Fot. Banksy

Wojna o pokój, czyli o poprawności politycznej (część II)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Część pierwsza artykułu – tu!

Pięć lat studiów na Wydziale Polonistyki nauczyło mnie, że nie istnieje w praktyce granica między interpretacją a nadinterpretacją, a z tekstu da się wyciągnąć absolutnie wszystko. Jak mawiał wujaszek Stalin: dajcie człowieka, znajdzie się paragraf!

Kiedy chodzi o poprawność polityczną, obserwacja ta również się sprawdza – bo jeśli wczytać się w zażarte internetowe dyskusje wokół tego czy innego dzieła, łatwo zauważyć, że uczestnicy sporu gotowi są nieraz posunąć się do absurdu, byle tylko udowodnić swoją rację. Nie tak dawno zetknąłem się z opinią, że disneyowska animacja Frozen to przykład rasizmu, bo w świecie przedstawionym, stanowiącym połączenie carskiej Rosji i baśniowej Skandynawii, nie ma bohaterów innych niż biali. Nieco wcześniej z kolei napotkałem zdanie, iż rozbudowanie roli Arweny w filmowym Władcy Pierścieni to zdrada wobec oryginału, bo skoro Tolkien pochodził z kultury pełnej uprzedzeń względem kobiet, to wierna adaptacja ma obowiązek ten aspekt zachować. Odnoszę wrażenie, że autorzy obu wypowiedzi tak bardzo chcieli postawić na swoim, że dawno już oderwali się od dzieł, o których mówią, i zaczęli szybować swobodnie w przestworzach na skrzydłach przekonania o własnej słuszności.

Mając powyższe obserwacje na uwadze, wróćmy do małego słowniczka postaw względem politycznej poprawności i dopełnijmy go trzema brakującymi hasłami.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Spartakus: krew i piach, czyli wojujący skrzywdzeni

Ta grupa budzi może najwięcej skrajnych reakcji – bo i sama jest w swych reakcjach skrajna. Wojujący skrzywdzeni to ludzie, których jakiś aspekt dzieła zranił lub wzburzył tak mocno, że po prostu nie mogą pominąć tego milczeniem. Piszą więc płomienne artykuły i gorące polemiki, które często stają się punktem zapalnym długaśnych dyskusji i sporów. Wypowiedzi skrzywdzonych z reguły pełne są: ostrych słów pod adresem twórców książki/serialu/filmu/gry, druzgocącej krytyki, ciężkich oskarżeń i bardzo mocnych tez na temat tego, co w dziełach sztuki powinno być zabronione. Tzw. triggerem, czyli przyczyną gwałtownej reakcji emocjonalnej, może być w zasadzie wszystko, bo to sprawa bardzo indywidualna: jedną osobę rozwścieczy kpiący stosunek twórców Supernatural do fanów, drugą wzburzy interaktywna scena tortur w GTA V, trzecią z kolei wytrąci z równowagi nieśmieszny żart w świątecznej odsłonie Doctora Who, kiedy to bohaterka wbrew swej woli zmuszona zostaje do stanięcia nago przed tłumem obcych ludzi. A że naturalną reakcją na krzywdę jest chęć odpłacenia pięknym za nadobne, mało kto rozszarpuje „złe” dzieła na strzępy z takim zapałem jak właśnie wojujący skrzywdzeni.

Łatwo zrozumieć waleczność tej grupy – ból to potężny bodziec do działania – lecz łatwo też pojąć, dlaczego spotyka się ona dość często z silną niechęcią. Bądź też, alternatywnie, z lekceważeniem lub kpiną. Największą zaletą i zarazem wadą argumentów wysuwanych przez wojujących skrzywdzonych jest ich potężny ładunek emocjonalny. Człowiek z trudem znosi cudze uczucia w skondensowanej dawce; naturalną reakcją obronną jest w takiej sytuacji albo odrzucenie, albo odpowiedzenie równie silnymi emocjami, co szybko prowadzi do kłótni. Sam nieraz łapię się na tym, że gdy tekst, który czytam, jest zbyt ostry w swej formie, to odpycha mnie nawet wtedy, gdy zgadzam się z treścią. Emocjonalna, ale konstruktywna krytyka najnowszego Doctora Who? Bardzo chętnie. Blog poświęcony wyłącznie wylewaniu jadu na Stevena Moffata? Dziękuję, postoję.

Nie zmienia to, rzecz jasna, faktu, że z wojującymi skrzywdzonymi mocno empatyzuję – i gotów jestem bronić twierdzenia, że najlepsze, najoryginalniejsze i najbardziej wnikliwe reinterpretacje tekstów kultury, jakie zdarzyło mi się czytać, wyszły spod ich „pióra”. Inna rzecz, że słuszny gniew przeradza się czasem w mściwość, której przykładem jest choćby hatewatching. Oglądać coś uparcie tylko po to, by po każdym odcinku się nad tym znęcać? Szkoda zdrowia…

Fot. AMC

Fot. AMC

Nie z tego świata, czyli uciskana większość

Bodaj najbardziej paradoksalnym skutkiem publicystycznej aktywności wojujących jest pojawianie się ludzi głoszących, że jako nienależący do prześladowanych mniejszości płciowych, seksualnych czy etnicznych są obiektem najgorszej, bo dozwolonej dyskryminacji. Podobnie jak obrońcy prawdy historycznej, przedstawiciele uciskanej większości to z reguły przysłowiowi „biali, zamożni heteroseksualni mężczyźni” – i w tym, ich zdaniem, cały problem. O prawa tej grupy nikt bowiem nie walczy! Każdemu wolno ostro krytykować True Detective za lekceważenie okazywane postaciom kobiecym, ale wystarczy wyrazić niezadowolenie, że mężowie w serialach od Simpsonów po South Park ukazywani są jako bezużyteczni lenie, by zaraz zyskać etykietkę wstrętnego seksisty. Zachowania niedopuszczalne względem kobiet lub osób czarnoskórych okazują się akceptowalne, gdy ich ofiarą padają biali mężczyźni – na przykład przemoc fizyczna, jak choćby w odcinku serialu Jak poznałem waszą matkę, gdzie główny bohater zostaje dotkliwie pobity przez swoją dziewczynę w odpowiedzi na chamskie zachowanie (a następnie wyśmiany z tego powodu przez swoich przyjaciół). Wniosek? Środowiska feministyczne i LGBT, choć deklarują, że dążą do równości, tak naprawdę pragną dominacji i zemsty!

Uciskaną większość rozumiem o tyle, że „z urodzenia” sam do niej należę – więc też czasem mnie złości, gdy wyłącznie na podstawie „pochodzenia” bywam traktowany jak wróg i ciemiężca (a w najlepszym razie osobnik politycznie podejrzany). Trudno mi też nie przyznać słuszności twierdzeniu, że narzędziem walki o prawa mniejszości jest często dyskryminacja grupy dominującej – przyznają to nieraz wprost sami walczący. Problem w tym, że nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż głośne protesty uciskanej większości to nieraz po prostu jęki niezadowolenia z powodu utraconych przywilejów. Czy dyskomfort i irytacja, jakie odczuwa uciskana większość, mają tę samą wagę co ból i wściekłość wojujących skrzywdzonych? Czy to źle zabierać bogatym, żeby dawać biednym? Trudno takie kwestie jednoznacznie rozstrzygnąć, ale sądzę, że nie bez powodu idea „uciskanej większości” brzmi paradoksalnie. Gdy niewoleni, poniżani i wzgardzeni niewolnicy w Spartacusie powstają wreszcie przeciw swoim panom, trudno mi jakoś współczuć mordowanym Rzymianom…

Fot. NBC

Fot. NBC

Rewolucja, czyli utopijni ideowcy

Na koniec interesująca postawa, której żartobliwym przykładem jest dla mnie epizod z Community, kiedy to dziekan uczelni postanawia stworzyć maskotkę szkoły wolną od uprzedzeń względem którejkolwiek z ras, płci, narodowości i orientacji seksualnej – a w efekcie powstaje nazwany Istotą Ludzką androgyniczny potworek, z którym nie może się identyfikować absolutnie nikt. Mowa o utopijnych ideowcach, czyli ludziach, którzy za jeden z najważniejszych elementów dzieła uznają jego zgodność z własnymi poglądami. Nie oznacza to, rzecz jasna, by inne aspekty całkowicie pomijali albo byli niezdolni do czerpania przyjemności z seriali czy książek „niepoprawnych”. Rzecz jednak w tym, że tak jak doktor House nawet w rozmowie z umierającym pacjentem nie mogł się powstrzymać od kąśliwych uwag na temat ludzkiej natury, tak i utopijni ideowcy zdają się wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję do prezentowania swych poglądów politycznych.

Trzeba oddać im sprawiedliwość – są to z reguły poglądy bardzo szlachetne. Ideowcy, choć zaskakująco często przynależą do uprzywilejowanej grupy „białych, zamożnych heteroseksualnych”, opowiadają się twardo po stronie uciskanych i krzywdzonych. Jako wrogowie wszelkiej opresji i społecznej niesprawiedliwości są naturalnymi sojusznikami wojujących skrzywdzonych; gdy ci drudzy w swych polemikach reagują czasem zbyt emocjonalnie, ideowcy piszą z reguły artykuły wyważone, pełne trafnych argumentów. Swą postawą przypominają mi Dziesiątego Doktora: radykalnego pacyfistę stojącego zawsze po stronie ofiar, nie krzywdzicieli.

Szkoda tylko, że w swych szlachetnych dążeniach utopijni ideowcy okazują się czasem bardziej papiescy od samego papieża. Ponieważ wierzą – cytując Dukaja – że empatia dąży do nieskończoności i trzeba stale zmierzać do ideału równości czy tolerancji, popadają nieraz w nudne moralizatorstwo w stylu smerfa Ważniaka. A wiemy nie od dziś, że nadmierne wyczulenie na najdrobniejsze nawet przejawy „niesłusznych” poglądów potrafi mocno zaburzyć perspektywę. Zdarzyło mi się, na przykład, napotkać tekst twierdzący, że odcinek Doctora Who zatytułowany Human Nature powiela krzywdzące stereotypy, ponieważ pokazuje Marthę, współczesną czarnoskórą studentkę medycyny, zmuszoną do upokarzającej pracy sprzątaczki w roku 1913; w artykule zupełnie pominięto fakt, że bohaterka sama podjęła tę decyzję, by pomóc przyjacielowi, faktem pracy nie czuje się upokorzona, a przez cały odcinek wykazuje się wielką odwagą, sprytem i heroizmem. Ideowcy, jak na inteligentów-rewolucjonistów przystało, najbardziej troszczą się o czystość ideologiczną i wszędzie tropią wroga, tępiąc m.in. „niepoprawny” humor, przez co nieraz sprawiać mogą wrażenie ponurych cenzorów. Specjaliści od psucia zabawy! – żalą się na nich ludzie z przeciwnej strony barykady. Specjaliści od psucia zabawy – wzdycham ciężko wraz z nimi, po cichu przyznając zarazem, iż może to dobrze, że istnieje ktoś, kto pilnuje, by po zabawie posprzątano…

Fot. Film Polski

Fot. Film Polski

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.