiędzy dwoma przyjaciółmi z wojska – „zaściankowym” Ślązakiem Hubertem „Bercikiem” Dworniakiem (kabareciarz Krzysztof Hanke) i „oświeconym” handlowcem z Warszawy, Zbyszkiem (jeden z bardziej rozpoznawalnych polskich aktorów charakterystycznych, Zbigniew Buczkowski). Znaczna część dowcipów i zabawnych sytuacji dotyczyła zderzenia dwóch światów – specyficznie pojmowanej tradycji, której starał się być wierny Dworniok, oraz równie specyficznie traktowanego postępu, którego orędownikiem był Zbyszek. Była jeszcze trzecia osoba, żona Bercika, Anna „Andzia” (Joanna Bartel), która z jednej strony była głosem rozsądku męża, z drugiej – pomimo szacunku dla wyznawanych przez niego zasad – życzliwie spoglądała na Warszawiaka, który wnosił do ich życia „powiew wielkiego świata”. W serialu nie stroniono wprawdzie od tematów kontrowersyjnych, ale większość starć na linii Bercik – Zbyszek obrazowano jako dosyć grzeczne. Bercikowa „tradycja” była bowiem dosyć umowna i jeśli nie dotyczyła pewnych pryncypiów, to ostatecznie pozwalał sobie ją nagiąć, z kolei Zbyszkowy „postęp” to w dużej mierze nowinki technologiczne oraz ciekawostki kulturowe, z którymi dość szybko i łatwo można się oswoić. W tle występowała zaś cała galeria mniej lub bardziej barwnych postaci, które albo skłaniały się ku opcji reprezentowanej przez Bercika lub Zbyszka, albo stanowiły ich połączenie, zbliżając się przez to do postawy Andzi.

Fot. TVP

Fot. TVP

Humor serialu był bliski żartom kabaretu Rak z Rudy Śląskiej, którego Hanke jest liderem, i choćby dlatego znaczną większość odcinków odbierało się jako rozciągnięte do 20–30 minut skecze. O ile pewna ich część mogła wywołać uśmiech, o tyle pozostałe były albo przegadane, albo nie prowadziły do żadnej interesującej czy zaskakującej puenty, albo zwyczajnie się nie sprawdzały jako pełnoprawne epizody telewizyjne. Pojawiały się także głosy sprzeciwu wobec ukazywania Górnego Śląska, który nijak się miał do stanu rzeczywistego, zaś niektórzy rodowici Ślązacy traktowali kreację Bercika jako zdecydowanie zbyt przerysowaną karykaturę mieszkańca tego właśnie regionu Polski. Dodatkowo z czasem serial zaczął się niebezpiecznie zbliżać do wielu innych sitcomów, które zaginęły w odmętach czasu i telewizji, tracąc większość wyróżniających go cech. Zmarginalizowały się różnice pomiędzy Ślązakiem i jego kolegą, przez co tytułowej „wojny” było coraz mniej, zaś za największy minus można uznać uczynienie z Bercika skończonego idioty, którym w początkowych odcinkach nie był. Owszem, często dawał się nabrać na grubymi nićmi szytą blagę, ale nie sprawiał wrażenie osoby, która kompletnie nie nadaje się do życia w społeczeństwie. Pomysły na kolejne skecze się wyczerpywały i jeśli w początkowych latach zdawało się, że drobny, nie zawsze udany żart rozciągano do granic możliwości, tak tutaj miało się takie wrażenie niemal cały czas, zaś absurdalność sytuacji, w której znajdowali się główni bohaterowie, częściej niż salwy śmiechu wywoływała zażenowanie. Czym więc ten serial się bronił?

Fot. TVP

Fot. TVP

W zasadzie ratowała go trójka odtwórców głównych ról. Hanke i Bartel nie są aktorami profesjonalnymi, a Buczkowskiego trudno zaliczać do czołówki polskiego aktorstwa, jednak im wszystkim udało się swoją energią i pozytywnym nastawieniemm przekonać do siebie widzów i sprawić, że kolejne perypetie oglądało się z mniejszym lub większym zaciekawieniem. Wszyscy byli w swoich rolach niezwykle naturalni, nie nadymali się ani nie starali być zabawnymi na siłę. Osobna kwestia to serialowy humor – dość prosty, ale prawie nigdy nie stający się – jak w przypadku wspomnianych Kiepskich – prostackim. Nawet ograne slapstickowe gagi czy powtarzane do znudzenia dowcipy słowne nie sprawiały wrażenia odgrzewanych kotletów. Tu znowu można mówić o sukcesie trójki wykonawców, którzy starali się jak mogli, by nawet najbardziej wyeksploatowany dowcip uczynić zabawnym. Zaletą była także rezygnacja ze śmiechu z puszki, często kładącego produkcje, w których jedyny chichot pochodzi właśnie ze ścieżki dźwiękowej, nijak pasującej do tego, co ogląda się na ekranie. Na korzyść serialu pracował wreszcie dość niski budżet, który wymógł na realizatorach kręcenie w tym samym zestawie miejsc (mieszkanie, podwórze, ulica, od czasu do czasu zdarzał się odcinek wyjazdowy, jednak większość epizodów rozgrywała się w tych samych czterech ścianach), często przy udziale zwykłych przechodniów czy rzeczywistych lokatorów „bercikowej” dzielnicy. Wszystko to tworzyło przyjazny i swojski klimat, inny od „plastiku”, który nierzadko bił z równocześnie powstających sitcomów.

Święta wojna zakończyła się w latach 2008–2009. Swego czasu nominowana do Telekamery w kategorii „Najlepszy serial komediowy”, dziś zapewne z trudem uzyskałaby takie miano. Jednocześnie jednak trudno zaliczyć ją do sitcomów kompletnie nieudanych, zaś pewne jej elementy sprawiają, że przy niektórych odcinkach nawet dziś można się nieźle rozerwać.

Fot. TVP

Fot. TVP

Święta wojna
Comedy/sitcom
TVP, Polska, 1999–2009

Maciej Gaździcki

Miłośnik popkultury, szeroko pojętej fantastyki i historii. Uwielbia kreskówki, w których są lasery, miecze, roboty, kosmici, stróże prawa, agenci, wojownicy, imperatorzy, superbohaterowie i superzłoczyńcy. Co do seriali, to można powiedzieć, że lubi te z takimi samymi elementami, co w kreskówkach, ale tak naprawdę to jest skłonny sięgnąć po wszystko z dobrymi fabułą, aktorstwem i klimatem. No i regularnie wraca do polskiej klasyki.