Fot. HBO

Nice show, Marty. Część II (True Detective, S01)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Część pierwsza: TU!

Świetnie napisane postacie zagrane przez fenomenalnych aktorów to nie wszystko. Pora zstąpić do głębi fenomenu True Detective. Niektórzy z was mogą już nigdy nie wyjść na powierzchnię, lojalnie ostrzegam.

Fot. HBO

Fot. HBO

Relaksująca atmosfera

Neo-noir to termin często przywoływany przy okazji najnowszej produkcji HBO. Słusznie, spoko, ale jednak pomówmy o czymś innym. Southern gothic, oto tag gatunkowy wart analizy. Mając na liście inspiracji nazwiska tak popkulturowo nośne jak Howard Philips Lovecraft (wrócimy jeszcze do tematu) łatwo przeoczyć kilka innych, ostatecznie przecież bardziej doniosłych. Ot, William Faulkner. Piewca mroków amerykańskiego Południa. Jest w True Detective pełno tej ciężkiej, dusznej atmosfery. Przyroda jest tyleż piękna, co złowróżebna i swoiście opresyjna. Ludzie skrywają za zmęczonymi twarzami mroczne sekrety. Scenarzysta i reżyser nie spieszą się. Długie kadry i koncentracja na nastroju poszczególnych scen pozwalają kolejnych zdarzeniom odpowiednio wybrzmieć. Nie chciałbym szarżować z porównaniami, a jednak zaryzykuję tezę, że w jakimś sensie sposób kręcenia tego serialu stanowi rodzaj hołdu dla stylu pisania Faulknera i próbę przetransponowania go na język obrazu. Ten niezwykły triumf atmosfery nad akcją jest bardzo istotnym czynnikiem spośród tych stanowiących o nietypowości True Detective. Luizjana z jej niepokojącym pięknem, najbardziej mroczna właśnie w świetle dnia, staje się kolejnym bohaterem opowiadanej historii. Aura przyrody przenika do samej istoty opowieści bez żadnych sztucznych metafor i dosadnych dopowiedzeń. Sztuka, panie.

Fot. via Wikipedia.org

Fot. via Wikipedia.org

Niespodziewane zwroty akcji

Przyznam się bez większego wstydu, że uwielbiam ciasno zapięte fabuły, w których każda pierwszoaktowa strzelba wypala w akcie trzecim. Wymagam ponadto, by wypaliła w sposób możliwie nieprzewidziany i ekscytujący. True Detective to serial pisany inaczej. Zaskakuje na zupełnie innej płaszczyźnie. Nie ulega presji „twistów”, presji, jaką w gruncie rzeczy wywołują miliony widzów o zapatrywaniach podobnych do moich. Oto zamiast wstrząsających i ekwilibrystycznie nawiązujących do wątków z pierwszych odcinków objawień i szokujących rozwiązań otrzymujemy studium rzetelnej, policyjnej pracy – po nitce do kłębka. Rozwiązanie zagadki kryminalnej nie ma widza zaskoczyć i uczynić małym wobec zamysłów scenarzysty. Dziwaczna mitologia nie jest efektem szalonej nadpłodności scenarzystów wrzucających potencjalne „zahaczki” na później, ale nie jest także zbiorem istotnych co do każdego detalu wskazówek. Jest dokładnie tym, czym jest. Samą sobą, elementem fabuły, generatorem nastroju, sugestią czegoś więcej, źródłem metafor. Okazuje się, że taki obrót sprawy zaskoczył niemal wszystkich. Doskonale rozumiem rozczarowanie wielu osób, ale prawdę mówiąc doceniam Nica Pizzolatto tym bardziej. Zgodnie z zapowiedziami nie okazał się szpanerem. Nie chciał nikogo oszukać, choćby i jako zachęcany do tego przez samą widownię prestidigitator. Opowiedział historię znacznie prostszą niż wielu jego kolegów po fachu, ale pozwolił jej wybrzmieć. Pozostawił otwarte wątki, ale nie czuć w tym tak częstej w wielu produkcjach niedbałości. One też są częścią atmosfery, jaką ma historia Cohle’a, Harta i ich kilkunastoletniego śledztwa. Przypominają, że w życiu nic nie domyka się tak, jak w uwielbianych przeze mnie sprytnych, błyskotliwych scenariuszach.

Fot. HBO

Fot. HBO

Vampiry, voodoo, bogowie z otchłani

Czy True Detective zawiera wątki nadnaturalne? Właśnie. Źle zadane pytanie, na które i tak będziecie musieli odpowiedzieć sobie sami. Twórcy w zmaganiach z niesamowitością unikają zgrabnie Scylli „kawy na ławę” i Charybdy „efektu Scooby Doo” – więcej bez spoilerowania napisać nie mogę. Na pewno jednak mogę i muszę wspomnieć o jednej z najbardziej niezwykłych i nieoczekiwanych własności True Detective – oto twórcom udało się, chyba po raz pierwszy w historii kina i telewizji, przenieść UDANIE na ekran aurę lovecraftowskiego horroru. Tak, wiem, Król w Żółci i Carcossa to oczywiście pomysły Chambersa, które Samotnik z Providence jedynie zaadaptował do swojej twórczości, ale nie mam na myśli konkretnych nawiązań do mrocznych mitologii obu pisarzy, lecz do istoty kosmicznego horroru – a ten gatunek już na zawsze będzie łączony z nazwiskiem Lovecrafta. W czasach, gdy legiony spragnionych fanów od dawna zaczęły już wątpić w kolejne doniesienia o próbach przenoszenia na ekran coraz to kolejnych dzieł tego pisarza, ratunek nadszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony. A przecież True Detective nie jest choćby nawet luźną adaptacją żadnego z opowiadań. Jest tylko, przeprowadzonym z prawdziwą maestrią, przeniesieniem tak typowych dla Lovecrafta tropów fabularnych do policyjnego dramatu. Oto śledztwo, które niesie prowadzącym go ból i szaleństwo. Przerażający kult, którego korzenie tkwią głęboko w historii i zwyczajach lokalnej ludności. Studium deprawacji społeczności, którą ów bluźnierczy kult toczy. Wreszcie bohaterowie brnący w matnię głębiej i głębiej. Niepotrafiący wycofać się, nim będzie za późno. I unoszący się nad wszystkim nastrój beznadziejności ludzkiego losu w obliczu bezduszności wszechświata. Wiele racji mają ci, którzy w tyradach Rusta Cohle’a doszukują się ech Nietzschego czy Ciorana, ale to przecież wizja świata i człowieka Howarda Philipsa Lovecrafta wybrzmiewa w nich najwyraźniej. I tak oto świat doczekał się w końcu godnej ekranizacji mistrza niebędącej ekranizacją. Całkiem spoko, nie?

Dużo tych płaszczyzn sukcesu. Więc i sukces duży. Konstatuję go z ogromną satysfakcją, bo oto dzieło wybitne zdobywa masową popularność. Gwiazdy (czarne?) na chwilę są w porządku. Sztuka w koniunkcji z popkulturą rozpaliła serialowy świat do białości. Czekamy na sezon drugi. Oby akcja toczyła się w Providence.

Fot. HBO

Fot. HBO

True Detective
Crime drama/Neo-noir
HBO, USA, 2014–

Katon

W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.