Fot. HBO

Prawdziwi detektywi (True Detective, S01)

Artykuł zawiera spoilery oraz jeden obrazek, którego w pracy lepiej nie oglądać.

O True Detective napisano już wszystko. Na dziesiątą stronę przeanalizowano powiązania z Lovecraftem, wypunktowano rozsiane po odcinkach wskazówki co do tożsamości mordercy, skrytykowano nie wszystko wyjaśniający finał. Mógłbym w zasadzie napisać, że i ja byłem pod ogromnym wrażeniem tej produkcji, i na tym artykuł zakończyć. Ale ponieważ historia Cohle’a i Marty’ego od kilku tygodni nie pozwala mi o sobie zapomnieć, postanowiłem spróbować uchwycić, co mnie tak bardzo do tej produkcji przykuło. I znalazłem odpowiedź: detektywi.

Być może to dziwny powód, by fascynować się serialem, który powszechnie chwalony jest raczej za błyskotliwy scenariusz, grę aktorską i nawiązania do szeroko pojętej mitologii Cthulhu. W końcu detektyw to postać tyleż popularna, co banalna: ot, dociekliwy samotnik, który za wszelką cenę dąży do rozwiązania zagadki i zwykle nie stroni przy tym ani od alkoholu, ani kobiet, ani gorzkich refleksji na temat świata. W serialach aż roi się od tego typu bohaterów, by wspomnieć choćby Coppera, Life on Mars czy X-Files. Więc czym się, u licha, tak ekscytować?

 

Fot. HBO

Fot. HBO

Myślę, że za moją sympatię do detektywów odpowiada w dużej mierze literatura science fiction. Co ma piernik do wiatraka? Ano, całkiem sporo. Większość protagonistów literatury SF to osoby, którym przychodzi zagłębić się w niezwykły świat przyszłości lub badać tajemnicze zjawisko, nic więc dziwnego, że są to zwykle ludzie ciekawscy, dążący do głębszego poznania. Jeśli rozumieć pojęcie „detektyw” szeroko, jako typ postaci skupionej na odkrywaniu tajemnic i dążeniu do prawdy, za detektywów uznać można w zasadzie wszystkich kosmicznych badaczy i eksploratorów, ponieważ zagadką do rozwiązania jest dla nich cały świat. Wydaje mi się, że gdyby sięgnąć do sedna, detektyw to ktoś, kto poszukuje zrozumienia, chce wyrwać rzeczywistości jej sekrety, poskładać w całość rozsypane fragmenty układanki – i na nowo zaprowadzić porządek.

True Detective wpisuje się w ten sposób myślenia o rzeczywistości do co joty. Możecie sobie wyobrazić moje miłe zaskoczenie, kiedy, zupełnie się tego nie spodziewając, usłyszałem z ust Rusty’ego Cohle’a nihilistyczne teorie na temat natury wszechświata jakby żywcem wyjęte z najlepszych książek Lema, Dicka, Dukaja czy Wattsa. Czas jako okrąg widziany z wyższego wymiaru, samoświadomość jako błąd ewolucji, dobrowolne wyginięcie ludzkości jako jedyny zwycięstwo nad tyranią biologii. Mniam, poproszę dokładkę. Cohle dąży do prawdy w każdym aspekcie, jego detektywistyczna ciekawość bynajmniej nie ogranicza się do prowadzonego śledztwa – podejrzany jest dla niego każdy element świata i świat jako całość, stąd obsesyjne zgłębianie teorii naukowych oraz snucie mrocznych teorii na jego temat. Kiedy w finale mówi z bólem Marty’emu, że nie schwytali wszystkich złoczyńców, wyraża tym samym żal, że część prawdy została przed nim zakryta, a zrozumienie, do którego dążył, pozostanie na zawsze niepełne.

Fot. HBO

Fot. HBO

Zagadnienie prawdy i zrozumienia jest zresztą centralnym tematem serialu. Zarówno w głównym wątku, jak i wątkach pobocznych nieustannie oscylujemy między pozostawaniem na bezpiecznej powierzchni świata a schodzeniem w jego mroczne głębiny. Świat True Detective, jak to często w historiach detektywistycznych bywa, przypomina labirynt: jest niejasny, groźny, poplątany, wielowarstwowy, łatwo się w nim zgubić, a bardzo trudno objąć umysłem całą zawiłą strukturę. Głównowątkowe śledztwo przypomina błądzenie wśród zaułków i ślepych uliczek, w których na jeden strzęp dowodu przypada sto domysłów, i w zasadzie tylko wytrwałość Rusty’ego oraz łut szczęścia decydują ostatecznie o tym, że bohaterowie docierają po nitce do kłębka. Odnoszę wrażenie, że przewijająca się w True Detective spirala to (między innymi) właśnie symbol labiryntu świata, krętej ścieżki zmierzającej ku nieznanemu centrum, w którym kryje się Odpowiedź – lub, jak w historii o Tezeuszu, potwór.

Fot. HBO

Fot. HBO

W tym ujęciu Rusty i Marty są jakby dwiema stronami tego samego medalu. Marty to człowiek kłamstwa: skupiony na podtrzymywaniu fałszywego wizerunku wzorowego męża, a zarazem sekretnie oddający się romansom; przywiązany do bezpiecznych pozorów i dlatego (pod)świadomie ignorujący bolesną prawdę. Tę skłonność do pozostawania „na powierzchni” widać w serialu wielokrotnie. Marty nie jest w stanie znieść widoku mrocznej podszewki świata – na przedstawiającą molestowanie kasetę wideo reaguje krzykiem i odwróceniem wzroku, a gdy w trakcie innego śledztwa przychodzi mu zobaczyć zmasakrowane zwłoki dziecka, przechodzi na emeryturę. W obrębie głównego wątku to właśnie on gotów jest poprzestać na zabitym w roku 1995 podejrzanym, podczas gdy Cohle na własną rękę kontynuuje śledztwo przez kolejne dziesięć lat. Może najbardziej wyrazistym świadectwem „wybiórczej ślepoty” Marty’ego jest fakt, iż całkowicie przegapił niepokojące sygnały sugerujące, że z jego małoletnią córką dzieje się coś bardzo złego.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Rusty to człowiek prawdy. Kiedy w tragiczny sposób stracił córkę, całe jego rozumienie rzeczywistości legło w gruzach – i od tamtej pory prowadzi przeciw światu prywatną krucjatę. Nie zgadza się na żaden kompromis, nie uznaje przyjemnych pozorów, usatysfakcjonować może go tylko absolutna prawda, choćby nawet potworna. Ludzie? Chciwe, zakłamane bestie. Związki? Oszustwo maskujące prawdziwy cel, czyli rozmnażanie. Policja? Banda marionetek w rękach polityków. Wszechświat? Więzienie. Życie? Niewarte przeżywania. Rusty nie ucieka przed bólem, chłonie go: kasetę z molestowaniem ogląda w całości w poszukiwaniu wskazówek, a jeśli śledztwo wymaga zażycia narkotyków i udziału w strzelaninie, w to mu graj. Nie cofa się w dążeniu do prawdy nawet wtedy, gdy niszczy go ona jak ćmę krążącą wokół płomienia. Prawdziwy detektyw może zaznać spokoju tylko wtedy, gdy rozwiąże zagadkę i na nowo uporządkuje świat, nawet jeśli ceną za spokój jest śmierć. Wydzieranie rzeczywistości jej sekretów też zresztą wiąże się ze śmiercią: Freud pisał, że akt rozumienia to także akt niszczenia, bo ten, kto bada, rozkłada badane na czynniki pierwsze. Zupełnie jak trawiący ofiarę drapieżnik.

Podsumowując: być może najbardziej lovecraftowskim elementem w True Detective jest nie Król w Żółci, ale wizja świata, który, gdy próbujemy go poznać, odbiera nam spokój ducha i życie. W centrum Carcosy, w środku labiryntu, nie ma ukojenia ani nawet zrozumienia – tylko zapowiedź sekretów znacznie głębszych, jeszcze straszniejszych, jeszcze bardziej destrukcyjnych. Spirala podejrzeń nie ma końca. Zwykli ludzie zadowolą się zabiciem mordercy, zakończonym śledztwem, uwierzą, że znów są bezpieczni i nocą mogą spać spokojnie. Tylko prawdziwy detektyw nie spocznie. On wie lepiej.

Fot. HBO

Fot. HBO

True Detective
crime drama
HBO, USA, 2014–

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.