wikipedia.org

Kto dziś gra? Czyli muzyka w serialach

Artykuł nie zawiera spoilerów.

W czasach, gdy jeszcze studiowałem, mieliśmy w akademiku wewnętrzną sieć szybkiej wymiany plików, przez którą brać studencka, zamiast dzielić się notatkami, piraciła na potęgę co popadło. Sprawdziłem kiedyś z ciekawości, co ludzie udostępniają w owej sieci najczęściej. O dziwo, nie były to pornosy – te zajęły miejsce drugie. Na miejscu pierwszym były soundtracki.

Bez poruszającej ścieżki dźwiękowej trudno mi sobie telewizję wyobrazić. I, jak wynika z anegdoty, nie jestem w tym przekonaniu osamotniony. Muzyka stanowi tak integralną część doświadczenia serialowego (oraz filmowego), że czasem w ogóle nie sposób oddzielić obrazu od dźwięku. Czy słynna scena ataku helikopterów w Czasie apokalipsy miałaby choć cząstkę swej mocy, gdyby nie towarzyszył jej Wagner? Czy torsy i biusty w czołówce Słonecznego patrolu byłyby aż tak apetyczne, gdyby nie towarzyszący im letni przebój I’m always here?

Jeśli chodzi o muzykę, wiele współczesnych seriali stawia na rockowo-popowe hity znanych artystów. Nie twierdzę, że to zła metoda – pobrzdękujące w każdym odcinku znane kawałki sprawdziły się choćby w House’ie czy Supernaturalu, wprowadzając poczucie „teraźniejszości” i aktualności ekranowych wydarzeń. Ale do mnie najbardziej przemawia muzyka orkiestrowa. Nie zgadzam się z często powtarzanym stwierdzeniem, że najlepszy soundtrack to taki, którego w ogóle nie słychać, bo idealnie dopełnia materiał wizualny. Muzyka instrumentalna może stanowić równie ważny budulec fabuły jak obraz. Odpowiednio zastosowana, podnosi dramaturgię, wprowadza pożądany nastrój, charakteryzuje postacie (tzw. character themes) i staje się dla serialu czy filmu niepowtarzalnym znakiem rozpoznawczym. Korzystając z Tygodnia z Twórcami, chciałbym zatem podzielić się z czytelnikami Pulpozaura moją prywatną listą najciekawszych kompozytorów muzyki do seriali. Rzecz jasna – wraz z przykładami!

4. Brian Reitzell

Reitzell to twórca, którego odkryłem za sprawą Hannibala. Złośliwi twierdzą co prawda, że całą ścieżkę dźwiękową tego serialu da się wyrazić onomatopeją BRRRMMMMMMMM TIKKATIKKATUMMMMMM – i coś w tym niewątpliwie jest – ale przyznać trzeba, że muzyka Reitzella odgrywa niebagatelną rolę w kreowaniu dusznej, budzącej dreszcze atmosfery zaszczucia. Podobnie jak strona wizualna, dźwięk w Hannibalu jest gęsty, polifoniczny, narzucający się widzowi w trakcie oglądania. Wydaje się, że ta niepokojąca muzyka płynie wprost ze świata przedstawionego, że bohaterowie także muszą ją słyszeć, bo to naturalne odgłosy drapieżnego uniwersum, w którym każdy chce pożreć każdego.

„Dyskografia” Reitzella jest dosyć zróżnicowana – obejmuje zarówno filmy (tu na przykład słynne Lost in Translation), jak i seriale (Hannibal) oraz gry komputerowe (tu choćby wydane niedawno Watch Dogs). Na koniec dodam, że dla mnie jednym z jego znaków rozpoznawczych jest pomysłowe wykorzystywanie perkusji, co pewnie wiąże się z karierą perkusisty w zespole Redd Kross.

3. Cristobal Tapia de Veer

Tym razem „gwiazda jednej piosenki”, ale moim zdaniem osoba nie do pominięcia, jeśli chodzi o muzykę, która „robi” cały serial. Mowa o Cristobalu Tapii de Veerze, urodzonym w Chile kanadyjskim autorze muzyki do teoriospiskowo-komiksowej Utopii. Kto jeszcze nie zna, niech prędko nadrabia, bo już w tym miesiącu sezon drugi – a słowo daję, że to jeden z najciekawszych, najładniejszych i najbardziej wciągających serialowych thrillerów, jakie znam.

Muzyka w Utopii nieodparcie kojarzy się z noir, choć nie w klasycznym, jazzującym wydaniu – chodzi raczej o dźwięki miejskie, trochę kakofoniczne, trochę niepokojące, podszyte elektroniką. Podobnie jak przesycone kolory i geometrycznie zakomponowane kadry, sountrack Cristobala ma zwracać na siebie uwagę, wyrywać nas z poczucia bezpieczeństwa, wprowadzać atmosferę niezwykłości i tajemnicy. Świat odkrył przed zaplątanymi w konspirację bohaterami swe nieznane oblicze – i to samo przekazuje muzyka, wytrącając nas z równowagi nieoczekiwanymi dźwiękami (m.in. odgłos uderzania pałeczką w wysuszone odchody nosorożca) oraz dynamicznym rytmem.

Niezwykle jestem ciekaw dalszych poczynań pana Cristobala.

2. Michael Giacchino

Tym razem coś bliższego klasycznie rozumianym soundtrackom. Michael Giacchino to w porównaniu z poprzednimi muzykami prawdziwy gigant. Jego „dyskografia” obejmuje produkcje tak znane jak choćby Mission: Impossible III, Pixarowe Up, dwa ostatnie filmy Star Trek, serię gier Medal of Honor oraz seriale Alias, Fringe i Lost. Ja poznałem go bliżej za sprawą tego ostatniego dzieła. W historii tak emocjonalnej jak Zagubieni – bo, jak przyznali sami scenarzyści, wbrew pozorom zawsze najważniejsze tu były postacie, nie zagadki – muzyka musi spełniać wiele funkcji. Podkreślać dramaturgię, wzruszać, bawić, zachwycać, niepokoić i ekscytować. Oszczędne, stonowane, a jednak pełne dostojeństwa utwory Giacchino potrafią to wszystko i jeszcze więcej.

Muzyka w dużej mierze zbudowała tożsamość Zagubionych. Oparte głównie na fortepianie i skrzypcach kompozycje liryczne, obecne we wszystkich „wielkich” momentach fabuły, na stałe zrosły się dla widzów ze wzruszeniami, jakie niósł rozwój wydarzeń. Zalinkowany powyżej utwór Life & Death Theme stał się wręcz nieoficjalnym hymnem serialu – jego wariacje znaleźć można w każdym sezonie. Lost nie stronił od taniej dramaturgii, toteż soundtrack ryczał w tle nieustannie i nawet najkrótszy spacer w głąb bezludnej (?) wyspy nie mijał bez wyraźnie słyszalnej, angażującej muzyki. A prościutki, tchnący zagadkowością motyw muzyczny organizacji Dharma wielu fanów potrafi zanucić do dziś. Tara-rara-pam-pam, tara-rara-pam-pam…

1. Murray Gold

Na miejscu pierwszym – Murray Gold. Człowiek, bez którego nowego Doctor Who aż trudno mi sobie wyobrazić. Poszczególnych Doktorów i towarzyszki rozpoznaje się przecież natychmiast po motywach muzycznych, jakie im towarzyszą. No i czym byłby serial o walce ze złymi kosmitami bez dramatycznych, orkiestralnych kompozycji, z których aż chlusta na nas cudowny, ściskający za gardło patos? Odejście od elektronicznej muzyki towarzyszącej „starym” seriom było jedną z najbardziej radykalnych zmian w całej pięćdziesięcioletniej historii serialu – przejście do „typowo filmowych” brzmień co prawda osłabiło nieco właściwe science fiction wrażenie niesamowitości, ale za to wydatnie uwspółcześniło i zdynamizowało Doctora Who. Dzięki niej wszystko zaczęło dziać się szybciej, lepiej, bardziej. Są tacy, którzy narzekają w tej materii na przerost formy nad treścią i stawiają zarzut, iż soundtrack jest aż zbyt bombastyczny. Ale dla mnie pewna przesada i nadmiar są w Doctorze… konieczne.

Murray Gold ma na koncie długą współpracę z ojcem „new Who” Russelem T. Daviesem (m.in. przy serialu Queer as Folk czy Casanovie z Davidem Tennantem), a także muzykę do innych brytyjskich seriali, w tym Muszkieterów BBC, o okołodoktorowych Torchwood i Sarah Jane Adventures nie wspominając. Jego bogate kompozycje to dla mnie majstersztyk emocjonalnej manipulacji widzem. To dramatyczne narastanie napięcia, te eksplozje dźwięków, eteryczne chórki! Dość powiedzieć, że to jeden z nielicznych twórców, którego soundtracków słucham osobno, w oderwaniu od obrazu, któremu towarzyszyły – i działają na mnie równie mocno. Marzę o tym, by kiedyś pojechać na Doctor Who Proms i posłuchać pana Golda na żywo. Myślę, że byłoby to niezapomniane przeżycie.

https://www.youtube.com/watch?v=No2qsjun4Kg

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.