Mo(tv)vie, czyli o recyklingu

Mo(tv)vie, czyli o recyklingu

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Jednym z głośnych trendów serialowej wiosny są produkcje na motywach znanych, choć nieco już przebrzmiałych filmów sprzed lat. Czy to w ogóle ma sens?

Serialowy recykling starych pomysłów nie jest ideą narodzoną w roku 2014, choć nigdy dotąd nie mielimy tak intensywnego wysypu odgrzewanych formuł w jednym miejscu i czasie. Wystarczy przyglądnąć się hitom z lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Część przykładów dobitnie pokazuje, że serial rozwijający temat kasowego filmu jak najbardziej może się sprawdzić, a nawet stać się produktem od filmu ciekawszym, zabawniejszym; że serialowa konwencja może dodać mu skrzydeł.

Bad Teacher

Fot. CBS

Jeden z najlepszych na świecie seriali, przynajmniej moim zdaniem, czyli przygody pogromczyni wampirów, Buffy, powstał na podstawie filmu – nie da się ukryć, że serial jest znacznie lepszy, a o filmie, mimo świetnej obsady (Kristy Swanson, Rutger Hauer, Hilary Swank, Donald Sutherland), niewiele osób pamięta. Kultowy serial M.A.S.H. inspirowany był produkcją z 1970 i z łatwością ją zdeklasował. Friday Night Lights to popularny serial na motywach filmu z 2004, który leciał od 2006 do 2011, przyćmiewając pierwowzór; filmowe Fame z 1980 zaowocowało serialem o tym samym tytule, który oglądaliśmy w latach 1982–1987 roku, także w polskiej telewizji, emocjonując się losami grupy młodych tancerzy.

Serial Star Wars: The Clone Wars uważany jest za niezły, a momentami głębszy, sprawniej pisany niż filmy. Z pozytywnych „transfuzji” wymieniłabym jeszcze Stragate SG-1 na podstawie filmu Stargate z 1994 i serial Nikita na motywach filmu z 1990.

Jak w przypadku każdej tendencji, były też wśród przenosin z dużego ekranu na mały przypadki fatalne. Przykładowo: wariacja na temat hitu dla nastolatków, opartego na Emmie Jane Austen, czyli Clueless – w serialowej odsłonie rzecz okazała się niewypałem, tak samo jak produkcje telewizyjne osnute na fabule Dirty Dancing czy Pracującej Dziewczyny (Working Girl).

About a boy

Fot. NBC

Wróćmy jednak do tu i teraz. Co najmniej dwie z oferowanych nam w tym roku adaptacji mają konwencję sitcomu ciążącego w stronę komedii romantycznej lub, jak kto woli, chick flick. Był sobie chłopiec to serial na motywach powieści Nicka Hornby’ego i romantycznej komedii z Hugh Grantem, Bad Teacher wraca z kolei do scenariusza wakacyjnego przeboju z Cameron Diaz, wyświetlanego pod tym samym tytułem. Pełne humoru, ale raczej gorzkiego, groteskowego, dziwnego, niszowego lub pulpowego są: Fargo osadzone w świecie filmu braci Coen i Od zmierzchu do świtu, nawiązujące do kultowego horroru.

Co łączy wymienione produkcje poza recyklingową tendencją? Otóż pod serialami podpisują się ich oryginalni twórcy. Hornby jest producentem wykonawczym About a boy, bracia Coenowie pełnią tę samą kontrolną funkcję przy Fargo, a Robert Rodriguez rozwija przygody swoich bohaterów w serialowym Od zmierzchu do świtu i ma pieczę nad produkcją. Hilary Winston, twórczyni filmu Bad Teacher, pełni przy sitcomowej „wariacji” analogiczną – i nieco, przyznacie, enigmatyczną – funkcję producenta wykonawczego.

Fargo

Fot. FX

Z konieczności są to seriale „na motywach”. Hornby brawurowo rozprawił się z fabułą swojej książki, streszczając ją już w pierwszym odcinku. Cała intryga rozwiązuje się w dwadzieścia minut i możemy iść dalej. Podobnie skonstruowany został pilot Bad Teacher. Fargo dzieje się w tym samym świecie co film, ale opowiada inną historię, podobną, a jednak zupełnie nową, wprowadzając nieznanych bohaterów, świeże konteksty. Idzie też ścieżką, którą poszedł choćby True Detective, przyjmując „szlachetniejszą” formułę historii zamkniętej w dziesięciu odcinkach. A dziesięć odcinków to już „prawie jak film”.

Jako że twórcy zacni, nie brak doskonałych aktorów, w rolach głównych oglądamy twarze znane bardziej z kina, często uhonorowane prestiżowymi nagrodami. W Fargo błyszczą Martin Freeman i Billy Bob Thornton, w About a boy podziwiamy Minnie Driver, w Bad Teacher z kolei mamy wysyp serialowych torped: Cristin Davies (Seks w wielkim mieście), Ryan Hansen (Veronica Mars), a w roli tytułowej Ari Graynor, pamiętana z Rodziny Soprano i Fringe.

Aktorstwo jest więc na przyzwoitym poziomie, pierwsze odcinki każdego z seriali wydają się obiecujące i ogląda się je przyjemnie, ciężko jednak na razie powiedzieć, czy to wystarczy. Seriale dopiero się rozkręcają, pomalutku odcinają pępowinę. Dopiero za kilka miesięcy przekonamy się, czy potrafią sobie radzić samodzielnie, funkcjonować w oderwaniu od statku-matki, czy działają jako osobna całość, zawierają „wartość dodaną”, czy były strzałem w dziesiątkę, czy też może niewartym pamiętania niewypałem.

From Dusk till Dawn

Fot. El Rey

Można się zastanawiać, jaki jest sens rezurekcji  filmów martwych od dekady, funkcjonujących gdzieś na obrzeżach fanowskich subkultur, offowych festiwali  i niszowych kin. Patrząc krytycznie, uznałabym, że chodzi o odkurzenie franczyzy, wyduszenie jeszcze jednej transzy tantiem z pomysłu, który został już do cna zjechany. O odcięcie kuponów od przeszłych sukcesów, zajechanie na śmierć prącego naprzód, styranego jak „Łysek z Pokładu…” fabularnego konika-zombie.  Na usta cisną się pytania: czy warto wracać do starych historii, odgrzewać kotleta, zamiast upichcić coś zupełnie nowego? Czy publiczność rzeczywiście marzy o tym, żeby zobaczyć tę samą historię jeszcze raz? Wcielenie się przez pierwotnych autorów w rolę „executive producers” to sprawa śliska; często bywa to funkcja fasadowa, czyli furtka do generowania zysków dla obu stron układu.

Spoglądając z większą życzliwością i biorąc pod uwagę udział w przedsięwzięciach oryginalnych twórców, powiedziałabym jednak, że może to być po prostu chęć rozwinięcia i rozbudowania światów, które niegdyś wymyślili, a które z konieczności zostały upchnięte w ograniczonej czasoprzestrzeni kinowego hitu. A jeśli kreujemy świat, jeśli dajemy mu życie i obdarzamy miłością, to nie jest łatwo się z takim uniwersum pożegnać. Każda drugo- i trzecioplanowa postać zasługuje przecież na własne przygody, dramaty, radości. Jedna historia wiedzie do drugiej, chcemy wiedzieć, co będzie dalej. Dlatego bywa, że „expanded universe” ma sens. Ma sens, gdy jest po prostu przeniesieniem na ekran tego, co w głowie autora wysnuło się i zamieszkało już dawno temu, stłoczone i bogate, żywe i kolorowe, buzujące pod kopułą mózgu, bez większych nadziei na ujawnienie.

Zresztą jedno nie wyklucza drugiego, a pieniądze mogą iść w parze z imponującą wizją! Czego omawianym serialom z odzysku gorąco życzę.

Bad Teacher

Fot. CBS

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.