Fot. History Channel

Ojcze nasz (Vikings, S02)

Artykuł zawiera spoilery.

Wikingowie to serial nietypowy, bo wszystko jest w nim jasne, fabuła nie wikła się w zbyt wiele na siłę udziwnionych i przeciąganych w nieskończoność wątków, intrygi też jakieś takie realistyczne i prosto z mostu, klarowne. To może albo nudzić, albo się podobać. Mnie akurat pasuje, bo jako żywo przypomina frazę skandynawskich czy celtyckich sag, w których tak właśnie, bez nadmiernych komplikacji, bez przesadnego pogłębiania „psychologii postaci” splatały się losy bohaterów, w tym Ragnara Lothbroka.

Nie mamy tu zwyrodnialców, szaleńców ani  geniuszy. Skończył się drugi sezon, więc napiszę może, że to właśnie ramowo nakreślone postacie dają najwięcej pola do aktorskiego popisu. I że mam w serialu swoich ulubieńców.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Pierwszym jest Travis Fimmel, czyli Ragnar. Twórca Wikingów, Michael Hirst, tak mówił o jego castingu: „był zupełnie nieznany, nie pasował na Wikinga. Nie był głośny, był nieinuicyjnym wyborem, dużo myślał, mało mówił, miał dziwny uśmiech. Ale powiedziałem – nie chcę kliszy, więc weźmy go”. Dla mnie to bohater, którego główną, narzucającą się cechą jest uduchowienie, brawurowe otwarcie na sacrum i równocześnie – na ryzyko. Na moce, które bywają niebezpieczne. Ragnar jest w pewnym sensie fanatykiem, jest nawiedzony. A może po prostu – wierzący? Więc nawet jeśli milczy i wydaje się spokojny, nigdy spokojnym nie jest, bo nieustannie płonie w nim wewnętrzny ogień, niepokój, rwący popęd. Nie wiadomo, co za chwilę zrobi. Czy okaże się mistrzem dyplomacji, czy wykona brutalny wyrok, czy może się rozpłacze ze wzruszenia.

Teraz, gdy z farmera stał się królem, też w zasadzie nie wiemy, czy i jak władza zmieni tego bohatera , bo może wcale go nie poruszy – wydaje się, że motywują naszego niezwykłego Wikinga inne sprawy niż pozostałych wojowników czy liderów snutej opowieści.

Ragnar na każdym kroku podkreśla przywiązanie do rodziny, żywej i tej, która już pożegnała się z doczesnym światem, do – na swój sposób definiującej – roli ojca, wreszcie do bogów i ich osądu, choćby kontrowersyjnego. Bo wiara to ślepe posłuszeństwo, bez zadawania pytań. Interesuje go też świętość z innych krain i tu otwiera się furtka do chrześcijańskiego uniwersum – bohatera przyciąga druga z uduchowionych postaci, czyli mnich zamieniony w Wikinga, Athelstan.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Scena wspólnej modlitwy z finałowego odcinka – Ojcze Nasz naprawdę mnie poruszyła, pokazała, jak otwarty umysł ma Ragnar – nie wyobrażam sobie żadnej innej postaci serialu, która mogłaby uczestniczyć w tej tajemniczej i cudownej scenie. Nikt inny nie rozumie duchowych poszukiwań herosa.  Jego ciekawości i żądzy świata. Widzimy wyraźnie cechy czyniące Ragnara wyjątkowym. I nie wiem czy zauważyliście, ale modlitwa to było jedyne, co Ragnar w tym ostatnim odcinku powiedział. Przez resztę brzemiennego znaczeniami, wartkiego epizodu – bohater milczy. To w gruncie rzeczy postać ważąca słowa, pełna namysłu, obserwująca i przetwarzająca świat po swojemu. Niestabilna, niezrównoważona. Po trosze boży prostaczek, a po trosze poeta, który wybrał ścieżkę wojownika.

Ragnar ma też tę właściwość, że potrafi mnie okropnie wkurzać, choć w innych momentach – zachwyca. To wiarygodna postać i doskonale odgrywana, z tikami nerwowymi, skrytymi uśmieszkami, chwilami bliskimi transu i rozmarzenia, a także momentami skupienia i morderczej koncentracji. Dorosły mężczyzna, przywódca, szeroko otwarty na świętość otaczającego go świata, co jest niesamowitą cechą. Ragnar stoi zawsze jedną nogą w chmurach, w świecie bogów i bliskich bogom herosów.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Inna postać, którą warto wymienić, bo niestety się z nią żegnamy, a która zrobiła na mnie wrażenie, to Król Horik (Donal Logue). Jakby nie patrzeć, Horik zaczyna sezon jako bardzo pozytywny, przyjazny władca, kierujący się raczej rozumem niż emocjami, ale też ludzki, wielkoduszny, dzielący z Ragnarem szacunek do podobnych wartości i zasad: ceniący wagę rodziny, bezpieczeństwa, porozumień ponad podziałami, traktowania lokalnych władców jak równych sobie, myślenia „out of the box”. Owszem, jego skłonność do „zemsty” i traktowania pewnych spraw zero-jedynkowo wypływa już na początku fabuły, ale mnie najbardziej cieszy, jak płynnie i naturalnie bohater ten zmienia się z dobrego – w złego. Od przyjaciela wszystkich i „sprawiedliwego króla” po zaślepionego goryczą człowieka, który usiłuje wprowadzić w życie podstępny plan wymordowania sojuszników, włącznie z kobietami i dziećmi.

Ani przez chwilę nie mamy wątpliwości co do prawdopodobieństwa takiej przemiany, a jest ona przecież radykalna i prędka. To zasługa dobrego scenariusza i przede wszystkim z wyczuciem odgrywanej postaci. Wierzymy, że w swojej własnej głowie Horik usprawiedliwia niecne działania: zemsta na Ragnarze zamiast zemsty na angielskim królu, krwawa wendeta za upokorzenia i za „wykastrowanie” z atrybutów władzy. Wreszcie próba ukrócenia rozkwitających rządów młodego Wikinga, który wydaje się aroganckim dzieckiem bogów, a przynajmniej za takiego go uważają jego ziomkowie. Cóż, w rezultacie nieudanego zamachu to Ragnar zostaje królem. A sam zamach, czyli twist z finałowego odcinka, choć okazał się popisową intrygą podwójnych agentów i ukazał nam lojalność wobec nowego władcy, nie rozwiązał wątpliwości i problemów jakie mają z „natchnionymi” rządami Ragnara niektórzy jego poddani. Choć ani Floki (nieodmiennie frapujący trickster Gustaf Skarsgård, trzecia postać pogrążona w ekstatycznej religijności), ani Siggy (Jessalyn Gilsig, która powoli przestaje mi się kojarzyć z Glee) ostatecznie nie przyłożyli ręki do śmierci Ragnara oraz jego dzieci i wierzą mniej lub bardziej w posłannictwo czy przeznaczenie lidera, nie są jednak całkiem zadowoleni ze swojej funkcji na „dworze”. Czują się niedocenieni i ta część ich „przykrywki” była niewątpliwie prawdziwa. Napięcia pozostały i pewnie powrócą w potwierdzonym już trzecim cyklu opowieści.

W sezonie drugim zmienia się przedstawiony świat. Daleka północ robi się kolorowa. Bogatsze stają się wnętrza, kunsztowniejsze stroje i biżuteria, obficie spływają z ramion bohaterom ciężkie  futra, rosną na wybrzeżu kolejne łodzie, a Ragnar ze zwykłego farmera przeistacza nam się w króla. Nie da się nie zauważyć, że koniec końców władcą zostaje dlatego, iż ukatrupił dwóch głównych konkurentów – Jarla Borga i króla Horika – a trzeci przywódca, jako że jest jego byłą żoną, wydaje się jak na ten moment raczej sojusznikiem. Lekcja jest prosta i brutalna: chcesz rządzić – wybij konkurencję. Nie ma innej drogi, pokazuje przykład Wikingów. Nie ma co liczyć na demokratyczne wybory ani zrównoważoną ścieżkę kariery.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Historie rozgrywają się teraz na linii polityki –powiedzielibyśmy – międzynarodowej, Wikingowie brylują na salonach, wśród zagranicznych królów i księżniczek. Z tego, co czytałam na temat sezonu trzeciego, Ragnar nareszcie splądruje w nim Paryż (czyli przeskakujemy znów o parę lat do przodu i zbliżamy się do kulminacyjnego momentu największych triumfów tego na poły legendarnego władcy), podobno zginie też ktoś z głównej obsady (co nie jest zaskoczeniem). Słyszałam, że pod opieką bohatera będzie aż 120 statków! Pamiętacie, w pierwszym sezonie były trzy, w drugim osiem… Syn Odyna nie próżnuje.

Wracając do obsady i zmierzając powoli do końca, bardzo podobają mi się postacie kobiece, chyba w żadnym z „historycznych” seriali nie zostały pokazane tak partnersko, bez zadęcia i stereotypów, na równi z mężczyznami, i dotyczy to kobiet po obu stronach morza. Rzecz jasna niektóre spełniają się w rolach tradycyjnych, jako matki i mityczne księżniczki (Aslaug) ale inne radzą sobie wyśmienicie jako wojowniczki i wodzowie (brawurowa, silna psychicznie i fizycznie, a przy tym bardzo kobieca Lagertha, która została earlem). Są też panie łączące te cele: epatujące seksualnością i równocześnie nie kryjące się z apetytem na władzę (księżniczka Cwenthryth); są takie, które dopiero przyuczają się do bycia silną i niezależną niewiastą (niewolnica Porunn) albo próbują odzyskać utraconą, wysoką pozycję (Siggy).

Portretowanie kobiet wydaje mi się realistyczne, ich cele różnią się od konwencjonalnie przypisywanych niewiastom w serialach z „dawnymi dziejami” w tle. Tak samo oceniam szereg pokazanych rytuałów i zwyczajów – może nie dostaliśmy ich tyle co w pierwszym sezonie, ale mamy znanego z kart historii „krwawego orła”, a z drugiej strony praktykowane w średniowieczu ukrzyżowanie (biedny, biedny Athelstan…). Mamy zaślubiny, chrześcijańskie, jak i pogańskie. Halucynogenne grzybki i szereg wystawnych uczt. Oczywiście oglądamy też sporo potyczek, bitew, śledzimy pościgi i morskie wyprawy.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Jest to wreszcie sezon, w którym traumę i nawrócenie, a przynajmniej znaczną rewizję dotychczasowych przekonań przeżywają, i na własnej skórze boleśnie doświadczają, Rollo i Athelstan. Ci bohaterowie nie mieli lekko i żywię nadzieję, że ich zmagania nareszcie się skończą. Rollo stanie mężnie u boku brata, odzyskując jego zaufanie i stając się bardzo potrzebną prawą ręką, zda sobie sprawę, że to nie wstyd walczyć w cieniu takiego człowieka; Athelstan natomiast skutecznie pogodzi wierzenia chrześcijańskie z pogańskimi, a może nawet nawróci na chrześcijaństwo Ragnara?

Cóż, wszystko przed nami. A droga, przynajmniej na razie, prowadzi w górę, ku chwale i glorii. Jak mówi norweskie przysłowie, det er i motbakke det går oppover ;)

Vikings
Historical drama
History Channel, Kanada–Irlandia, 2013–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.