Fot. HBO

Mózg rozbryzgany (Game of Thrones, S04E07–08)

Artykuł zawiera spoilery.

 

“ […] Oberyn tried to make sense of what should have been simple — KILL KILL KILL — but while everyone around him was demanding blood, he craved knowledge. That, I believe, is why he got along with Tyrion: they both tried (and failed) to make sense of death, Oberyn with Elia and Tyrion with slow-minded Orson’s ritualistic murdering of beetles. But death doesn’t make sense. It just is […]” – Josh Kurp, uproxx.com

Doskonała myśl, nie zgadzam się. Stanowi natomiast kapitalny punkt wyjścia dla rozważań, jakie zamierzam wam dziś zaserwować zamiast typowego omówienia dwóch ostatnich odcinków. Poziom szoku i makabry, jaki serwuje finał ostatniego odcinka, chyba jednak zmusza do jakiejś szerszej refleksji na temat samego sedna doświadczenia, jakim jest Gra o tron. No, może przesadziłem, ale warto rozmawiać. Rozwijane w dwóch obecnych odcinkach wątki nie będą zatem przedmiotem tego tekstu, ale posłużą mi za przykłady. Teza? W epoce Breaking Bad czy House of Cards wszyscy zaczynamy wpadać w koleiny cynicznych interpretacji i wydaje mi się, że na naszych oczach Gra o tron pada ofiarą takiego sposobu myślenia. Co więcej – twórcy serialu nie są tu bez winy. Cynizm się sprzedaje. Wzruszenie ramionami i stwierdzenie, że wszyscy są siebie warci, nieco zbyt często wydaje się ludziom mądre i dojrzałe. A przecież nie o tym były książki i śmiem twierdzić, że nie o tym jest również serial. Rzutując na uniwersum Martina coś w rodzaju urbanowskiego panświnizmu, łatwo pozbawić się najciekawszych dylematów, odrzucić najbardziej fascynującą płaszczyznę rozważań, skazać się na banał wyszydzania kolejnych przegranych bądź histerycznego opłakiwania ich. Spróbujmy inaczej.

Fot. HBO via hitfix.com

Fot. HBO via hitfix.com

Dlaczego Oberyn zginął? Analiza, którą zacytowałem na wstępie, kusi zarówno brawurowo przeprowadzoną analogią, jak i dobrze rezonującym z atmosferą serialu „brutalnym postawieniem sprawy”, a jednak wydaje mi się, że rozmija się z sednem sprawy. Oberyn nie ginie dlatego, że szuka prawdy i chce sprawiedliwości. Ginie, bo gubi go własna pewność siebie i pycha. Nie szukanie sensu, rys głęboko szlachetny i tragiczny, lecz potrzeba teatralnego braggadacio na oczach wszystkich. Podstawowym rysem Gry o Tron jest tak często przywoływane w kontekście komputerowych erpgegów hasło – DECYZJE MAJĄ SWOJE KONSEKWENCJE. Wszelkie decyzje. Ale to nie szlachetność zabija bohaterów i nie będzie tak trudno udowodnić, że mam rację. Ot, Tyrion. Tak, oczywiście Tyrion żyje, co więcej zupełnie na poważnie niczego nie sugeruję. Możemy się natomiast zgodzić, że znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. I znalazł się w niej, bo jest fajnym gościem, który umie nazywać zło po imieniu i ma dobre serce? Noooo, nie żeby to nie było bez znaczenia, tak jak i bez znaczenia nie jest rola wiecznego kozła ofiarnego, w jakiej obsadza Tyriona jego kalectwo. A jednak. To bezsensowne utarczki słowne z Joffreyem, Cersei i ojcem są główną przyczyną jego klęski. Jego złote serce i mądre postępki w niczym nie doznałyby szkody, gdyby udało mu się powściągnąć tę skłonność do narażania się na gniew i nienawiść bez potrzeby. Nie tyle nawet sprytu brakło, co rozwagi.

Fot. HBO

Fot. HBO

Za morzem Daenerys osiągnęła swój największy triumf dzięki szlachetności, a jednak – wybaczcie tanie frazy – w miarę jak twardnieje jej serce, wcale nie wzrasta jej mądrość. Święty gniew, który pozwolił zdobyć Astapor, kostnieje w rodzaj nieprzyjemnej obsesji, a narastająca nieufność zgoła wybiórczo przetrzebia jej bezpośrednie otoczenie. Ned Stark – powiecie. Robb Stark – może nie? No nie, nie. Debatując o nich teraz zbyt daleko opuścimy konwencję pozwalającą udawać mi, że ten tekst to ciągle omówienie dwóch poprzednich odcinków, ale warto przypomnieć sobie, że ani naiwność, ani wiarołomstwo nie są powszechnie uznawane za cnoty. Oczywiście Ned nie był po prostu frajerem, a Robb – typem wiarołomcy, zaś ich szlachetne cechy zdominowały naszą wizję tych postaci. Tyle że zawsze i wszędzie mogą nas dopaść konsekwencje każdej naszej decyzji. Przerażająca perspektywa, zgoła daleka jednak od nihilizmu.

Fot. HBO via mikeydislikesit.wordpress.com

Fot. HBO via mikeydislikesit.wordpress.com

Jest jednak jeszcze coś. Świat Gry o tron nie karze złych za to, że są źli, ani nie nagradza dobrych za to, że czynią dobro w żaden bezpośredni sposób. Nie robi też tego na poziomie konstrukcji fabuły. Wszystko, o czym pisałem wyżej, zachowuje ważność, lecz uczy lekcji kluczowej dla wyzbycia się naiwności. Fundamentem wszystkiego jest roztropność. Cnota stara i zapomniana. Jej brak gubi dobrych, którzy wierzą, że sama szlachetność nagnie do ich woli świat. Oglądamy to w co drugim odcinku. Ale nie martwcie się. Ludzie podli i okrutni są roztropności pozbawieni niemal całkowicie. Długo i względnie skutecznie mogą zastępować ją sprytem i bezwzględnością, ale zło jest chciwe i łapczywe. Zawsze w końcu zaślepia osąd. Jon Snow może niewiele wiedzieć, ale nauczył się postępować roztropnie. I niemal zawsze pamięta o obowiązku względem innych. Kiedy optuje za tym, by zaatakować buntowników zamieszkujących dawny dom Crastera, jak i wtedy, kiedy tłumaczy towarzyszom, że nie mogą ruszyć na odsiecz mordowanym w Mole’s Town (nadal lubicie Dzikich?), czujemy, że podejmuje decyzję roztropną. Zorientowaną na słuszny cel, ale rozważaną w kontekście możliwych środków. Oczywiście Jon może zginąć w każdej chwili, jak wszyscy. A jednak nie wydaje się, by groziła mu śmierć w wyniku własnej głupoty. Boltonowie są sprytni i ostrożni na tyle, by możliwa była pomyłka co do źródła ich sukcesu. Czy jednak Roose jest roztropny? Bierze to, co nigdy do niego nie należało i wierzy, że sprytne plany i kalkulowanie każdego ruchu wystarczą. Ale roztropność to coś więcej. Plan Skazy w filmie Król Lew również nie miał słabych punktów. Był po prostu głupi na zupełnie innym poziomie oceny. Skoro nawet Tywin Lannister uległ w końcu własnym obsesjom, jak ma się udać innym? Póki co tylko Littlefinger wydaje się zarówno skrajnie niemoralny, jak i doskonale skuteczny. Ale czekajmy, spokojnie.

Fot. HBO via esquire.com

Fot. HBO via esquire.com

Nie nihilistyczne widowisko zatem, ale lekcje etyki dla zaawansowanych. A nie wspomniałem jeszcze nic o głównym temacie całej opowieści, jakim jest odpowiedzialność tych, którzy rządzą, za tych, którzy są rządzeni. Nieprzypadkowo Martin wprost podawał jako jedno z głównych źródeł inspiracji cykl Królowie Przeklęci Maurice’a Druona ze szczególnym uwzględnieniem tomu Kiedy król gubi swój kraj. Te rozważania zostawmy sobie jednak na inną okazję. Kiedy patrzymy wstrząśnięci na roztrzaskany czerep Oberyna, zadajmy sobie jedno pytanie – dlaczego właściwie jest nam smutno? Sympatia to jedno, ale przecież wszyscy widzowie doskonale wiedzieli, gdzie leży słuszność. I widzieli, jak słuszność leży bez życia z rozbryzganym mózgiem. To jednak złudzenie, słuszność nie ginie, gdy szlachetni ludzie popełniają błędy. Smutek fanów na całym świecie jest na to doskonałym dowodem. Może staliśmy się tak skołowani przez fikcję pełną postaci, którym wystarcza uśmiech i miłe usposobienie, by zwyciężyć wszystkie przeciwności, że uznajemy demaskację tego kłamstwa za cynizm. Setki dialogów o tym, że wystarczy porozmawiać, że wszystko się jakoś ułoży, że miłość znajdzie drogę – to musiało gdzieś opaść i utworzyć osad. Martin i twórcy serialu wyskakujący na nas z palcem wskazującym i krzyczący „ROZTROPNOŚĆ” to coś znacznie fajniejszego niż nowocześni nihiliści. To starzy moraliści.

Fot. HBO via pandawhale.com

Fot. HBO via pandawhale.com

Game of Thrones
S04E07: Mockingbird, emisja: 18.05.2014
S04E08: The Mountain and the Viper, emisja: 1.06.2014

Katon

W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.