Fot. NBC

Chcieliście prawdy, to ją macie (Hannibal, FINAŁ: S02E13)

Artykuł zawiera spoilery.

Wszystkich, którzy zdążyli się zdziwić, że kto inny niż zwykle recenzuje Hannibala, uspokajam: to jedynie chwilowe zastępstwo. Artur i Nelson podzielą się swoimi wrażeniami z finału już wkrótce, gdy tylko ciut ochłoną i znajdą czas, by wspólnie zasiąść do klawiatur. A tymczasem, by nie zasypiać gruszek w popiele, swoimi wrażeniami podzielę się ja.

Porozmawiajmy o Mizumono.

Fot. NBC

Fot. NBC

Największym problemem Hannibala było od zawsze jego powolne tempo. O ile w pierwszym sezonie, skupionym głównie na psychicznym rozpadzie Willa Grahama, jakoś to grało, o tyle sezon drugi chwilami słusznie krytykowano za nadmierne rozwlekanie akcji. Już od pierwszej sceny wiedzieliśmy, jak skończy się próba dopadnięcia Lectera, i muszę przyznać, że i mnie trochę się droga do TEJ WALKI dłużyła. Nie przekonało mnie w dodatku przejście na przestrzeni trzynastu odcinków od głównego bohatera w więzieniu do tegoż bohatera niemal chwytającego Hannibala – za łatwy był zwrot akcji, wskutek którego Will wyszedł na wolność, i przez to cała historia sprawia na mnie wrażenie przełamanej na pół. Rozwlekają – źle. Przyspieszają – też niedobrze. Ale przynajmniej kiedy doszło do finału i zastawiona na Hannibala pułapka zaczęła się zatrzaskiwać, wszystkie strzelby zawieszone w tym sezonie na ścianach wypaliły aż miło.

Zaczynam od wad, ponieważ cała reszta tego tekstu składać się będzie wyłącznie z pochwał i dziękczynnych pieśni. To był jeden z najlepszych finałów, jakie widziałem, i trudno mi sobie nawet wyobrazić, by dało się sezon drugi Hannibala zakończyć lepiej. Gdyby serii nie wznowiono, Mizumono spokojnie sprawdziłoby się jako zamknięcie całej opowieści. Miało rozmach, napięcie, wzruszenia i szokujące, choć jak najbardziej pasujące zakończenie. No i ten cliffhanger!

Fot. NBC

Fot. NBC

Ale po kolei. Bo najpierw wyszło wreszcie na jaw, kto tak naprawdę był górą w psychologicznej rozgrywce. Twórcy od kilku odcinków bardzo umiejętnie mącili obraz sytuacji, każąc nam zastanawiać się, czy główny bohater tak umiejętnie oszukuje, czy może dał się zwieść na pokuszenie i gra teraz z kanibalem w jednej drużynie. No, tej ostatniej możliwości nikt chyba nie brał na poważnie, ale to, że Will wciąż jest – przynajmniej po części – marionetką w rękach swego oprawcy, było ewidentne. Kto gra zbyt długo i zbyt często, zaczyna w końcu stawać się graną postacią, a Will musiał grać naprawdę przekonująco, by okłamać króla kłamców. Scena, gdy twarze Jacka i Hannibala zlewają mu się w jedno, stanowi zwieńczenie przewijającego się przez cały sezon motywu zacierania się granic, stopniowego upodabniania się złych i dobrych postaci do siebie nawzajem. Tak przecież zwycięża Lecter: uświadamiając innym ludziom, że w morderczych instynktach są do niego podobni, i w ten sposób czyniąc ich sobie poddanymi. Tym razem jednak przekonaliśmy się, że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie, a każdy kij ma dwa końce – w finałowych scenach okazuje się, że również Will zdołał nieco zmienić Hannibala. I chociaż ostatecznie na nic się to nie przydało, być może świadomość tego, że przez chwilę miał władzę nad swym katem, doda umierającemu na podłodze protagoniście trochę otuchy.

Fot. NBC

Fot. NBC

Pewnym zaskoczeniem było dla mnie, że w dusznym trójkącie Jack–Will–Hannibal tak dużą rolę odegrały ostatecznie postacie drugoplanowe. Po pierwsze: umierająca na raka Bella jako główny motor działań zrozpaczonego męża. Po drugie: Alana, nie tylko dzięki udziałowi w końcowej walce, ale również dzięki przerażającej wizji tonięcia w czerni, znakomicie podkreślającej atmosferę odcinka. Po trzecie: agentka Prurnell, której ultimatum zmusiło Crawforda do kilku pochopnych, a przez to zgubnych kroków. Po czwarte: Freddie Lounds, której zapach okazał się śmiertelnie niebezpieczny. Po piąte wreszcie: Abigail Hobbs, powracająca cudem zza grobu tylko po to, by zginąć na oczach Willa i złamać mu serce. Finał pokazał dobitnie, że Hannibal zwyciężył, bo zdołał wmówić ścigającym go, że wszystko rozegra się między nimi trzema. Will i Jack, skupieni na zwierzynie jak czekający w zasadzce myśliwi, przestali dostrzegać cokolwiek innego – i to ich zgubiło.

Nie będę się rozwodził nad artyzmem całej końcówki finału, bo zaraz popadłbym w banał. Napiszę więc może tylko, że dawno nie widziałem tylu trupów spośród głównej obsady w pojedynczym odcinku. I że gra aktorska Mikkelsena, gdy mówi Willowi „I have given you a rare gift. But you didn’t want it” przyprawiła mnie o ciarki. W jakiś sposób twórcom i aktorom udało się przekonać mnie, widza, że powinienem współczuć Hannibalowi Lecterowi. Wzruszyć się darem w postaci przerażonej Abigail Hobbs, którą psychopata chciał podarować Willowi jako przyszywaną córkę, i poczuć mściwą satysfakcję, gdy w zemście za bolesną zdradę przyjaźni Lecter dosłownie wypruwa Grahamowi flaki. Scena, gdy Hannibal staje w deszczu, nie musząc już dłużej ukrywać swej prawdziwej natury, miała dla mnie posmak tej chwili, gdy główny bohater Skazanych na Shawshank w podobnych okolicznościach przyrody świętuje odzyskaną wolność. Powinienem się smucić, a czuję katharsis. Ropiejący przez cały sezon wrzód podejrzeń wreszcie pękł. Została tylko prawda, której tak się domagali bohaterowie. Cóż, domagali się, no to teraz mają.

Fot. NBC

Fot. NBC

Jack i Will popełnili jeszcze jeden błąd: założyli, że Lecter odarty z masek stanie się słabszy. Nic bardziej mylnego. Nie bez kozery kilka razy pokazano nam, jak silne, umięśnione ciało kryje się pod sugerującymi delikatność oraz wyrafinowanie jedwabnymi garniturami. Hannibal to drapieżnik, który nigdy nie traci czujności, a przyparty do muru – rozprawia się z napastnikami z morderczą skutecznością. Widzieliśmy, jaki los spotkał Miriam Lass, widzieliśmy przerażający finał śledztwa agentki Katz. Jeśli sezon trzeci, jak się wydaje, poświęcony będzie już jawnemu polowaniu na zbiegłego zabójcę, możemy spodziewać się po drodze wielu trupów. Ten odcinek stanowił zaledwie przedsmak tego, do czego Lecter jest zdolny. Martwiłem się jeszcze niedawno, czy grający wyciszonego psychiatrę Mikkelsen poradzi sobie później z jawnie psychopatycznym Hannibalem na etapie Milczenia owiec, ale teraz jestem już spokojny. Będzie dobrze, a nawet jeszcze lepiej.

Jeszcze dwa słowa o cliffhangerze. Nie wiem, czy miał oznaczać, że dr Du Maurier od początku była podstawiona i zwodziła Jacka, ale jeśli tak, to okazuje się, że Lecter ani na moment nie stracił kontroli nad sytuacją. „Dobro” nie miało szans wygrać w tym pojedynku, bo Hannibal od początku rozdawał karty. Tak czy inaczej fakt, że doktor małolepszy zabrał kobietę ze sobą, uciekając z kraju, otwiera interesujące perspektywy na przyszłość. Nie sądzę szczerze mówiąc, żeby rola Anderson miała się w serialu zwiększyć – nie zdziwiłbym się nawet, gdyby aktorka odeszła – ale czekam z niecierpliwością na moment, gdy Will Graham (który przecież musi przeżyć) zda sobie sprawę, jak bardzo został oszukany.

Fot. NBC

Fot. NBC

Na koniec napomknę może jeszcze tylko, że nawet jak na standardy estetyczne Hannibala był to odcinek wyjątkowo piękny. Sen Alany, wizja Willa, scena umierania w deszczu, połączenie twarzy Jacka i Lectera, walka w domu psychiatry, muzyka, gdy Hannibal stoi w deszczu – każdym z tych elementów się zachwyciłem. Aż trudno znieść myśl, że tyle przyjdzie nam znów czekać na kolejny sezon. No cóż, wiem przynajmniej, że jest na co czekać.

Hannibal
S02E13: Mizumono, emisja: 23.05.2014

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.