Fot. HBO

Mocne otwarcie (True Blood, PREMIERA: S07E01)

Artykuł zawiera spoilery.

Poprzedni sezon wspominam jako ciąg chaotycznych zdarzeń. Było mnóstwo wróżek, w tym Wróżkowy Dziadek, Wróżkowy Amant i cztery błyskawicznie dorastające Wróżkowe Dziewczynki, z których na koniec ostała się tylko jedna. Sookie miała sporo czasu na zgłębianie magicznej tożsamości, dojście do ładu z samą sobą i może dzięki temu wylądowała w ostatecznym rozrachunku w ramionach najnormalniejszego ze swoich wielbicieli, wilkołaka Alcide’a.

Kochanek z dawnych dni, czyli wampir Bill, zaliczył w ubiegłym sezonie spektakularny upadek poczytalności, stając się naczelną drama queen i uzurpując sobie moc boską. Na rasę krwiopijców, która dotąd z mozołem wykonywała kolejne kroki ku asymilacji, spadł nowy cios, nowy przejaw jadowitego rasizmu: próba zatrucia tytułowej Czystej Krwi i powstanie generacji wampirów przypominających skrzyżowanie dzikich zwierząt z zombie; wiecznie głodnych i pozbawionych hamulców.

Fot. HBO

Fot. HBO

I od tego właśnie zaczynamy: od wtargnięcia w organiczną wspólnotę Bon Temps bandy nieokrzesanych wampirów z zewnętrznego świata. Agresywnych, morderczych, pojawia się motyw zarazy, epidemii, skażonej krwi. Przyjemny podwieczorek w plenerze zmienia się w rzeź. I są ofiary. Dość powiedzieć, że w pierwszych minutach odcinka ginie Tara! Tak, jedna z bazowych postaci, najbliższa niegdyś przyjaciółka głównej bohaterki. A do tego śmierć jest zaskakująca i tragiczna, bo pozaekranowa, podana nam niejako „z drugiej ręki” – tego się zupełnie nie spodziewałam. Szok, ale nie tak wielki, jak by mógł być, gdyby nie szczodrze dystrybuowany spoiler z planu, że Tara ma w kontrakcie kilka epizodów serii. Oznacza to, że powróci w wizjach swej szalonej matki, a może także jako prawdziwy duch. Gatunek supernatural drama trenuje nas przecież od dawna w przekonaniu, że śmierć to tylko zmiana statusu… Nic ostatecznego, więc żałoba bliskich nie jest specjalnie wyeksponowana. Histerii nie ma. Nie ma szału.

Po początkowym „pierdolnięciu” klimat odcinka robi się znacznie spokojniejszy i przez resztę antenowego czasu dowiadujemy się, jak w danym momencie rozstawione są pionki na lokalnej szachownicy. Kto z kim trzyma, jakie problemy nurtują a to szeregowych mieszkańców, a to policję, które romanse są w rozkwicie, a na jaki pairing jeszcze poczekamy. Jedyny dramatyczniejszy wątek to porwanie kilku miejscowych kobiet przez „dzikusów”. Poza tym rozmowy, rozmowy, klimat „stanu wojennego” i trochę seksu, wrzuconego w fabułę, bo przecież trzeba coś wrzucić. Wyraźniej rysuje się zapowiadany przez twórców powrót do źródeł, do kolorytu lokalnego i do centrum, jakie stanowi Bon Temps.

Fot. HBO

Fot. HBO

Nic nie zmieniło się też w moim odbiorze emocjonalnym; w tym, że mam postacie, które bezkrytycznie lubię (Jason, Lafayette, Eryk, Jessica, szeryf Andy) i takie, które mnie denerwują (Lettie Mae, Violet, Bill, Nicole). Odcinek przeskakuje między obrazami sprawiającymi mi w związku z tym przyjemność i takimi, które wywołują Demona Irytacji. Nic się nie zmieniło, a jednak coś uległo zaostrzeniu. Jestem jeszcze głębiej rozdarta.

Przypominam też, że należę do kontrowersyjnej frakcji osób, które szczerze sprzyjają Sookie. Jest w końcu tylko zwykłą, małomiasteczkową dziewczyną, kelnerką z zawodu i z powołania, dla lepszego smaku podrasowaną domieszką krwi fairy. Ma głowę na karku i nawet w wieńczącej odcinek premierowy smutnej scenie kościelnego ostracyzmu potrafi powiedzieć głośno i wyraźnie, co myśli. Kibicuję jej próbom przywrócenia porządku.

Odcinek jest mocny i dość ciekawy. Żeby jednak nie zostawiać nikomu złudzeń i wydostać się z gęstej od superlatyw mgiełki, na koniec powiem tak: poprzedni sezon mnie rozczarował, oglądałam nieco z obowiązku, a i po sezonie siódmym, ostatnim, nie spodziewam się niczego szczególnego. Liczę na godne pożegnanie z bohaterami i zgrabne spięcie wątków. Że rodzeństwu Stackhouse pomyślnie się ułoży w życiu. Że dostanę kilka ładnych, sycących scen, które wcale nie muszą się wpisywać w dobry scenariusz.

Wiem, że nie będzie dobrych scenariuszy, bo w True Blood od dawna dobre są już tylko momenty.

Fot. HBO

Fot. HBO

Pozytywne zaskoczenie: To, jak łatwo zaakceptowałam zmianę aktora w roli Jamesa (teraz gra go Nathan Parsons), i jak szybko, dzięki jednej scenie, zaczęłam fangirlować „wiszący w powietrzu” jego związek z Lafayettem. Po traumie z Jesusem trzymam kciuki za piękną love story dla tego bohatera. I za więcej czasu ekranowego.

Nieporozumienie odcinka: Nie rozumiem, dlaczego akcja poszukiwania porwanych niewiast została odroczona, wszyscy poszli spokojnie spać, a blond heroina znalazła nawet czas na scenę łóżkową z wilkołakiem (słynną już w internetach, bo za kamerą stał nie kto inny a Stephen Moyer, prawdziwy mąż Anny Paquin, czyli serialowy Bill).

Najlepsza scena: Uzbrojona po zęby (w ironię) Pamela Swynford De Beaufort podczas zabaw w wampiryczną, rosyjską ruletkę – w Maroku, żeby było dziwniej. “Your god and my god can go to a motel and have a circle jerk for all I care; I’ll be in hell, having a three-way with the devil.”

Bohater odcinka: Dzielny szeryf Andy w scenie w opuszczonej rzeźni. Wyrósł nam z niego policyjny negocjator!

Cytat odcinka: Patriotyczna deklaracja Sookie: “Even though most of you hate me, I love just about everybody here.”

 

True Blood
S07E01: Jesus gonna be here
Emisja: 22.06.2014

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.