Fot. via www.firefly-objectsinspace.com

Dlaczego Firefly musiał zostać skasowany?

…czyli kilka nieuczesanych (i bluźnierczych) refleksji o roli nostalgii w twórczości Jossa Whedona.

W zasadzie bez spoilerów.

Fot. universohq.com

Fot. universohq.com

Mieszane uczucia wzbudził najnowszy serial firmowany przez J. Whedona, czyli Agenci T.A.R.C.Z.Y. Wielu jest rozczarowanych, którzy porzucili go po początkowych odcinkach. Niektórzy dotrwali, żeby odetchnąć z ulgą i zakrzyknąć: jednak był zacny! Ja należę do tej drugiej kategorii.

Właściwie to nie. A co tam, wyjdę z szafy. S.Z.I.L.D.Z.I. podobali mi się od samego początku! Właśnie dlatego, że traktowałem ich jako kampową gulity pleasure – nostalgiczny powrót do ulubionych seriali z dzieciństwa: z gadżetami, szpiegami, głupiutką fabułą, z „tekturowymi” postaciami i tanimi chwytami fabularno-scenograficznymi, w których „światowość” symulują krótkie establishing shots, a potem już mamy studio i pobliskie lokacje. Słowem: czar ejtisowo-najntisowych procedurali. A potem okazuje się, że to była podpucha!

Jednak nie o tym tutaj pisać chciałem – nie o tęsknocie za serialami z dzieciństwa – choć może trochę tak. S.Z.I.L.D.Z.I. – jako ten łże-procedural (będący w istocie serialized fiction) – uświadomili mi, w czym „bóg nerdów” jest geniuszem.

Fot. splashpage.mtv.com

Fot. splashpage.mtv.com

Jednym z ważniejszych wyróżników serialowej twórczości Jossa Whedona jest jej rodzinność.

Nie chodzi o kiczowatą, obrzydliwie słodką familijność w stylu Pełnej chaty czy czegoś podobnego. Joss jest mistrzem w kreowaniu bliskich więzi między zróżnicowanymi i ciekawymi postaciami –  niekoniecznie (a raczej koniecznie nie-) opartymi na więzach krwi. Chodzi raczej o wypracowywaną z czasem wspólnotę losów i „miejsca”.

Taką też oczywiście spotykamy w innych serialach, głównie proceduralach w stylu Przyjaciół, ale i – co ciekawe – wielu serialach kryminalnych, choćby CSI Las Vegas (chyba modelowym przykładem jest tu NCIS). Wszystkie one żerują na ludzkiej potrzebie doświadczania bliskości, a Whedon chyba najbardziej bezczelnie eksploatuje te instynkty.

Joss przedstawia (czy też tworzy) wspólnotę rodzącą się w bólach – taką, która przechodzi przez wszystkie trudne fazy formowania grup społecznych: formingu (zapoznawania się), stormingu (docierania się), i normingu (ustalania reguł). Z czasem zbieranina postaci o różnorodnych celach, potrzebach i charakterach – często pierwotnie sobie nieprzychylnych – zamienia się w coś, co nazwać możemy rodziną bez pokrewieństwa. Nie jest to wspólnota oparta na jedności celu (jakimś zadaniu). Nie opiera się też tylko na pewnym oswojeniu ze sobą przez wspólne spędzanie czasu (w pracy) – takie bowiem często są zwykłym obyciem i opierają się na uprzejmości. W przypadku rodziny wchodzimy na poziom takiego oswojenia z sobą, które wcale nie wyklucza gorących konfliktów – czasem wręcz je prowokuje. Chodzi o więź, która jest w stanie przetrzymać każdą waśń: która trzyma razem nieprzyjaciół – niczym pokrewieństwo rodowe, stąd zapewne samonarzucająca się analogia: „rodzina zawsze trzyma się razem”.

Fot. nerdapproved.com

Fot. nerdapproved.com

Jest to więź oparta nie tylko na byciu z sobą od czasu do czasu. To więź scementowana przez trwałe „jechanie na jednym wózku”. Przebywanie razem w „jednym domu” – na dobre czy na złe.  To przemożna więź miejsca. Stąd tak ważną u Whedona jest rola długich ujęć, w których kamera wędruje bez cięcia przez statek–dom (vide Firefly). Joss genialnie chwyta familio-twórczą rolę locus.

Geniusz Whedona jednak nie polega tylko na kreowaniu fikcyjnych rodzin. On się specjalizuje w ich rozbijaniu! Tworzy je, a potem systematycznie podminowuje, ukrusza, strzępi. Przetwarza w coś, co jest stale na skraju rozpadu albo wręcz już się rozpadło. Dręczy nas tęsknotą za wyidealizowanym stanem, w którym rodzina już rzekomo była, a do którego nigdy nie wróci. Jednak ten krótki moment w czasie, owo ulotne mgnienie eudajmonii (czasem rzeczywiście urywek chwili, jak Rick’s Café Americain z Casablanki) wystarczy żeby jakieś wspomnienie stało się bezczasowe, przez co jakoś tak wyraźniejsze i mocniejsze. To idealny obiekt naszych tęsknot – ulotne pragnienie, ale takie, którego nigdy nie zaspokoimy.

Każdy rasowy entertainer musi być inżynierem emocjonalnym. Twórca świata Gry o Tron specjalizuje się w szoku i traumie wywoływanych przez dramatyczne zwroty akcji i śmierć ulubionych postaci. Joss zaś specjalizuje się w nostalgii. To jest jego schtick. To, że tak powolutku, niespiesznie stworzył rodzinę S.Z.I.L.D.Ó.W. – zamieszkującą w ciasnym latającym domu pionowego startu i z pociesznym tatą Coulsonem  – było do przewidzenia. Także to, że będzie ją chciał ją  nieco poturbować – rozdzielił jej członków, tymczasowo odebrał grunt pod stopami przez niecny atak z zewnątrz. Wszak w ten sposób rodzina tylko umocni się… Ale żeby cios rodzinie zadano od wnętrza?! I nie chodzi o jakieś tam mroczne tajemnice generalnie lojalnych członków. To, co się stało, to wręcz zniszczenie rdzenia rodziny. Katastrofa gorsza chyba nawet od śmierci. Rodzina nigdy już nie będzie taka sama…

(Na marginesie wspomnę, że odczucie podobnej straty – równie zaskakującej, co bolesnej – doświadczyć można w grze DeusEx, kiedy okazuje się, że opoka-dom zbudowana była dosłownie na arcy-złu.)

Fot. edgecastcdn.net

Fot. edgecastcdn.net

Nostalgia to dziwne uczucie. Jest czymś wyraźnie innym od prostej tęsknoty za domem, choć może z niej wyrastać i mieć podobne podłoże. Nostalgia nie może zostać zaspokojona jak zwyczajne pragnienie. W przypadku nostalgii tęsknimy za tym, co nigdy nie wróci (albo wręcz czego nigdy tak naprawdę nie było); co do czego gdzieś w głębi duszy wiemy – choćby nieświadomie – że jest stracone lub nieosiągalne… Tęsknota wywołuje niepogodzenie ze stanem aktualnym – chęć powrotu i w rezultacie działanie z jasno określonymi środkami do celu. Nostalgia jest innej natury. Budzi raczej melancholię, taki dziwnie przyjemny smutek, któremu potrzebujemy się czasem oddać. Może mamy to w naturze – jakieś badania wykazały, że nostalgia poprawia samopoczucie i pomaga radzić sobie z samotnością.

Tak czy inaczej nostalgia to odczucie, które kojarzyć powinniśmy z dorosłością – oznacza dojrzałość, zrozumienie i pogodzenie się z tym, co nieosiągalne. Tak chyba twierdziłby Lacan – kontynuator freudowskiej psychoanalizy. Skoro już przy tym wątku jestem, nie mogę oprzeć się innej natarczywej myśli: jest w tradycji psychoanalitycznej takie pojęcie jak Realne – to, co zawsze wraca na swoje miejsce, niczym tycheprzeznaczenie, którego nie da się uniknąć – to twarda podszewka świadomości, która wręcz odzwierciedla istotę osobowości. Podświadome dążenie, które zawsze sprowadza nas na swoje miejsce. Sądzę, że czymś takim w przypadku Jossa Whedona jest nostalgia. Melancholijna bólo-tęsknota za nieodwracalną stratą. Mam wrażenie, że to jest właśnie istota jego twórczości i że najpotężniej wyraziła się ona w smutnym kazusie serialu Firefly (sam serial zresztą wprowadza nas w nastrój nieodżałowanej straty: porażka w bitwie o dolinę Serenity). Browncoats, czyli fani tego serialu, po dziś dzień wspominają z żalem skandaliczne skasowanie go przez wytwórnię FOX (Sheldon Cooper nawet umieścił z tego powodu Ruperta Murdocha na liście swoich śmiertelnych wrogów). Memy wyrażające ten żal są chyba najbardziej rozpoznawalnym elementem owej społeczności. Społeczności, do której i ja bym się zaliczał.

Fot. pinimg.com

Fot. pinimg.com

Tym bardziej perwersyjna jest moja natrętna myśl, że właściwie Firefly MUSIAŁ zostać skasowany. Dokładnie wtedy, kiedy zaczynaliśmy się przywiązywać do załogi Serenity: właśnie wtedy, kiedy stawała się dla nas rodziną – wtedy właśnie był idealny moment, żeby zamieniła się w przedmiot nostalgii. To tak, jakby wszystkie znaki na niebie i ziemi, podświadomość twórcy i wszechświata przemysłu serialowego – wszystko zmierzało do Realnego: nieodżałowanej straty. Joss Whedon chyba sam to zrozumiał i dlatego poszedł dalej tropem swojej ukrytej super-mocy jako boga nerdów.

Michał Zabdyr-Jamróz

Fan Star Treka, Stargate’a, Firefly, Fallouta, Strażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K.