Twórczy chaos, twórczy porządek. Superbohaterowie DC i Marvela w kinie i telewizji

Twórczy chaos, twórczy porządek. Superbohaterowie DC i Marvela w kinie i telewizji

Tekst zawiera niewielkie spoilery dotyczące Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.

Jeszcze kilkanaście lat temu główną domeną superbohaterów pozostawały komiksy. Teraz ich sprzedaż spada na łeb na szyję, a źródłem zysków staje się przemysł filmowy. Ale nie tylko – przenikają bowiem również do telewizji, a związki między małym a dużym ekranem stają się coraz silniejsze. Rezultat? Transmedialne superbohaterskie uniwersum.

Komiksowi giganci – DC i Marvel – konkurują ze sobą niemal od momentu powstania, choć konkurencja ta stała się zacieklejsza w dobie kinowego boomu na superbohaterów i krociowych zysków, jakie przynoszą kolejne produkcje z tego gatunku. Marvel znalazł doskonałą receptę na sukces, polegającą na stworzeniu spójnego świata, w którym spotykają się wszyscy superbohaterowie należący do firmy (no, z wyjątkiem Spider-Mana, X-Menów i Fantastycznej Czwórki, wydzierżawionych wcześniej innym studiom). DC przez długi czas wydawało się nie zwracać na to większej uwagi. Do czasu…

Kilka tygodni po premierze Człowieka ze stali dowiedzieliśmy się, że w zapowiedzianej kontynuacji pojawi się inny sztandarowy bohater DC: Batman. Niedawno okazało się, że to nie koniec, bo w tej samej produkcji zobaczymy również Wonder Woman. Plotki o Flashu czy Aquamanie nie znalazły na razie potwierdzenia, lecz mimo to nieustannie krążą po Sieci. Nie mniej ciekawa wydaje się informacja o przesunięciu premiery filmu – ponoć po to, by ekipa zdążyła od razu nakręcić sequel. Plan DC wydaje się prosty i jasny: dogonić Marvela, powielając jego strategię.

Nie ma w tym zresztą nic dziwnego: Avengersi zajmują trzecie miejsce na liście najbardziej dochodowych filmów świata (po Avatarze i Titanicu), a machina produkcyjna bynajmniej nie zwalnia: „faza druga” rozkręca się coraz bardziej, a trzecia (wiemy już o Ant-Manie i Thorze 3) majaczy w oddali. Marvel położył jednak podwaliny pod ten sukces już w pierwszej części Iron Mana (2008), kiedy w scenie po napisach agent Nick Fury zaprosił Tony’ego Starka do organizowanej przez siebie „inicjatywy” – czyli superbohaterskiej drużyny, znanej jako The Avengers. Kolejne filmy nie tylko sukcesywnie powiększały szeregi superbohaterów, ale poszerzyły też granice fikcyjnego uniwersum, dzięki czemu jednym z największych hitów tego lata mogą się okazać Strażnicy galaktyki: film rozgrywający się gdzieś w przestrzeni kosmicznej, z gadającym szopem wśród głównych bohaterów.

Fot. Disney/Marvel

Fot. Disney/Marvel

Podstawą koncepcji Marvela jest spójność świata, która umożliwia zainteresowanie widzów nowymi postaciami. Jeśli poszedłem na Avengersów, bo widziałem Iron Mana, to później zacznę pewnie oglądać również Thora i Kapitana Amerykę – jeżeli nie z sympatii do bohaterów (choć trudno ich nie lubić), to przynajmniej po to, by znać kontekst dla Avengersów 2. Tak więc fikcyjny świat musi się bez przerwy poszerzać, a jednocześnie zachowywać spójność, zarówno fabularną, jak i estetyczną – wszystkie filmy Marvela są do jakiegoś stopnia podobne, o klasycznej konstrukcji wypełnionej lekkością i humorem.

Logicznym krokiem w poszerzaniu Marvelowskiego świata jest przejście do innego medium. Tak pojawił się serial Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D., powstały na fali popularności Avengersów. Można tam zobaczyć uwielbianego przez fanów agenta Coulsona, gdzieś na początku pojawia się agentka Hill, Nick Fury i… same nowe twarze. Bariera między filmem a telewizją okazuje się nie tak łatwa do przeskoczenia, w związku z czym nie ma co liczyć na pojawienie się aktorów znanych z głównych ról na dużym ekranie, a i ci drugoplanowi pojawiają się najwyżej na chwilę. Do tego główni bohaterowie niespecjalnie się wyróżniają, odcinki zaś meandrują od jednej nieważnej sprawy do kolejnej. To, co działało na dużym ekranie, zamknięte w stu kilkudziesięciu minutach filmu, nie działa już tak dobrze rozciągnięte na cały sezon. Agenci na pewno w końcu złapią wiatr w żagle – recenzje kilku ostatnich odcinków wyraźnie wskazują na stopniowe podnoszenie poziomu – ale nie zmienia to faktu, że powiązanie z kinowym uniwersum na razie pozostaje frustrującą obietnicą, której serial nie potrafi spełnić. Jedna Sif – towarzyszka Thora mająca się pojawić w którymś z odcinków – wiosny nie czyni.

Fot. ABC

Fot. ABC

W czasie, gdy Marvel budował swoją dzisiejszą potęgę, DC wcale nie zasypiało gruszek w popiele. Trzeba wspomnieć o trylogii Mrocznego Rycerza, która odcisnęła wyraźne piętno na całym kinie superbohaterskim (przykład: Iron Man 3, postacią Mandaryna dekonstruujący Nolanowskiego Ra’s al Ghula). Ale równie ważne rzeczy działy się w telewizji: od 2001 roku na kanale CW mogliśmy oglądać 10 sezonów (!) przygód młodego Supermana. Smallville to po części produkcja superbohaterska, po części teen drama, doskonale pasująca nastrojem do zawsze optymistycznego i pełnego nadziei Człowieka w Niebieskich Rajtuzach. W trakcie emisji do serialu zawitali m.in. Green Arrow, Aquaman czy Booster Gold.

Rok po zakończeniu Smallville na ekranie zadebiutował Arrow – serial pełnymi garściami czerpiący ze spuścizny Nolana. Tutaj również pojawiają się coraz to nowi bohaterowie z komiksowego świata DC, na początku ci mniej znani i ściśle związani z Zieloną Strzałą, ostatnio jednak do Starling City przybył Barry Allen, czyli Flash (który według wszelkiego prawdopodobieństwa dostanie własny serial – i telewizyjne uniwersum znów się rozszerzy), a przed końcem sezonu mamy na ekranie zobaczyć protegowanego samego Batmana – Nightwinga.

Seriale mogą dać DC to, czego firmie tak bardzo w tej chwili brakuje: czas. Na przestrzeni jednego sezonu można opowiedzieć wystarczająco dużo historii, by zarysować i rozwinąć głównych bohaterów, a także znacząco poszerzyć obsadę. Krótko mówiąc: zbudować ten świat, który reżyser Zack Snyder, scenarzysta David S. Goyer i producent Christopher Nolan muszą stworzyć w ciągu dwóch filmów – i na przestrzeni kilku lat.

Dając nam przy okazji film lepszy niż ten. | Fot. Time Warner/DC

Dając nam przy okazji film lepszy niż ten. | Fot. Time Warner/DC

Póki co trudno wyrokować, czy w tym przypadku dojdzie do ponadmedialnego porozumienia. DC wciąż nie odeszło całkiem od strategii polegającej na braku strategii: widać to było, gdy powstawał Arrow i zdecydowano się na zastąpienie Justina Hartleya (który grał Green Arrowa w Smallville) Stephenem Amellem. Słychać to również teraz w doniesieniach o serialu Gotham, powstającym na zlecenie stacji Fox. I muszę przyznać, że w tym podejściu jest jednak coś pociągającego: różne ekipy, różni twórcy – a więc i różne historie, niejednorodność. To coś, czego odrobinę brakuje mi w filmach Marvela. Może więc w tę stronę powinno pójść DC? Zatrudnić twórców o tak wyrazistym głosie jak Nolan, ale o drastycznie innej wrażliwości, i pozwolić im robić filmy, nie przejmując się zanadto spójnością świata? Jakkolwiek kuszące by to nie było, nie należy się chyba zbytnio na to nastawiać – tylko połączone siły wszystkich najważniejszych superbohaterów, jakich DC ma do swojej dyspozycji, oraz gwiazdorska obsada mogą zapewnić cień szansy na przebicie – lub chociaż zbliżenie się – do wyniku finansowego Avengersów. A to przecież jedyna licząca się w tej chwili miara sukcesu.

Nie da się też ukryć, że gdyby nie wyróżniające się spójnością i konsekwencją podejście Marvela, prowadzące do sukcesu Avengersów, nie dostalibyśmy filmu z gadającym szopem ani Ant-Mana w reżyserii Edgara Wrighta – twórcy o wyrobionym, intrygującym stylu. Jeśli więc w dalszej przyszłości powstanie (wreszcie!) film o Wonder Woman, Animal Manie lub Swamp Thingu, to niech Zack Snyder kręci Batman vs Superman i Justice League, a nawet Aquaman vs Justice League. Może metoda Marvela zadziała również w przypadku DC.

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).