Fot. HBO

Najstarsza opowieść (True Detective, finał: S01E07–08)

Tekst zawiera niewielkie spoilery dotyczące fabuły.

Po ośmiu intensywnych odcinkach nastał koniec debiutanckiego sezonu głośnego serialu HBO, czas więc porzucić spekulacje, co nas może jeszcze w nim czekać, i definitywnie ustalić, co tak naprawdę otrzymaliśmy w dwumiesięcznym pakiecie True Detective.

A dostaliśmy, idąc tropem tego skojarzenia, między innymi rozmowy ze wszystkimi. Zamiast standardowych elementów opowieści policyjnych z intensywnym udziałem radiowozów i pistoletów, fabuła skoncentrowana została na dusznym klimacie oraz dialogach, które co jakiś czas przetykano długimi ujęciami Luizjany. Namiętnie rozmawiał tam każdy, a prym wiódł oczywiście Cohle, który zamienił słowo prawdopodobnie z jakimiś 95% wszystkich bohaterów, którzy pojawili się w serialu. Nie ma zresztą co ukrywać, że wiele z tych konwersacji to jedynie pretekst, by Rust mógł dzielić się z widzami swoimi nieortodoksyjnymi poglądami. Te natomiast zyskały grono równie zagorzałych zwolenników co przeciwników – dla pierwszych monologi Cohle’a to nieomal iluminacja, dla drugich pretensjonalny bełkot. Ja stoję gdzieś pośrodku – bo część refleksji na tematu natury zła czy też czasu autentycznie pobudzają do przemyśleń, w przypadku części natomiast trudno precyzyjnie określić, „co autor miał na myśli”. I choć mnie osobiście średnio to przeszkadza dzięki charyzmie Matthew McConaugheya, doskonale zdaję sobie sprawę, że dla mniej wyrozumiałych widzów to niebłaha kwestia.

Fot. HBO

Fot. HBO

Ciężkie monologi Rusta to jednak niezwykle istotny czynnik całej produkcji i poważny przyczynek do zrozumienia finału pierwszego sezonu. True Detective bowiem zawiera w swoich ramach dwa klasyczne archetypy – do jednego wrócę poniżej, drugi natomiast to opowieść o podróży bohatera, z tą różnicą, że w serialu HBO mamy de facto jedność miejsca, więc nacisk położono na to, jak czas zmienia naszego detektywa. Oczywiście z fabuły wiemy, że już w pierwszym odcinku Cohle jest w trakcie swojej metafizycznej wędrówki, choć już na mocno ugruntowanej pozycji i z wyraźnie wykrystalizowanymi poglądami po stracie córeczki, przeniesieniu z Teksasu oraz wyborze samotnego trybu życia. Dopiero sprawa morderstwa Dory Lange, ciągnąca się przez 17 lat, i jej domknięcie wieńczące zaprezentowaną nam historię głównych bohaterów, sprawiły, że Rust mógł wreszcie zrobić olbrzymi krok naprzód i tę drogę zakończyć. Patrząc na finał z tej perspektywy, trudno się dziwić, że prawie dwie dekady nihilizmu i cynizmu zaowocowały u Cohle’a tak potężnym katharsis. Można się spierać, czy ten akt na pewno został dobrze i logicznie wprowadzony przez twórców dla tej właśnie postaci, ale jeśli chodzi o sposób budowania opowieści, stanowiło to jedną z niewielu możliwych, naturalnych konsekwencji poprzednich siedmiu godzin i jako jeden z elementów fabuły sprawdza się wyśmienicie.

Poza tym, jeśli szukać słabszych stron ostatniego odcinka, to nie w tej scenie, mimo że nasuwa się na myśl jako jedna z pierwszych, a już prędzej w nie do końca satysfakcjonującym rozwiązaniu tajemniczych porwań i zabójstw. Przez siedem godzin narosło mnóstwo znaków zapytania – dziwny symbol na plecach ofiar, obecność wysoko postawionych osób w pedofilskiej szajce, enigmatyczny Żółty Król (lub Król w Żółci) czy też nawiązania do tradycyjnych luizjańskich obchodów Mardi Gras. Właściwie nie dostaliśmy konkretnego wyjaśnienia żadnego z tych punktów poza ogólnikowym wyciągnięciem wniosków z tego, co zobaczyliśmy.

Fot. HBO

Fot. HBO

Wiem, wiem – TRUE Detective, a nie jakiś tam na wpół mityczny. Serial ma odzwierciedlać autentyczną pracę funkcjonariuszy prawa i tak jak w prawdziwym życiu nie zawsze dane jest nam zakosztowanie pełnego happy endu, tak w produkcji HBO główni bohaterowie nie rozwiązali wszystkich niewiadomych – złapali jedynie płotkę, podczas gdy grubsze ryby wciąż cieszą się wolnością (a do tego sprawdza się teoria, którą przekazał Cohle o czasie jako płaskim okręgu). W takim podejściu należy jednak uważać na pułapkę pozornego realizmu na ekranie – to przecież wciąż dzieło fikcyjne, nie dokument, u jego podstaw leży wyobraźnia i umowność, a nie prawdziwe wydarzenia. Nie oczekuję od scenarzysty poprowadzenia mnie za rączkę po niewyjaśnionych meandrach fabuły (tym bardziej, że prawie zawsze parę niedopowiedzeń dobrze robi utworowi), ale odpowiedź na chociaż część pytań nie zaszkodziłaby. Bez tego bowiem pozostaje lekki niedosyt.

Nie jestem też przekonany, czy wyjawienie tożsamości człowieka z bliznami już na tydzień przed finałem wyszła serialowi na dobre. Wprawdzie stworzenie tak bardzo niepokojącej postaci, która nie wypada blado na tle Rusta, to prawdziwa sztuka, niemniej w ostatnich dwóch odcinkach tempo i klimat zauważalnie siadły, szczególnie w finale. Kiedy już było wiadomo, z kim Cohle’owi i Hartowi przyjdzie się ostatecznie zmierzyć, nie udało się przywrócić pierwotnego napięcia, a scena ostatecznej konfrontacji w ruinach także niestety wypadła poniżej oczekiwań. A przecież ujawnienie kart przez twórców wcale nie musi się tak zakończyć – wystarczy wspomnieć Siedem i Johna Doe, który sam się oddał w ręce policji, a mimo to wciąż kontrolował sytuację. W True Detective chyba właśnie czegoś takiego zabrakło – nieco aktywności bądź inicjatywy ze strony czarnego charakteru (ale tu znów powracamy do kwestii realizmu serialu; rzadko który przestępca to geniusz zbrodni).

Fot. HBO

Fot. HBO

Zasadniczo jednak produkcji HBO udało się do końca utrzymać wysoki, zadowalający poziom, nawet pomimo powyższych uwag krytycznych oraz absurdalnej obecności detektywów wypytujących Rusta i Marty’ego o wydarzenia z roku 1995 (w zasadzie po co się pojawiali na ekranie? Sceny przesłuchań swobodnie dało się zmontować bez nich). Jakości True Detective nie umniejsza też w żaden sposób wykorzystanie wspomnianych wcześniej archetypów – opisanej wędrówki głównego bohatera, a przede wszystkim odwiecznej walki dobra ze złem, czy też, jak to Cohle wyjaśnia Hartowi: światła kontra ciemności. Na końcu bowiem detektyw uświadamia sobie, że do tego właśnie sprowadza się wszystko, co przeżył z partnerem – uczestniczenia w ponadczasowym konflikcie, gdzie nie ma zwycięzców i przegranych, są jedynie zmieniający się gracze i coraz to nowe ofiary. Przez taki punkt widzenia zakończenie sezonu, choć w wydźwięku raczej pozytywne, nabiera gorzkiego posmaku. Gdy dodatkowo uświadomimy sobie, że liczba osób odpowiedzialnych za krzywdzenie dzieci być może nawet przekracza dziesiątkę, a natrafiono na trop jedynie trzech, goryczy pozbyć się już niezwykle trudno. I nie zmienia tego nawet lekka łopatologia, za pomocą której Rust tłumaczy partnerowi, a przez to i widzom, że oglądaliśmy pole bitwy dwóch największych, a właściwie jedynych, sił rządzących światem. Prawdę mówiąc, analogia do nocnego nieba i ostatnie, optymistyczne słowa Cohle’a wyszły akurat naprawdę udanie, jedynie potwierdzając, że najlepsze metafory to metafory proste.

Fot. HBO

Fot. HBO

Raczej nikogo nie zaskoczę stwierdzeniem, że największą wartością True Detective jest zdecydowanie aktorstwo oraz klimat pierwszej połowy sezonu. Uważałem tak po premierze i zdanie podtrzymuję. McConaughey i Harrelson, odpowiedzialni w głównej mierze za treść serialu, stworzyli przy dużym udziale scenariusza hipnotyzujące kreacje, które zapadają w pamięć na długo, zaś duszna atmosfera enigmatyczności oraz długie ujęcia luizjańskiego krajobrazu świadczyły o sile formy produkcji. Co prawda gdzieś pod koniec zatracono pazur w narracji, ale i tak należy pochwalić konsekwencję twórcy dzieła, Nica Pizzolatto. Dodatkowo czwarty i piąty odcinek to najwyższej klasy popis wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do ich realizacji. Twórcy dokładnie pokazali, jak wysokich standardów oczekuje się w dzisiejszych czasach od telewizji, i wykonali swoją pracę doskonale (ale i sami przez to ucierpieli. Krytyka tego, co zobaczyliśmy w ciągu ostatnich dwóch tygodni, bierze się zarówno z wad odcinków, jak i przeciwstawienia ich fantastycznemu środkowi sezonu). Każdy kij ma jednak naturalnie dwa końce i powyższe peany nie przekonają widzów, których nie porwała premiera serialu. Jeśli bowiem nie kupił nas jej pierwszy kwadrans, to już raczej nic tego nie zmieni, co najwyżej odczekanie kilku miesięcy lub lat. To zresztą kolejna zaleta serialu – charakterystyczna wyrazistość, daleka od nijakości, dzięki czemu błyskawicznie jesteśmy w stanie zadeklarować, czy to produkcja dla nas, czy jednak lepiej dać sobie spokój.

Jak zatem podsumować True Detective – tytuł, który już sporo zamieszał w telewizji oraz popkulturze i ma szansę kontynuowania tego w przyszłych latach? Myślę, że jako solidny oraz dopracowany. Nie ustrzegł się oczywiście błędów, ale dzieła perfekcyjne i nieskalane żadną rysą od początku do końca (bo stworzyć jeden idealny odcinek to błahostka w porównaniu do utrzymania takiej jakości przez kilka tygodni) występują równie licznie co pacyfistyczni Dalekowie albo ogolone krasnoludy. Szczególnie w epoce, w której narzekanie i krytykanctwo pozbawione jakiejkolwiek merytoryki stały się dla wielu internautów ulubionym sportem, zaś możliwości techniczne ułatwiają drobiazgową analizę każdej pojedynczej sekundy danego serialu czy filmu i wyłapanie każdego, nawet najbardziej błahego błędu w realizacji lub scenariuszu. Ja mimo to wciąż przedkładam ciekawych bohaterów oraz wciągającą historię nad rozkładanie utworu na części pierwsze i małostkowe wynajdywanie wszelkich nieścisłości. True Detective natomiast jako najbardziej wyczekiwana przeze mnie premiera tegoroczna zdecydowanie nie zawiódł i pozostaje w takim razie czekać prawie rok na nową opowieść, aby się przekonać, czy dla dzieł Nica Pizzolatto wysoki poziom stanowi regułę, czy tylko wyjątek.

True Detective
S01E07-08, emisja: 02.03.2014- 09.03.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.