Gloryfikacja przemocy (Banshee, S02)

Gloryfikacja przemocy (Banshee, S02)

Artykuł zawiera niewielkie ilości spoilerów.

W drugim sezonie samozwańczy szeryf Hood wchodzi do tej samej rzeki: ponownie boryka się z parą swoich największych przeciwników.

Pierwszy ze złoczyńców, Rabbit, jest komiksowym królem gangsterów. Wygłasza górnolotne mowy, gra w szachy, ma na swoje usługi niewyczerpywalne zastępy ochroniarzy w czarnych garniturach i tuziny płatnych morderców. Działa globalnie, choć pochodzi z Ukrainy (rosyjski akcent pogłębia przerysowanie postaci). To on był odpowiedzialny za czas, który obecny szeryf spędził w więzieniu, to on oszukał bohatera, wciskając mu szkiełka zamiast diamentów.

Fot. Cinemax

Fot. Cinemax

Drugi villain, Kai Proctor, lokalny rzeźnik, sprawia szeryfowi doraźne oraz bieżące problemy i wydawałoby się, że skoro prawie nie rusza się poza prowincjonalne Banshee, to jest zawodnikiem znacznie słabszym. Ale to nie do końca prawda. Kai trzyma się rodzinnych stron z wyboru, to gniazdo, z którego steruje swoimi interesami. Nie jest tak egzaltowany jak Rabbit, ale koniec końców tę postać zarysowano o wiele głębiej, wieloznaczniej i ciekawiej. O ile Rabbit nie ma żadnych ludzkich uczuć czy motywacji, jest do szpiku zepsuty i zwyrodniały, po prostu chory psychicznie, Proctor nosi w sobie pokłady typowych, ludzkich dramatów. Wychowany w wiosce Amiszów, ma wobec swoich rodziców i całej społeczności ambiwalentne emocje: oni go wyklęli, on nadal ich wspiera i to dzięki niemu toczą beztroski żywot na pograniczu miasteczka. Kocha matkę, krewniaków, nawet młodą siostrzenicę, pod wieloma względami jest typem dobrego i szczodrego wujaszka. Na plecach ma wytatuowany ogromny krucyfiks. Równocześnie nie ma problemu z zabijaniem, sianiem terroru, ma słabość do czarnoskórych prostytutek, nie znosi nieposłuszeństwa, uwielbia kontrolować sytuację, nie cofnie się przed niczym i prawie nigdy nie traci zimnej krwi.

Najciekawsze, że ci dwaj panowie nie walczą ze sobą nawzajem, nie są swoimi przeciwnikami, w zasadzie się nie znają. To raczej nasz główny bohater, szeryf Hood, miał wątpliwą przyjemność wejść im obu w paradę i cyklicznie zmaga się to z jednym, to z drugim. Przy okazji generując przemoc.

Fot. Cinemax

Fot. Cinemax

A jest to przemoc poetycka, prawie baśniowa, pokazana w sposób tak sugestywny i symboliczny, piękny wizualnie, wzbogacony muzyką, montażem, oniryczną często konwencją, że nie można oderwać wzroku. Przemoc biblijna, religijna. O eony wyprzedza pokazywane nam od czasu do czasu w serialu sceny seksu. Seks jest ważny chyba tylko przez pryzmat stojącej za nim pasji, cierpienia, mechanizmów kontroli i władzy. Złudą byłoby szukanie w nim ukojenia. Seks jest przypisem do przemocy.

I dla tych momentów, odrealnionych, a przecież plastycznych, warto serial oglądać. Sceny akcji są zresztą zwykle montowane parami, mamy przebitki na dwa dziejące się równolegle zdarzenia, dwie „erupcje” zestawione razem dla lepszego efektu i dla nowych kontekstów. Czasem mamy przy tym do czynienia z subtelnym zaburzeniem linii czasu, z retrospekcjami, które pozwalają pokazać, że „historia się powtarza” albo że, właśnie na odwrót, można przełamać błędne koło przyzwyczajeń. W takich patchworkowych sytuacjach walkom towarzyszy tylko muzyka, obraz broni się bez słów. Tam, gdzie Tarantino szedł w groteskę, tu mamy starotestamentalne „oko za oko”. Ale przemoc jest równie malownicza. Oceany krwi, bolesne ciosy, otwarte złamania, gardła podcięte garotą, rozszarpywane ciała. No i strzelaniny, fetysz pistoletu i karabinu. Nie ma odcinka bez śmiertelnych ofiar.

Serial bardzo zyskuje na tym, że w drugim sezonie poruszamy się w kręgu tych samych postaci i konfliktów, które zarysowano w pierwszym. Tak bogate i ciekawie wymyślone tło – miasteczko, gdzie oprócz szeregowych obywateli mamy wydzieloną społeczność Amiszów i zaczynający się tuż za miastem rezerwat Indian, prowadzących kasyno; miasteczko, w którym spokojnie prosperuje wpływowy złoczyńca – to wszystko domagało się rozwinięcia, a nie umniejszenia poprzez nowe fajerwerki. Pogłębienie hasłowo nakreślonych tematów przydało całości mrocznego realizmu. Na pierwszym planie oczywiście szeryf – postać graniczna, bo Hood z jednej strony ma na koncie wiele nieprzyjemnych sprawek i często wybiera siłę fizyczną jako metodę rozwiązywania konfliktów, z drugiej – to coraz lepszy policjant i detektyw, zaopatrzony w swoisty moralny kompas, dobre serce, zdrowe instynkty i ludzkie odruchy. Drugi sezon generalnie nie zawodzi i trzyma wysoki poziom. Rozwiązanie znajdują niektóre ze spiętrzonych spraw, co daje widzowi satysfakcję, ale pozostałe tematy tylko się rozkręcają, daleko im do zamknięcia. Wiadomo, że będzie kolejna seria, jest więc na co czekać, a w międzyczasie można się delektować sprawnie napisaną opowieścią. I jej podskórnymi znaczeniami. Urokami miasteczka Banshee.

Fot. Cinemax

Fot. Cinemax

I znów, Amisze ostentacyjnie odżegnują się od fizycznej przemocy, ale patriarchowie rodów brutalnie trzymają w szeregu żony i dzieci, dopuszczając się psychicznych nadużyć. Indianie czerpią całymi garściami ze swojej mitologii, w której cenione są walka, mord i zemsta, w której myśliwski nóż przekazywany z pokolenia na pokolenie jest cennym i znaczącym artefaktem. Finałowe walki często toczą się w kościołach. Poważne rozmowy między wrogami – na parkowych ławkach, tych najbardziej filozoficznych przyczółkach współczesnej przestrzeni publicznej. Rebecca, druga postać rozdarta między dobrem a złem, nosi na przemian białe i czarne sukienki. W związku z tym całym settingiem, choć serial unika wątków nadnaturalnych, w jakiś sposób pokazuje nadnaturalną rzeczywistość. Policjanci też są czymś więcej niż prozaicznymi funkcjonariuszami prawa, ich poczynania otacza romantyczna, nieco rebeliancka mgiełka: w mieście takim jak Banshee bycie policjantem to akt bohaterstwa, ba, to prawie samobójstwo, samoofiarowanie w imieniu spętanej strachem społeczności.

Przemoc jest mocna, bo jest czymś podparta. Religią, tradycją, wreszcie freudowskimi w duchu motywacjami jednostek. Relacje rodzinne, często zaburzone i chore, są nadal wiodącym tematem Banshee. Miłość rodzica i dziecka. Relacje z ojcami i z matkami. Za każdym ojcem stoi w Banshee syn gotów zająć jego miejsce. Matka jest „słabym punktem” nawet najbardziej zwyrodniałego przestępcy. Córki gotowe są zdradzić ojców i wybrać innego mężczyznę. Kazirodcze fantazje domagają się realizacji. Wszystko się zgadza. I te klasyczne, archetypiczne odwołania, mówienie do nas symbolami, których nie jesteśmy do końca świadomi, ale odczytujemy je bezbłędnie jako ważne, co sprawia, że serial wyróżnia się na tle policyjnych kryminałów. Wartość dodana jest jego główną wartością, filtrem narzuconym na obraz. Uatrakcyjnia każdą scenę, rozmowę, wątek. Zmaganiom sprzecznych sił przydaje mitycznego charakteru.

Fot. Cinemax

Fot. Cinemax

A w tym świecie, skażonym i niebezpiecznym, są także oazy spokoju i dobra, które należy chronić. Są przyjazne domy. Są kobiety i dzieci. Siobhan, Deva, Max, także Carrie. I w tym świecie próbuje zaprowadzać jako taki porządek nasz główny bohater, Lucas Hood. Jego motto też jest freudowskie z ducha: „Real justice is personal”. Bo w świecie Banshee wszystko, co ważne, jest osobiste. I zostało jeszcze tak wiele do zrobienia! Dlatego niecierpliwie czekam na trzeci sezon. A serial polecam osobom o mocnych nerwach i żołądkach.

Banshee
criminal drama, Cinemax, USA 2013–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.