Fot. via http://revista-amauta.org/

Wojna o pokój, czyli o poprawności politycznej (część I)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Odważne, opiniotwórcze artykuły winny zaczynać się mocno, bez owijania w bawełnę, więc i ja napiszę prosto z mostu: kwestia poprawności politycznej jest mi raczej obojętna.

Od zawsze miałem problem z przejmowaniem się rzeczami, które nie dotykają mnie lub moich bliskich bezpośrednio. Nazwijcie to gruboskórnością, jeśli wola; ja nazywam to nastawieniem praktycznym. Jeśli pomagam, to raczej znanym mi osobom, jeśli działam, to raczej na szczeblu lokalnym – bo żeby przejąć się abstrakcją, potrzebuję konkretu. A że w ciągu mojego bardzo długiego i przebogatego dwudziestoczteroletniego życia poznałem jedną Azjatkę, jednego Afrykanina oraz może z piątkę osób spod znaku LGBT, a niemal wszystkie znane mi kobiety to osoby silne i niezależne, nie czuję się osobą szczególnie powołaną do zajmowania się tematyką równości.

(Powie ktoś, że przejawiam w tej chwili wygodne społeczne lenistwo charakterystyczne dla klasy uprzywilejowanej. Możliwe. Możliwe też, że po prostu nie lubię walczyć w cudzych wojnach, bo dosyć mam własnych.)

Fot. HBO

Fot. HBO

Ale dość o mnie, pomówmy raczej o serialach. Tak się bowiem składa, że w dobie internetu szczególnie ostre dyskusje na tematy feminizmu, rasizmu, seksizmu, genderu i równouprawnienia toczą się wokół tekstów kultury. Książki, filmy, gry i seriale – szczególnie te z głównego nurtu, czyli popularne – działają nieraz jak soczewka, która skupia i wyostrza pewne zjawisko społeczne. Odcinek Sherlocka, w którym twórcy jawnie kpią z własnego fandomu, pobudziła niedawno pulpozaurowych autorów do rozważań nad stereotypowym przedstawianiem fanów. Zaskakująca łatwość, z jaką Jedenasty Doktor pozwala sobie na całowanie i poufałe poklepywanie napotkanych kobiet, spotyka się za każdym razem z ostrą reakcją internetowych publicystów. Decyzja BBC o tym, że jednego z Dumasowskich muszkieterów zagra aktor czarnoskóry, wzbudziła zarówno wyrazy uznania, jak i głosy niezadowolenia. I nikomu jakoś nie przeszkadza, że to, nad czym się tak namiętnie dyskutuje, jest fikcyjne, czyli „nieprawdziwe” – bo wiemy dobrze, że tak jak sztuka naśladuje życie, tak i życie naśladuje sztukę.

Nie zamierzam zagłębiać się w niuanse znaczeniowe budzącego silne emocje określenia „poprawność polityczna” ani zastanawiać się nad tym, czy w ogóle powinno się go używać. Są od tego lepsi szermierze słowa – niech się fechtują. Mnie interesują raczej pewne nastawienia, jakie ludzie przyjmują wobec tematów z tego obszaru. Pozwoliłem sobie zatem stworzyć w niniejszym artykule mały słownik najciekawszych dla mnie postaw. Czytelnika uprasza się, by na czas lektury poniższych akapitów przymrużył nieco jedno oko – od razu staną się bardziej przystępne.

Fot. NBC

Fot. NBC

Daleko od szosy, czyli eskapiści

 

Ta postawa jest bodaj najczęstsza; niżej podpisany stosował ją ze szczególnym upodobaniem za swych lat szczenięcych, kiedy to z lubością mordował ludzi w GTA, ale jednak było mu z tego powodu ciut głupio, gdy przez ramię zaglądała mama. Oto – mówią eskapiści – sztuka to nie życie! Rasizm, seksizm oraz wszystkie inne paskudne –izmy są oczywiście bardzo złe, gdy dotykają prawdziwych ludzi w prawdziwym świecie, ale kiedy chodzi o postacie fikcyjne, zupełnie nie ma się czym przejmować. No bo komu tu się niby dzieje krzywda? Zbitkom liter? Pikselom na ekranie? Czy może odbiorcom, którzy naiwni przecież nie są i doskonale rozumieją różnicę między rzeczywistością a fikcją? Po to przecież istnieją te krainy wyobraźni, żeby można było na chwilę oderwać się od wymagań oraz ograniczeń codzienności. By bezkarnie pozwalać sobie na więcej niż zwykle. Zwolennicy tego poglądu często złoszczą się i protestują, kiedy ktoś oskarża lubiane przez nich dzieło o któryś z –izmów. Szczególną niechęć budzi w nich, jak się zdaje, fakt, iż wypowiedzi krytykujące seksizm w Doctorze Who ery Moffata czy mizoginizm w GTA V skupiają się w całości na tym jednym negatywnym aspekcie, pomijając milczeniem godną podziwu resztę. To akurat rozumiem: w końcu kto lubi, gdy inni plują mu w tort?

Sęk w tym, że przekonanie eskapistów o oderwaniu fikcji od rzeczywistości to, niestety, jedynie pobożne życzenia. Może najbardziej drastycznego dowodu w tej kwestii dostarczyły Cierpienia młodego Wertera, których publikacja wywołała w Europie prawdziwą falę samobójstw czytelników – samobójstw stylizowanych aż do najdrobniejszych detali na zgon głównego bohatera. Wielkie konwenty takie jak Comic Con, pełne poprzebieranych za ukochane postacie ludzi, też świadczą o ogromnym, realnym zaangażowaniu fanów w to, co oglądają i czytają. Fikcja wpływa na życie ludzi i przekształca je, nieraz w sposób zupełnie sprzeczny z intencjami autorskimi. Uporczywe twierdzenie, że tak nie jest, ma dla mnie posmak myślenia magicznego: zamknij oczy, a kłopot zniknie! Rzecz jasna, równie wielką naiwnością byłoby twierdzić, że brutalne gry powodują wzrost przestępczości, a rozwiązłe seriale HBO popychają cnotliwych przedtem ludzi w szpony małżeńskiej zdrady. Oddziaływanie rzadko jest bezpośrednie. Ale jak kropla drąży skałę, tak i pokazywane w tysiącu seriali zachowania zaczynają się w końcu wydawać normalne. A to już może być groźne.

Z drugiej strony – lubię w eskapistach zapał, z jakim bronią ukochanych dzieł. Dyskusje z nimi zawsze są ciekawe!

Fot. via http://wesleying.org/

Fot. via http://wesleying.org/

Gra o tron, czyli obrońcy prawdy historycznej

Grupę nieco eskapistom pokrewną stanowią obrońcu prawdy historycznej, której ciekawą cechą charakterystyczną jest to, że niemal wszyscy jej członkowie zaliczają się do tzw. klasy uprzywilejowanej. Mówiąc krótko, są to przysłowiowi „biali, zamożni heteroseksualni mężczyźni”, którzy w imię zdrowego rozsądku i elementarnej świadomości dziejowej protestują przeciw zagraniom w rodzaju czarnoskórego Porthosa w Muszkieterach BBC czy mocno sfeminizowanych Wikingów w Wikingach. To ci właśnie ludzie najczęściej przedstawiają poprawność polityczną jako rodzaj cenzury dokonywanej na dziełach – zauważając, zresztą słusznie, że rzutowanie na minione epoki naszych współczesnych przekonań dotyczących równouprawnienia, choć szlachetne, jest swoistym zakłamywaniem historii. W końcu faktem jest, że aż do początków nowożytności (a i długo później) niewolnictwo było czymś zupełnie normalnym, a mężczyźni mieli znacznie więcej praw i przywilejów niż kobiety. Co interesujące, obrońcy prawdy historycznej na ogół nie oburzają się z kolei na to, że XVIII-wieczni ekranowi dżentelmeni mają zaskakująco zdrowe uzębienie, a Julia w większości ekranizacji Romea i Julii wyraźnie liczy sobie więcej niż opisane przez Shakespeare’a 13 lat…

Przeciwnicy tej grupy argumentują zazwyczaj – również słusznie! – że tym, co próbują ochronić obrońcy, nie jest obiektywna historyczna Prawda, lecz jedna z wielu mniejszych prawd: ta, która im akurat odpowiada. Obraz przeszłości zawsze budujemy przecież z punktu widzenia teraźniejszości i nieraz okazuje się, że nasze potoczne przekonania na temat minionych epok zupełnie nie znajdują pokrycia w faktach. Kiedy w odcinku Doctora Who zatytułowanym The Impossible Astronaut pokazano wśród ochroniarzy prezydenta Nixona czarnoskórego agenta, podniosły się głośne protesty, że oto polityczna poprawność wypaczyła przedstawianą epokę do absurdu – lecz prędko ucichły, gdy się okazało, że wbrew stereotypowi osoba taka naprawdę istniała. Podobnie z rolą kobiet w społeczeństwie Wikingów: jeśli odłożyć na bok sztampowy wizerunek brodatych wojowników w hełmach z rogami (które wymyślili im tak naprawdę dopiero XIX-wieczni skandynawscy romantycy), okazuje się, że wiemy o tamtej epoce tak mało, że w zasadzie wszystkie jej przedstawienia są równie prawdopodobne. A skoro tak, to dlaczego by nie wybrać takiego, który miło się ogląda nam, ludziom współczesnym?

Przyznam jednak, że i z obrońcami prawdy historycznej trochę sympatyzuję – bo podoba mi się ich zdrowy rozsądek. Czy też, jeśli kto woli, odrobina dystansu. Naprawdę nie każde dzieło musi hołdować dzisiejszym ideałom! Jeśli w historii o piratach takiej jak Black Sails bohaterowie męscy mają zdecydowaną przewagę liczebną, a niemal wszystkie bohaterki kobiece to prostytutki, służące lub awanturnice, nieszczególnie mam ochotę rwać włosy z głowy nad straszliwym seksizmem. Ucieszę się niezmiernie, jeśli dla równowagi powstanie serial pełen piratów płci żeńskiej, ale może odrobina woniejącej testosteronem fantazji dla dużych chłopców też ma prawo sobie istnieć?

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Część druga TU, a w niej: przeglądu postaw ciąg dalszy!

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.