Fot. HBO

Tyrion K. (Game of Thrones, S04E05–06)

Artykuł zawiera spoilery.

Nie będzie przesadnie kontrowersyjne, gdy napiszę, że zeszłotygodniowy odcinek był pierwszym w tym sezonie klasycznym zamulatorem. Wątek dezerterów zaowocował właściwie wyłącznie malowniczą sceną przemocy (zwróćcie uwagę, że cios, jakim Jon Snow wykończył nożownika, był zadany pod wyjątkowo niepraktycznym sytuacyjnie kątem) i powrotem wilkorów na scenę wydarzeń, zmagania Podricka z rolą giermka burkliwej Brienne były może i zabawne, ale doskonale zbędne, koronacja króla i rozmowa dwóch królowych – ot, scena – jeszcze chwilę mógłbym tak wymieniać, ale przecież nie ma to wielkiego znaczenia w obliczu wyłożenia kart na stół, jakim było ostateczne potwierdzenie (w peplaniu Lysy Arryn, jednej z najbardziej irytujących bohaterek w historii fikcji – kolejny punkt dla Martina) roli Littlefingera w wywołaniu Wojny Pięciu Króli. Roli absolutnie kluczowej. Oto starego Jona Arryna nie zamordowali Lannisterowie (co dotąd jednak wydawało się chyba wszystkim bezpiecznym pewnikiem), lecz sama Lysa na rozkaz swojego ukochanego. Co działo się potem – wiemy. Kto niemal przez cały czas miał i ma inicjatywę również. Straszne. Varys zaczyna wyglądać na amatora, a to przykre, bo równocześnie zaczyna też wyglądać na miłego gościa i szczerego patriotę. Nic tak nie stawia w dobrym świetle jak porównanie z jeszcze gorszymi.

Fot. HBO

Fot. HBO

Wszystko to oczywiście dziś nikogo nie obchodzi, bo zaczął się proces Tyriona. Mógłbym napisać o trudnych decyzjach Daenerys i jej zmaganiach z rządzeniem, ale tylko bym Was zirytował. Stannis dostał hajs od Żelaznego Banku? Wow, ekstra, pisz o Tyrionie. Szalony bękart Boltona w dopisanym przez scenarzystów wątku pokonuje siostrę Theona i jej drużynę z pomocą psów i Theona, który postanowił zostać egzemplifikacją syndromu sztokholmskiego? No dobra, przyznajcie, to było mocne. Szkoda tylko, że wojowie z Żelaznych Wysp, którzy powinni siać respekt na dzielni swoim wikingowym vibem, w serialu mają ultra-przypałowe hełmy i ujednolicone tarcze. Serio, nie wiem kto na to wpadł. Tak że Tyrion jest osądzany i ta niezręczność gramatyczna całkiem nieźle oddaje istotę sprawy.

Fot. HBO

Fot. HBO

W ogóle fajny proces, gdzie ojciec oskarżonego może być jego sędzią, a dodatkowo działa to na tegoż oskarżonego niekorzyść. Dodajmy całkowicie powolnego mu Mace’a Tyrella (z którego zrobiono jednak zbyt dużego pierdołę, scena, gdy Tywin podczas zebrania małej rady każe mu podać sobie przybory do pisania, była kuriozalna) i Oberyna, który wydaje się ograniczać do rzucania dowcipnych uwag. Czytając książki, a teraz oglądając serial, nie potrafiłem pojąć, jak ktoś tak mądry i sprytny jak Tywin może w tej sprawie ulegać histerii swojej córki i postępować tak nieracjonalnie. Widząc cały ten przedziwny splot okoliczności i uprzedzeń na ekranie, odczuwam dyskomfort tym bardziej, że fenomenalny Charles Dance jako głowa rodu Lannisterów jest zdecydowanie sympatyczniejszy od swojego książkowego odpowiednika. Bezbłędny szachista nagle traci trzeźwy osąd sytuacji i urządza pokazowy proces o królobójstwo swojemu własnemu synowi, mając wszystkie dostępne środki i możliwości, by przerzucić oskarżenie na kogoś innego. Nie wspominam już nawet o moralności czy sprawiedliwości. Wszystko dlatego, że syn nie spełnił najmniej istotnych oczekiwań ojca, spełniając równolegle wszystkie te oczekiwania, które ktoś tak mądry jak Tywin powinien formułować. Groza. I, co gorsza, błąd.

Fot. HBO via groupthink.jezebel.com

Fot. HBO via groupthink.jezebel.com

Świadkowie oczywiście doskonale rozumieją, z której strony wieje wiatr. Wielu ma też możliwość policzenia się z Tyrionem, ot, choćby moralne łajno maester Pycelle, sadystyczny ser Meryn czy żałosna, niewdzięczna Shae. Jej zdrada i upokorzenie, jakie musi znieść Tyrion, są obliczone na najbardziej dramatyczną scenę odcinka, ale przecież bardziej smuci postawa Varysa. Oczywiście można było oczekiwać, że eunuch postąpi właśnie w taki sposób. Mimo to żal. Jedyny człowiek w pełni rozumiejący zasługi Tyriona dla miasta, ale i dla sprawy Lannisterów, również nie chce i nie może mu pomóc. Zostaje tylko podła ex-kochanka, okrutny ojciec, szalona z nienawiści siostra i tłum wysoko urodzonych gapiów. Głupich, okrutnych, nierozumnych, zaślepionych nieuzasadnioną pogardą. No i jest jeszcze Jamie, który, jak mogłoby się wydawać, wreszcie znajduje sposób, by przestać być bezużytecznym bratem. Jego decyzja, by spełnić oczekiwania ojca, jest tyleż wzruszająca, co – o, ironio – ponownie bezużyteczna. Wyraźnie widać, że Tywin podjął decyzję o losie Tyriona już wcześniej i w dziecinny sposób zmanipulował swojego mniej bystrego syna. Znów jednak nie wziął pod uwagę czegoś, czego nigdy pod uwagę nie brał: charakterów i pasji swoich dzieci. Doprowadzony do ściany Tyrion nie ma już ochoty przechodzić dalszych upokorzeń, by ocalić głowę i spędzić życie na Murze. Zapewne gdyby Tywin zaproponowałby mu takie rozwiązanie przed procesem, wszystko wyglądałoby inaczej. Tyrion potrafi kalkulować wcale nie gorzej od swojego ojca. Możliwe, że nawet lepiej, bo potrafi uwzględniać w swoich planach więcej zmiennych czynników wynikających z motywacji, jakimi Tywin pogardza i jakich nie dostrzega. Zapewne Tyrion przyjąłby propozycję. Poniżony, zrobił jednak coś zupełnie innego. Kunszt Martina pchnął fabułę w fascynującym kierunku, a kunszt Petera Dinklage’a sprawił, że oglądaliśmy jedną z najlepszych scen w całym serialu. A Tywin już się nie uśmiecha.

Game of Thrones
S04E05: First of His Name, emisja: 4.05.2014
S04E06: The Laws of Gods and Men, emisja: 11.05.2014

Katon

W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.