Fot. NBC

Greendale ocalone! (Community, S05)

Artykuł zawiera spoilery.

Czy prawdziwy serial, tak jak prawdziwego mężczyznę, poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy? Jeśli tak, to Community zdecydowanie można nazwać prawdziwym serialem. Kiedy piszę te słowa, nie wiadomo jeszcze, czy sezon szósty (plus film) kiedykolwiek się pojawi, czy też życiu na Ziemi położyła kres kolizja z asteroidą, ale jedno jest pewne: Dan Harmon po raz kolejny nie zawiódł.

Nie znaczy to, że sezon piąty był doskonały – bynajmniej. Ale biorąc pod uwagę, jak wiele było do zrobienia na przestrzeni zaledwie trzynastu odcinków, uważam, że i tak twórcy wyszli z tej sytuacji obronną ręką. Bo przecież szło nie tylko o naprawienie reputacji serialu nadszarpniętej przez „rok ulatniającego się gazu”, jak eufemistycznie określono mocno nierówną serię czwartą. Trzeba też było domknąć w godziwy sposób wątek Pierce’a, zakończony dość nagle wskutek odejścia Chevy’ego Chase’a z serialu, oraz pożegnać Troya. A na ostatek – zakończyć całą rzecz tak, by w razie niewznowienia serialu sezon sprawdził się jako ostatni. Przyznacie, sporo tego.

Fot. NBC

Fot. NBC

Efekt? W trakcie oglądania nieustannie miałem silne poczucie, że oglądam tylko wybrane odcinki z pełnej serii, swoistą składankę „the best of”. Fabuła rwała naprzód, ewolucja bohaterów z konieczności dokonywała się skokowo, wyczekiwani gwiazdorscy goście pojawiali się zaledwie na moment i znów przepadali bez wieści. Z jednej strony świadczy to oczywiście o kunszcie scenarzystów i reżyserów, którzy mimo skakania z kwiatka na kwiatek zdołali utrzymać wysoką jakość oraz opowiedzieć spójną historię. Z drugiej strony – wyjątkowo mocno czułem miejsca niedookreślone, te wszystkie nieobecne na ekranie przygody, i chyba dlatego pozostało we mnie wrażenie niedosytu. Nie zabrakło Community serca, ale mięska między skórą a kośćmi już tak.

A jednocześnie był to przecież sezon, w którym poznaliśmy uczelnię Greendale bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. Nowi nauczyciele, nowe pomieszczenia, całe nowe skrzydło budynku, zakulisowe machinacje kierownictwa… Począwszy od nominacji Jeffa na profesora, poprzez nowy nabytek grupy w postaci Buzza Hickeya, aż po „powrót do korzeni” w finale pod postacią spotkania z założycielem szkoły, była to wycieczka po kampusie co się zowie. I chyba rozumiem, skąd nagły pęd do pokazywania widzom wszystkich zakamarków Greendale. Sam tak spacerowałem po wydziale, gdy piąty rok moich studiów dobiegał końca i nieoczekiwanie spadła na mnie świadomość, że to już koniec, że więcej nie będzie. Przyszła pora się pożegnać – więc nim światła zgasną, próbowaliśmy, widzowie i twórcy, w pośpiechu zakosztować wszystkiego tego, co zawsze odkładaliśmy na później.

Fot. NBC

Fot. NBC

Ech, melancholijnie się zrobiło. Ale też są ku temu powody. Nie tylko ryzyko przerwania emisji serialu – dla Community to w zasadzie chleb powszedni. Myślę, że największy wpływ na „ostateczny” wydźwięk sezonu piątego miało odejście Troya. Mam silne poczucie, że odcinki czwarty i piąty przełamują serię na dwie części: ta „przed” bardziej przypomina stylem i treścią wcześniejsze odcinki, ta „po” jest fabularnie i stylistycznie znacznie mniej spójna. To raczej wspomniana wcześniej składanka „the best of”, rwana i fragmentaryczna, to pospieszne domykanie wątków. Odejście Donalda Glovera (którego powody złamały mi serce) położyło się cieniem na wszystkich kolejnych odcinkach. Cieszę się za to, że przynajmniej postać Troya odprawiono w sposób godziwy, należycie słodko-gorzki. Pożegnanie w formie ogólnoszkolnej gry w „the floor is lava”, a następnie rejs dookoła świata z ukochanym gwiazdorem jako towarzyszem i perspektywa odziedziczenia milionów po powrocie? Nie wiem, czy jakiś bohater odszedł lepiej. Wiem, że nie wszystkim odcinek z lawą podobał się w równym stopniu – zamiast na smutek rostania Troya i Abeda postawiono na widowiskową, ale nieco pustą w środku parodię. Trudno nie przyznać tu częściowej racji krytykom. Myślę za to, że bardzo zgrabnie powiązano (szokującą!) śmierć Pierce’a z odejściem Troya. Idea sprawdzianu przy użyciu wykrywacza kłamstw jako warunku otrzymania zapisanych w testamencie „dóbr” nie tylko doskonale podsumowała charakter Pierce’a, ale też pozwoliła raz jeszcze zbadać siatkę poplątanych emocji łączących członków grupy. Bo ostatecznie nawet rasistowski staruch okazał się zdolny do przemiany, skoro w czarnoskórym młodzieńcu dostrzegł samego siebie z przeszłości – i nagrodził go tym, czego sam był pozbawiony, czyli szansą na niezależność (oraz spermą). Czyż to nie piękne zakończenie?

Fot. NBC

Fot. NBC

Bałem się, co pod nieobecność Troya stanie się z Abedem. Myślę, że wszyscy się baliśmy. Ale i tutaj moim zdaniem się udało. Po pierwsze nie pozostawiono tej postaci w próżni – miejsce utraconego przyjaciela natychmiast zajęła (powracająca po krótkiej nieobecności) dziewczyna. Ból po stracie to chyba jedyna sytuacja, w której można było wiarygodnie związać aspołecznego Abeda z jakąkolwiek przedstawicielką płci pięknej. Wątek związku jako próby zapełnienia pustki pociągnięto zresztą dalej. Wystarczy spojrzeć na zaborcze zachowanie chłopaka w odcinku z kowbojską grą wideo: była to przecież próba najzupełniej dosłownego zastąpienia Troya poprzez „wprowadzenie” Rachel na jego miejsce w mieszkaniu. Po drugie w Greendale działo się w drugiej połowie sezonu na tyle dużo, że Abed nie miał czasu na rozpamiętywanie, bo przeżywał przygody. To prawda, przybladł trochę jako postać, trochę cofnął się na dalszy plan, ale ogólnie rzecz biorąc nie można narzekać. Rozstanie to trudna sprawa.

Pewnym niewypałem okazała się dla mnie natomiast postać profesora Hickeya, który niby to zastępował Pierce’a (zajął nawet jego miejsce przy stole!), niby to wprowadzał nowe wątki (komiks o kaczce), ale koniec końców jakoś zupełnie się jako bohater nie sprawdził. Zabrakło chyba spójnej koncepcji – i czasu, by potencjalnie interesujące cechy Buzza (przeszłość w policji, przynależność do wspólnoty nauczycieli, relacja z synem) mogły zostać rozwinięte. A szkoda, bo potencjał był. Być może zresztą swoista bezbarwność Hickeya to po prostu efekt zestawienia go z Piercem, bo w przeciwieństwie do maksymalnie przerysowanego Starca Nr 1 nasz Starzec Nr 2 jest postacią realistyczną oraz twardo stąpającą po ziemi, z której trudno wykrzesać humor. Uwagę od Hickeya odwracali trochę powracający po długiej nieobecności profesor Duncan (jak zawsze znakomity) oraz cała galeria jednoodcinkowych gości z Nathanem Fillionem na czele. Powrócili też, choćby na chwilę, starzy ulubieńcy jak Starburns czy polski kolega Paweł. Ale wszystko to były raczej fajerwerki, efektowne, lecz cieszące ledwie przez chwilę. Gdzie im tam do wzruszających przeprosin Abeda w „deszczu”!

Fot. NBC

Fot. NBC

Szkoda, że wskutek skrócenia sezonu pozostałe postacie z głównej ekipy nie miały okazji rozwinąć się wystarczająco. Owszem, Jeff dostał szansę na rozprawienie się z lękiem przed dorosłością w przezabawnym odcinku kreskówkowym, Annie mogła za sprawą Komitetu Ocalenia Greendale odnaleźć się w roli przywódczyni i działaczki społecznej, a szaleństwo Changa ustatkowało się na w miarę znośnym poziomie, ale z kolei Shirley i Britta znajdują się w zasadzie w tym samym punkcie co na początku sezonu. Również wątek mięty, jaką dziekan Pelton czuje do Jeffa, pozostał nierozstrzygnięty – choć może ostatecznie miał taki pozostać? O to przecież chodzi, by gonić króliczka…

O częściowej rezygnacji z pogłębienia postaci (za wyjątkiem znakomitego odcinka z poligrafem) świadczy też liczba odcinków typu „high-concept”, czyli silnie stylizowanych parodii: na trzynaście aż pięć podpada pod tę kategorię. Nie krytykuję ich obecności, broń Boże. Historia przestępcy dręczącego pupy studentów za pomocą monet czy wzmiankowany G.I. Jeff należą do moich ulubionych momentów w całym serialu, a przed odcinkiem o aplikacji Meow-Meow Beanz mam ochotę bić pokłony. Cóż za boski, orwellowsko-huxleyowski klimat!

Fot. NBC

Fot. NBC

Moje pozytywne wrażenia z sezonu przyćmił tylko nieco finał – blady, mało śmieszny i pozbawiony napięcia. Nie w tym nawet rzecz, że nie miał epickiego oddechu godnego Finału Całego Serialu, ale po prostu mało się w nim działo, a to, co się działo, nie wywarło na mnie większego wrażenia. Basic Story bawiło się, jak rozumiem, ideą braku fabuły, przez co samo fabuły trochę nie miało – a Basic Sandwich za mało wycisnęło zarówno z groźby przerobienia szkoły na uczelnię sieci Subway, jak i ze spotkania z założycielem Greendale. Sam nie wiem, mam po prostu poczucie, że była to sztuka dla sztuki, a w Community najbardziej cenię rozwój postaci (oraz, oczywiście, humor), którego tutaj zabrakło. No ale nie ma co narzekać. Na pocieszenie zostaje przezabawna wzmianka Abeda o asteroidzie oraz chyba najlepszy w tym sezonie tag odcinka, po którym telewizja NBC powinna czym prędzej zaczerwienić się jak piwonia i zagwarantować serialowi serię szóstą.

Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Na razie jestem wdzięczny, że w ogóle mogliśmy do Greendale powrócić. Raz jeszcze przejść się korytarzami, spotkać starych znajomych, wziąć udział w szalonej przygodzie. Pożegnać się z tymi, których tak kochamy, pozostawiając ich w szczytowej formie. W najgorszym razie zostaną z nami wspomnienia trzynastu naprawdę fajnych odcinków. And that’s canon.

Community
Sitcom
NBC, USA, 2009– 2014? :( :)))

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.