Fot. HBO

Nice show, Marty. Część I (True Detective, S01)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Narodził się fenomen, wierzcie lub nie. Drapowanie w romantyczne szaty pewnie i nie ma za wiele sensu (komercyjna telewizja, gwiazdorska obsada, potężna kampania reklamowa – miejmy to z tyłu głowy), ale chyba nie tylko ja mam poczucie, że byliśmy świadkami czegoś więcej niż udanej premiery serialu. Przez osiem tygodni wielu ludzi oszalało. Nieco zakurzona opowieść niesamowita sprzed przeszło stu lat powędrowała na szczyty bestselerów księgarni internetowych, fora (lol, 2014, mam na myśli reddit) zapełniły się fantastycznymi teoriami i dyskusjami na ich temat, jakich nie widziano chyba od czasów serialu Lost, wszyscy cieszyliśmy się z Oscara za rolę w serialu, chociaż podobno Matthew McConaughey dostał go  jednak za jakiś film, nieważne. A, to wszystko napisał jeden koleś. Coś jakby wiecie, kino autorskie. W każdym razie zażarło. Finał może i jakoś podzielił entuzjastów, ale mam poczucie, że to w dużej mierze drobiazg. Kto dał się uwieść, ten się nie wyleczył. Ja wpadłem na chwilę, żeby powiedzieć wam, o co chodzi. Spróbuję bez spoilerów, ale na waszym miejscu bym mi nie ufał.

Fot. HBO

Fot. HBO

Galeria interesujących bohaterów

Nie. Nie ma. Nic Pizzolatto zrobił krok wstecz. Zamiast plejady najróżniejszych ludzkich typów dostajemy tylko dwa na tle. Rzecz w tym, że i tło robi doskonałe tło i dwaj główni bohaterowie okazują się fascynującymi typami. Dobrani z pominięciem wszelkich poprawnych i popularnych kluczy, przypomnieli światu, jak bardzo różni potrafią być od siebie dwaj heteroseksualni mężczyźni z klasy średniej, którzy nie stronią od alkoholu i przemocy. True Detective przypomniał, że „męskie kino” nie musi być tylko nieustannie ironizującą i samounieważniającą się zgrywą zbudowaną na stereotypach. Rust i Marty to dziś znacznie więcej niż dobrzy faceci, którzy mają swoje wady. To dobrzy faceci, którzy mają wady, jakich widzowie większości współczesnych filmów i seriali nie są nauczeni wybaczać. Nihilizm i brutalność Rusta może się jeszcze załapać na romantyczny kult, ale Marty kpi sobie w żywe oczy z wyobrażeń o „fajnym gościu, co to czasem różnie bywa”. Ci goście są jak prawdziwi, bo robią rzeczy, jakich nie robią oswojeni „źli chłopcy” skrojeni na miarę miłych dziewczyn i chłopców. Może obrazowo – oto faceci, jakich po seansie każdego niemal odcinka potępi syn i córka. Matka będzie milczeć smutna. Obrony podejmie się jedynie ojciec. Mistrzostwo świata.

Fot. HBO

Fot. HBO

Świeże twarze

No nie tym razem. Zbyt dużo rzeczy w tym projekcie było pod włos – dwóch gwiazdorów dużego ekranu przywraca komercyjną równowagę, ale to w sumie nieistotne. Przede wszystkim tych dwóch gości w życiowej formie było w stanie udźwignąć zadanie. O brawurowej roli Matthew McConaughey rozmawiają wszyscy i nic dziwnego – jest o czym. Kreacja hipnotyczna, oto właściwe określenie. Trochę jednak niedoceniany Woody Harrelson nie odstaje ani na jotę – facet miał przecież trudniejsze zadanie. Marty Hart nie był bohaterem aż tak charakterystycznym jak Rust Cohle i wydobycie na światło dzienne wszystkich jego mroków stanowiło prawdziwe wyzwanie. Dodajmy do tego napięcie, jakie obaj potrafili zbudować pomiędzy swoimi postaciami, a otrzymamy jeden z duetów wszechczasów. Mówię to bez żadnego brania w nawias.

Fot. HBO

Fot. HBO

Wartka akcja

Żarty się mnie trzymają. Ale też nie zapominajmy o odcinku czwartym – kiedy już twórcy True Detective chcą nas poczęstować sceną akcji, to nagle jesteśmy u Michaela Manna w czasach świetności. Ważne jest jednak coś innego. Okłamuje się nas, powtarzając, że ludzie to kretyni, którzy pragną jedynie kolejnych części Szybkich i wściekłych. Nic ich już, panie, nie może przykuć do ekranu, chcą tylko cycków i strzelanin, nie słuchają dialogów, musi być, panie, akcja, fikołki, roboty i rozmowy składające się z samych ciętych ripost, więc tak, no, my byśmy może i chcieli kręcić ambitniej, ale, panie, kto to będzie oglądał. Szach-mat, antydemokratyczni nudziarze.

Fot. HBO

Fot. HBO

Ludzie mogą patrzeć na statyczne kadry, słuchać długich rozmów i przejmować się autentycznie skomplikowanymi bohaterami. Mogą nawet liznąć to i owo z filozofii. Może po prostu wygodniej się tworzy z wizją widza-debila, gdy samemu jest się debilem? Nic Pizzolatto kopnął w stolik. Oczywiście nie sam – współczesne seriale od dawna pokazują nędzę dychotomicznego podziału na rzeczy ambitne i komercyjne. Ale wydaje mi się, że to właśnie True Detective jest kroplą, która przepełniła czarę. Mam nadzieję, że Michael Bay sypia ostatnio odrobinę gorzej.

Za nami mniej istotne powody stanowiące o wyjątkowości True Detective. Mroczna część druga: TU.

True Detective
Crime drama/Neo-noir
HBO, USA, 2014–

Katon

W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.