Fot. The CW/The WB

The road so far (Supernatural, S06–07)

Artykuł zawiera spoilery.

Supernatural to serial, który powinien był się skończyć na piątym sezonie. Na całe szczęście się nie skończył.

Jak wspomniałem jakiś czas temu w moim wprowadzeniu do serialu, finał serii piątej nosił wszelkie znamiona odcinka, po którym nie ma sensu historii kontynuować, bo cała została już opowiedziana. Wielkie starcie dobra ze złem, archanioły i arcydemony, heroiczne poświęcenie i dojmująco bolesne straty. Wahałem się nieco, czy po tak epickim zwieńczeniu opowieści warto ruszać z Samem i Deanem w dalszą drogę – spadek jakości był w zasadzie nieunikniony. Postanowiłem jednak zaryzykować, wierząc, że miliony much… pardon, miliony fanów trwających wiernie przy Supernaturalu nie mogą się mylić. Obejrzawszy niedawno finał serii siódmej, wiem jedno: podjąłem dobrą decyzję. Jest inaczej, ale wciąż fantastycznie.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Ale przyznać trzeba, że z początku bynajmniej nie było różowo. Ledwie napocząłem sezon szósty, a opadły mnie poważne wątpliwości. Pewnie, spodziewałem się spadku jakości, ale to, co dostałem w początkowych odcinkach „szóstki”, zupełnie nie trzymało się kupy. Okej, Dean odmieniony przez normalne, szczęśliwe życie rodzinne – dobry pomysł, duża zmiana w postaci, czyli dokładnie to, czego było tu potrzeba. Ale dziadzio Winchester powracający zza grobu? Sam cudem uwolniony z klatki Lucyfera i ni stąd, ni zowąd zamieniony w bezduszną maszynę do zabijania? No i gdzie choćby ślad, choćby zarys jakiegoś wątku przewodniego? Duża część sezonu szóstego sprawiła na mnie wrażenie desperackiego wytrząsania pustego już niemal worka z pomysłami, a o tym, że jest to jeden z typowych sygnałów, iż serial chyli się ku upadkowi, nikomu przypominać nie trzeba.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Sytuacji wcale nie poprawiał fakt, że sezonowi szóstemu brakowało fabularnego kręgosłupa. Początkowo wydawało się, że rolę klamry spinającej całą historię pełnić będzie tajemnica zmartwychwstałego dziadka i dziwnego zachowania Sama, ale tę pierwszą zagadkę twórcy zbyli machnięciem ręki, a ta druga rozwiązała się może i ciekawie, ale o wiele za szybko. Potem na plan pierwszy wysunęło się polowanie przez demony na „najpierwsze” potwory, ale ten wątek zaraz ustąpił miejsca poszukiwaniu Czyśćca – a ten z kolei pod sam koniec sezonu zaczął dzielić się po równo czasem ekranowym z polowaniem na Ewę, matkę potworów. Groch z kapustą, przyznacie sami. Po bardzo spójnej historii Apokalipsy w serii piątej ten natłok średnich pomysłów raził naprawdę mocno.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Sytuację, jak zawsze, ratowali Winchesterowie. Mimo wspomnianego fabularnego mętliku serial wciąż grał dla mnie na najważniejszym poziomie: relacji między dwoma głównymi bohaterami. Nie ma co ukrywać, że Supernatural ogląda się dla Sama i Deana. Sezon szósty mimo swoich wad w interesujący sposób odświeżył status quo: zamiast nadopiekuńczego, ponurego starszego brata i wciąż wpadającego w kłopoty braciszka młodszego dostaliśmy Deana „rozmiękczonego” wygrzewaniem się przy domowym ognisku oraz miłego Sammy’ego w roli bezdusznego (dosłownie!) zabójcy. Wątek odzyskiwania duszy pozwolił wycisnąć nieco świeżych soków z zakurzonej nieco konwencji „nadnaturalnego kina drogi”, zakwestionować oczywisty dotąd sens sposobu życia, jaki bracia prowadzą, wreszcie – dał twórcom szansę pociągnięcia dalej tematu niemal półboskiego statusu, jaki Sam i Dean uzyskali, własnoręcznie powstrzymując Apokalipsę. Teraz wezwanie śmierci na przyjazną pogawędkę to rzecz jak najbardziej wykonalna, a negocjacje z królem Piekła Crowleyem i upadłym nieco aniołem Castielem stanowią chleb powszedni. Skończyło się przemykanie bocznymi drogami i schodzenie z drogi graczom naprawdę dużego kalibru. Sam i Dean mogą teraz walczyć z nimi na równych prawach. Miła odmiana.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

W zasadzie najfajniejszą rzeczą w sezonie szóstym było jego zakończenie, które – od polowania na Ewę począwszy, a na nieoczekiwanym finale współpracy Castiela z Crowleyem skończywszy – wyniosło wreszcie serial na poziom serii poprzednich. A co najważniejsze, walka o kontrolę nad Czyśćcem, zakończona pochłonięciem przez (nomen omen) zbuntowanego anioła milionów potwornych dusz, umożliwiła wejście na scenę plemieniu Lewiatanów, przerażających antagonistów znacznie lepszego sezonu siódmego.

Wprowadzenie nowego „głównego złego” bardzo Supernaturalowi pomogło. Lewiatany – przebiegłe, inteligentne, ohydne, gustujące w ludzkim mięsie, prawie nieśmiertelne – nadały chaotycznemu ciągowi przygód Sama i Deana wyraźny kierunek. Ich przywódca, Dick Roman, rozstawiający po kątach anioły i demony, jak nikt inny umiał wzbudzić w widzu żądzę mordu. Cóż za przewspaniały drań. Oglądałem z niepokojem i fascynacją, jak stopniowo przejmuje kontrolę nad Ameryką, zawsze wyprzedzając naszych bohaterów o kilka kroków.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Co zadziwiające, w relacjach między głównymi bohaterami zrobiło się jeszcze ciekawiej. Twórcy Supernaturala to ludzie odważni – i rozumiejący, że aby trwająca tak długo opowieść nie zeszła na psy, konieczne są radykalne zmiany. Dean zmaga się z przytłaczającym bezsensem życia. Castiel znika, a gdy powraca, jest bezbronny i słaby jak dziecko. Sammy’ego dręczą retrospekcje z piekła, doprowadzając niemal na skraj obłędu. A Bobby… Bobby umiera. I choć, jak na serial o bytach nadnaturalnych przystało, całkiem szybko do akcji powraca, ta śmierć zmienia wszystko. Nie mogłem się oderwać od ekranu.

Działo się w sezonie siódmym tak dużo, że trudno mi zdecydować, na czym się skupić. Chciałoby się obszerniej napisać o wszystkim. Ale poprzestanę może na dwóch wątkach. Po pierwsze: Bobby, który najpierw umiera heroicznie, jak na łowcę przystało, a potem, zostając na tym łez padole dzięki pamiątkowej kieszonkowej flaszce, zaczyna niebezpiecznie osuwać się we właściwą mściwym duchom agresję. Uważam, że wątek tej postaci poprowadzono perfekcyjnie, najpierw pozwalając Samowi i Deanowi marzyć o powrocie ukochanego quasi-ojca, a następnie konfrontując braci z nieuniknionością śmierci przez pokazanie, że bytowanie jako duch to tylko nędzna namiastka życia. Sam Bobby w końcu zdaje sobie z tego sprawę – bycie opiekunem nie na tym polega, by za wszelką cenę osłaniać podopiecznych przed złem, ale na tym, by wiedzieć, kiedy pozwolić im odejść i podejmować ryzyko na własną rękę. Mało było w tym serialu scen tak wzruszających jak moment, gdy Sam i Dean niszczą w końcu ostatnią pamiątkę po Bobbym, pozwalając mu odejść w spokoju.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Po drugie: wątek Sama prześladowanego konsekwencjami odzyskania duszy. Z radością powitałem powrót Lucyfera, bo uwielbiam tego aktora, odkąd zobaczyłem go w Zagubionych, a w dodatku cóż lepszego niż wrażliwy Sammy dręczony (najzupełniej dosłownie) przez swe wewnętrzne demony? Wbrew pozorom Supernatural wcale nieczęsto raczy nas psychodelą i psychomachią – zło jest tu na ogół zewnętrzne, namacalne. Szaleństwo wskutek halucynacji i braku snu to przeciwnik, któremu nie można po prostu wbić noża w serce. Odcinki, w których Sam próbuje desperacko zapanować nad szatanem w swojej głowie, uważam za jedne z najlepszych w całym serialu. W dodatku sytuacja ta staje się doskonałą okazją, by Dean mógł się wykazać swą cechą charakterystyczną, czyli nadopiekuńczością, a Castiel – ukarać się za popełnione błędy, w ramach pokuty przyjmując na siebie cierpienie Sama. Po tym można rozpoznać dobrze napisane wątki: nie tylko wspaniale grają same, ale także w elegancki, naturalny sposób łączą się ze sobą nawzajem. A przynajmniej taką mam teorię.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Dużo dobra było w tych dwóch sezonach. Możliwe nawet, że sumarycznie, subiektywnie więcej niż w kilku poprzednich razem wziętych. To zasługa nie tylko głównej nitki fabularnej, ale także pobocznych, pojedynczych odcinków, z których niektóre uważam za naprawdę genialne. By wymienić choć kilka „the best of”: lęk Sammy’ego przed klaunami, Winchesterowie na planie serialu Supernatural, Dean zwampirzony, odcinek z wróżkami (!), Sam i młodzieńcza miłość do „Amy Pond”, polowanie na Feniksa na Dzikim Zachodzie, Sam odurzony eliksirem miłosnym przez psychofankę, tymczasowy partner Garth. Historie błyskotliwe, świeże, z pazurem, bez choćby śladu zmęczenia materiału nawet wtedy, gdy sam pomysł znany i ograny. To dla mnie najlepszy dowód, że serial złapał drugi oddech, a jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości, bardzo dobry finał sezonu siódmego (z gościnnym udziałem Felicii Day!) rozwiał je zupełnie. Do serii ósmej zasiadam z ciekawością i ekscytacją. Bogu dzięki, że Supernaturala wciąż kręcą… Nie chciałbym jeszcze przerywać tej podróży.

Fot. The CW/The WB

Fot. The CW/The WB

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.