Fot. NBC

And who’s to say this isn’t what happens? Who can tell me that my fantasies won’t come true? (Scrubs)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Czy czujesz się, szanowny czytelniku, osobą dorosłą? A jeśli tak, to czy istnieje jakiś konkretny moment, który symbolizuje albo wręcz stanowi dla ciebie moment przejścia w ten okres? Pierwszy papieros, seks, legalnie zakupiony alkohol, pierwszy dzień w pracy? Pierwsze na poważnie złamane serce? Ja na przykład – mimo że zbliżam się do wieku, w którym Jimi Hendrix zdążył wydać trzy genialne albumy i rzucić Amerykanów na kolana na Woodstock – mam wrażenie, że gdzieś musiałem się zagapić i przeoczyć chwilę, kiedy miałem stać się pełnoprawnym członkiem naszej społeczności. Żadnej jednoznacznej i jednakowej dla wszystkich inicjacji, bo trudno uznać za taką wyrobienie dowodu osobistego, brak jakiegoś wewnętrznego przekonania, że to już ten etap.

I pomimo iż daleko mi do naiwnego, infantylnego przekonania, że zmiana z niedorosłego w dorosłego to jednostkowe zdarzenie, a nie cały proces, to czasami deprymuje mnie świadomość, że dzieci, patrząc na mnie, wierzą, że doskonale wiem, co robię, i mam plan na całe życie. W końcu sam tak kiedyś myślałem o dwudziesto-, trzydziestolatkach (bo ci starsi to już niewyobrażalni starcy przecież). Rzeczywistość tymczasem wygląda zupełnie inaczej i co trochę popełniam wciąż nowe błędy, które mimo wszystko uczą mnie czegoś nowego, raduję się i rozpaczam, zmagam ze słabościami, nagle się orientuję, że przez własną głupotę doprowadziłem do sytuacji, z której nie ma już wyjścia, wreszcie – przeżywam nowy dzień, błądząc po tajemniczych meandrach zasad rządzących społeczeństwem. Być może właśnie dlatego tak bliskie jest mi Scrubs.

Fot. NBC via pandawhale.com

Fot. NBC via pandawhale.com

Jasne, ktoś może w tym momencie zwrócić mi uwagę, że to przecież zwykły serial komediowy, w którym na porządku dziennym pojawiają się absurdalne sceny, jakich nie powstydziłby się Leslie Nielsen. To jednak byłoby ogromne umniejszenie i zbyt powierzchowna ocena tego tytułu. Wszystko, co oglądamy na ekranie, widzimy przez pryzmat głównego bohatera i narratora – młodego lekarza Johna Doriana, nazywanego J.D., który prowadzi wewnętrzne monologi na temat dosłownie wszystkiego, co mu się przydarza. I chociaż wprost czwartej ściany nie burzy, to część jego refleksji jest wyraźnie skierowana do widza. Większość tych przemyśleń i komentarzy dotyczy co prawda rzeczy trywialnych, a fantazje Doriana wydają się nie mieć ograniczeń, zwłaszcza w aspekcie absurdalności, ale pomimo tego komediowego charakteru Scrubs regularnie dotykało trosk, które zaprzątają nam codziennie głowę, typu problemy w pracy czy nieudane życie uczuciowe, ale i nie bało się podejmować dużo poważniejszych kwestii, jak wychowywanie autystycznego dziecka czy też radzenie sobie ze śmiercią. I w momencie, gdy główny bohater wkraczał w mniej zabawny ton lub też całkowicie milknął, pozwalając, by same wydarzenia na ekranie przemawiały do widza, zawsze działo się to z wyczuciem i klasą, komedia błyskawicznie zmieniała się w pełny dramat, a niektóre rozważania J.D. okazywały się boleśnie prawdziwe.

Fot. NBC via imgur.com

Fot. NBC via imgur.com

A było to według mnie spowodowane ich prostotą. Narrator nie silił się na głębokie, filozoficzne przemyślenia, nie mówił niczego odkrywczego, ale przez to, że dotykał kwestii bliskich i znanych nam wszystkim, utożsamianie się z nim bądź też zrozumienie jego sytuacji przychodziło z łatwością. Oczywiście tylko niewielki odsetek widzów Scrubs to pracownicy służby zdrowia, stąd może się wydawać, że trudniej identyfikować się z Dorianem we fragmentach serialu ściśle powiązanych z tą tematyką, ale przecież bohaterów spotykają tak uniwersalne perypetie (przy tolerancji dla pewnej dozy absurdu), że jedynie częstotliwość, z jaką lekarze i pielęgniarki muszą sobie radzić ze śmiercią, jest dla przeciętnego widza zupełnie nie do wyobrażenia. Co prawda mowa o komedii, w której nie dostawaliśmy regularnych zgonów, niemniej akurat pod tym względem Scrubs nie upiększało rzeczywistości i parę razy przypomniano nam, że nie da się uratować wszystkich chorych. Poza tym jednym aspektem jednakże nietrudno o przywiązanie się do bohaterów, bowiem umiejscowienie akcji w szpitalu to w końcu jedynie pretekst do zaprezentowania ich charakterystyki i obserwowania, jak bardzo się zmieniają z czasem.

Główne postacie, świeżo upieczonych absolwentów medycyny – J.D., jego najlepszego przyjaciela, Christophera Turka, oraz Elliot Reid, obiektu uczuć narratora – poznajemy podczas ich pierwszego dnia pracy jako stażystów w szpitalu Sacred Heart. Obok nich przez niemal wszystkie odcinki przewijają się również Carla Espinosa, pielęgniarka i ukochana Turka; dr Perry Cox, który w dość pokrętny sposób stanowi dla Doriana postać mentora; dr Bob Kelso, dyrektor szpitala; oraz Cieć (w oryginale Janitor), którego imienia (chyba) nie poznajemy, a który regularnie stara się uprzykrzyć życie głównemu bohaterowi. Naturalnie w ciągu ośmiu lat postacie ewoluują i nabierają doświadczenia zarówno zawodowego, jak i osobistego, co szczególnie widać po J.D. z racji jego funkcji jako narratora. Dorian codziennie ratuje ludzkie życie, ale oprócz tego zmaga się ze wszystkimi konsekwencjami przynależenia do dużej społeczności: zakochuje się z wzajemnością lub bez, wiąże się z kolejnymi partnerkami i rozchodzi, zadaje sobie fundamentalne pytania o trafność wyboru ścieżki życiowej, ma przyjaciół i wrogów, jego stosunki z rodziną cechują się tym charakterystycznym tłem nie do wyjaśnienia dla osoby z zewnątrz, cieszy się i cierpi, a przede wszystkim próbuje znaleźć sens tego, co nas otacza i co się nam przydarza.

Fot. NBC via imgur.com

Fot. NBC via imgur.com

Brzmi znajomo? Ja prawdopodobnie mógłbym się podpisać pod mniej więcej połową nieabsurdalnych zdarzeń, które przeżył J.D. Bo kto z nas choć raz nie zwątpił we własną wartość i jakość swoich decyzji? Nie analizował przez tydzień jednej rozmowy? Nie zadawał sobie pytania za wieszczem, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie? Nie szukał szaleńczo przynajmniej jednego pozytywnego elementu w momencie, gdy wszystko się wali? Nie potrafił się przyznać przed samym sobą, że to on wszystko pokomplikował, a nie wszyscy wokół? Nie miał problemów z wyrażeniem najprostszych słów najbliższym osobom? Doriana można postrzegać jako oryginała, który śni na jawie, ale odnoszę wrażenie, że to po prostu jego, dość skrajny, sposób radzenia sobie z niedorzecznością otaczającego nas świata. Szczególnie, że wprawdzie wraz z kolejnymi sezonami jego fantazje cały czas stanowią integralną część fabuły, ale wydaje się, że apogeum swojego szaleństwa i abstrakcyjności osiągnęły w początkowych latach emitowania serialu, a w sezonach siódmym i ósmym, kiedy J.D. stał się zdecydowanie dojrzalszy (co chociażby symbolizuje to, że zaczął nosić zarost), tych swoistych przerywników jest zauważalnie mniej.

O sile Scrubs jednakże obok trafnej obserwacji życia przy lekkiej zadumie świadczy także wyjątkowy humor. Scenarzystom udało się wykreować fantastycznych bohaterów (i to od postaci głównych po pamiętne trzecioplanowe), których wrzucali w szalone sytuacje i sceny, tworząc dzięki temu komedię kompletną. Trudno bowiem jednoznacznie zaklasyfikować rodzaj humoru użyty w serialu. Mieliśmy błyskotliwe monologi, w których brylował dr Cox za każdym razem, gdy pojawiał się na ekranie, udane żarty słowne i sytuacyjne, powracające gagi, które naprawdę rzadko się nudziły, eksploatowanie różnic charakterów, zwłaszcza między Dorianem a Coxem oraz Turkiem a Carlą, Ciecia, który czasami się zachowywał, jakby wyskoczył ze Zwariowanych Melodii, a także wiele slapsticku, absurdu i przesady, które, trzeba przyznać uczciwie, nie są strawne dla wszystkich. No i niezapomnianą relację J.D. – Turk, która powinna służyć jako idealny przykład tego, jak tworzyć bromance. Z wyjątkowych stosunków, jakie łączyły tych dwóch lekarzy, inni bohaterowie drwili regularnie, zaś scenarzyści ani trochę nie oszczędzali bohaterów, tworząc co chwila autoironiczne sceny, które jedynie pogłębiały tę specyficzną więź. Notabene można mieć szczere wątpliwości, czy Zach Braff i Donald Faison wcielający się w postacie faktycznie grali…

Fot. NBC

Fot. NBC

J.D. i Turk jednak to jedynie bardzo skrajny przykład tego, że relacje międzyludzkie stanowią dla bohaterów niezwykle istotny element życia. Co zresztą słyszymy w piosence z czołówki? I can’t do this all on my own. I’m no Superman. Dr Cox wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję do werbalnego gnębienia każdego, z kim rozmawia, ale łączy go bardzo bliska więź ze szwagrem. Do tego przez długi czas nie może ścierpieć swojej byłej żony, ale jednocześnie nie potrafi bez niej żyć. Bob Kelso to lekki mizantrop i wcielenie wredności, ale kiedy przechodzi na emeryturę, i tak regularnie pojawia się w szpitalu. Dla Carli, wychowanej w tradycyjnej, latynoskiej rodzinie, najważniejsi są krewni i przyjaciele. J.D. natomiast usilnie potrzebuje w szpitalu kogoś, na kim może się wzorować jako lekarz, a także regularnie miota się w nowych związkach, próbując bezskutecznie wymazać z serca Elliot. A w tle tego wszystkiego codzienne obchodzenie się z pacjentami, którzy przecież muszą być traktowani z odpowiednią atencją i uwagą, nie bezdusznie i automatycznie.

Czy w takim razie Scrubs to apoteoza przyjaźni? Nie zaryzykuję tego stwierdzenia, ale już odważę się napisać, że serial to wyraźna pochwała indywidualności i zachęta do przeżycia swojego życia na własnych zasadach i nieoglądania się na to, co inni pomyślą lub powiedzą. J.D. to wieczny marzyciel z głową w chmurach, który cechuje się absurdalnymi myślami i nierzadko zachowaniami, ale to nie przeszkadza mu w byciu bardzo dobrym fachowcem i wyjątkowym człowiekiem. Często zachowuje się niepoważnie, ale nigdy nieodpowiedzialnie. Co prawda trudno powiedzieć, że reszta bohaterów wpisuje się w szablon statystycznego mężczyzny lub kobiety, ale na ich tle Dorian i tak się znacznie wyróżnia – pewnie dla niektórych widzów na niekorzyść. Ale młody lekarz to przy tym osoba niezwykle ciepła, serdeczna, a co najważniejsze – lubiana. I chociaż spotyka się z różnymi przeciwnościami losu, ciągle bywa obiektem kpin z powodu swojej oryginalności ze strony dra Coxa, to dalej żyje wedle swojego planu, nie przejmuje się złośliwościami przyjaciół i pozostaje wierny samemu sobie. A to chyba recepta na całkiem satysfakcjonujący żywot.

Zapytałem na początku o poczucie dorosłości, ponieważ mam wrażenie, że, jak ze wszystkimi innymi aspektami życia, tak i w tym próbujemy jako społeczeństwo narzucić jeden poprawny schemat, który powinien obowiązywać wszystkich. Skąd bowiem w naszym języku zdania „Zachowuj się stosownie do swojego wieku”, „W tym wieku nie wypada”, „Nie masz już dziesięciu lat”? Dlaczego osobę, która w sposób znaczący kontestuje „jedyny poprawny” sposób bycia, często nazywamy odmieńcem, dziwakiem albo wręcz próżniakiem i partaczem? J.D. to bez wątpienia dorosły, ale w prawdziwym życiu zostałby zapewne niejednokrotnie obdarzony jednym z powyższych epitetów, a jego dojrzałość byłaby kwestionowana. A przecież większość chciałaby mieć wśród znajomych tak oddanego przyjaciela i wspaniałego człowieka. Dlaczego zatem wciąż pozwalamy osobom obcym wmówić nam, co jest dla nas najlepsze? Wydaje mi się, że Scrubs uczy nas, żebyśmy to jednak my sami o tym decydowali.

Fot. NBC

Fot. NBC

Scrubs to serial, którego bardzo łatwo nie docenić na początku. Zdecydowanie komediowy, ale ze sporą dawką melancholii oraz dość regularnym zacięciem dramatycznym. Gdy ton odcinka przeskakuje z żartobliwego w bardziej podniosły, często bardzo nagle, ładunek emocjonalny potrafi mocno przytłoczyć. Myślę, że to właśnie dlatego formuła komediowa tak dobrze się sprawdza. Dzięki niej sceny poważne nabierają jeszcze większego dramatyzmu, a jednocześnie śmiech pełni rolę terapeutyczną. Dla nas i dla bohaterów. Uważam zresztą, że Scrubs to naprawdę niezgorszy przewodnik po życiu i jego licznych obliczach. I między innymi dlatego tak mocno mnie poruszył.

 

P.S. Scrubs miało dziewięć sezonów, ale w tym ostatnim nie powróciła większość stałej obsady, w tym J.D., a ponadto poziom strasznie spadł, więc dla większości fanów serial skończył się na serii ósmej, tuż po tym jak skończył śpiewać Peter Gabriel. Ja też należę do tej grupy.

Scrubs
Comedy
NBC/ABC, USA, 2001–2010

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.