Fot. FX

Początek epidemii (The Strain, premiera: S01E01–03)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Nie lubię kolejnych wariacji na temat Drakuli na szklanym i srebrnym ekranie. Cenię rolę, jaką w kulturze odgrywa mit wampira, ale za wyjątkiem interpretacji Maxa Schrecka, Beli Lugosiego oraz (do pewnego stopnia) Gary’ego Oldmana nie wykazuję zbyt wielkiej tolerancji na wizerunek krwiopijców w kinie i telewizji, gdzie przecież od dobrych kilku lat trwa w najlepsze ofensywa coraz to nowych odmian Stokerowskiego hrabiego. Z tego też powodu raczej unikam głośnych tytułów dotykających tej kwestii i nie sądzę, żebym kiedyś sięgnął po True Blood czy The Vampire Diaries. Dla The Strain uczyniłem jednak wyjątek, a to z powodu nazwiska sygnującego produkcję – Guillermo del Toro.

Fot. FX

Fot. FX

Uwielbiam nieskrępowaną, mroczną fantazję Meksykanina i wciąż mocno żałuję, że nie dane mu było nakręcić Hobbita, dlatego kiedy usłyszałem, że bierze się za serial o wampirach, do tego na podstawie własnej książki (którą co prawda współtworzył, a nie napisał sam), od razu pomyślałem, że wyjdzie z tego coś naprawdę nietuzinkowego i wiedziałem, że tego tytułu już nie mogę odpuścić. Czy słusznie? Po trzech tygodniach emisji cały czas mam wrażenie, że jeszcze leci premiera, a twórcy wciąż wprowadzają nas w świat przedstawiony. Pomimo elementu nadprzyrodzonego wszystko rozwija się dość spokojnie i dopiero druga połowa trzeciego odcinka sprawiła, iż uwierzyłem, że del Toro może powieść się przywrócenie duchowemu potomstwu Drakuli należnego mu miejsca w popkulturze – a zatem odrażających kreatur pozbawionych aury uwodzicieli emanujących seksem czy nieszczęśliwych kochanków.

Taka właśnie interpretacja wampirów bowiem to jeden z mocniejszych punktów serialu. Są one odrażające, przerażające i do cna zdegenerowane, tak na zewnątrz, jak i wewnątrz. Do tego dochodzi całkiem świeże zreinterpretowanie standardowych elementów tej swoistej mitologii – nocny tryb życia, bladość, zmiany w uzębieniu, nadludzka siła – a także inwencja scenarzystów w przypadku choćby nie do końca jeszcze wyjaśnionych robaków, które zapewne przenoszą „wampirzego wirusa”. Takie odejście od mniej lub bardziej romantycznej wizji krwiopijców zdecydowanie u mnie zyskuje, a przy tym stanowi póki co najlepszy aspekt The Strain. Może jeszcze niesztampowe zawiązanie historii stoi na równie dobrym poziomie – serial zaczyna się od wylądowania samolotu pasażerskiego, na którego pokładzie wszyscy, za wyjątkiem czterech osób, giną w niewyjaśnionych okolicznościach, zaś w luku bagażowym znajduje się tajemnicza drewniana skrzynia, która dziwnie przypomina wielką trumnę.

Fot. FX

Fot. FX

A to, jak się zapewne można łatwo domyślić, dopiero początek. Niestety, pozostałe składniki serialu pozostawiają jeszcze sporo do życzenia. Panowie del Toro i Hogan wykorzystują sporo klisz, które same w sobie nie są niczym złym w postmodernistycznym świecie, ale na razie mało jakiegoś przemyślanego żonglowania nimi. Meksykański reżyser nigdy nie miał dużego talentu do pisania kompleksowych, wielowymiarowych bohaterów, ale w przypadku The Strain można odnieść wrażenie, że większość swojego potencjału twórczego wykorzystał na wymyślenie odpowiedniego konceptu wampirów. Co mamy bowiem w serialu? Protagonista, który zaniedbuję rodzinę na rzecz pracy, a do tego były alkoholik? Jest. Tajemniczy starzec, który wie więcej niż mówi i z którym lepiej nie zadzierać? Jest. Złowieszcza korporacja pomagająca, a wręcz usługująca głównemu złoczyńcy? Jest. Niejednoznaczny moralnie współpracownik/przyjaciel głównego bohatera grający w nie do końca otwarte karty? Też odhaczony. A do tego wszystkiego pojawiają się wytatuowani latynoscy przestępcy, którzy naturalnie kochają swoją matkę i wywodzą się z religijnego domu, co nie przeszkadza im w angażowaniu się w bardzo wątpliwe moralnie przedsięwzięcia. Bardziej stereotypowo chyba już się nie dało.

Fot. FX

Fot. FX

Do znaczących mankamentów zaliczyć można także poziom aktorstwa i niektóre dialogi. Z części z nich bije sztuczność, z części teatralność. Parę razy pomyślałem sobie, że przecież nikt tak nie mówi w prawdziwym życiu. Do tego obsada sprawia wrażenie, jakby jeszcze się „docierała” i poza jak zwykle bezbłędnym Davidem Bradleyem (swoją drogą to się dopiero nazywa późna kariera!) raczej nikt się nie wyróżnia. Mam jednak nadzieję, że w kolejnych tygodniach nastąpi poprawa takiego stanu rzeczy, ponieważ, tak jak wspomniałem na początku – wszystko się jeszcze rozwija, część wątków ledwie została zarysowana, zaś rozprzestrzeniające się po Nowym Jorku krwiożercze istoty jednak muszą w jakiś sposób wymusić zmianę dynamiki serialu, a i aktorzy powinni wreszcie znaleźć swój rytm, tym bardziej że nie należą do zupełnie anonimowych.

Pomimo tych uwag krytycznych nie zapominam jednak o tym, co mnie w pierwszej kolejności przyciągnęło do tytułu – spojrzenie del Toro na wampiry, a ten akurat czynnik nie zawodzi ani trochę. Twórcy odpowiednio dozują makabrę, ohydę oraz plastyczne przedstawienie elementów nadprzyrodzonych, dorzucając właściwą ilość sztucznej krwi, co sprawia, że można poczuć, że to wciąż ten sam twórca Labiryntu Fauna czy Pacific Rim. W dodatku serial emituje stacja kablowa, co sprawia, że w zasadzie nożyce cenzury nie mają tam nic do roboty, a wyobraźni scenarzystów nic nie krępuje.

Fot. FX

Fot. FX

Wszystko to razem sprawia, że z prawdziwym optymizmem należy patrzeć na najbliższe tygodnie – dopiero garstka osób została „zarażona” wampiryzmem i jednym z najbardziej prawdopodobnych scenariuszy wydaje się w tym momencie epidemia, co oznacza zarówno więcej klimatu grozy, jak i rozwoju postaci, a to zawsze dobrze wróży serialowi, bo długo nie da się go ciągnąć za pomocą pięciu, dziesięciu szokujących minut w odcinku (na co niestety cierpiał trzeci sezon American Horror Story). Wątki rodzinne głównego bohatera z pewnością nie znikną, ale może przynajmniej nabiorą więcej życia w obliczu zbliżającej się katastrofy. W końcu najlepiej poznaje się człowieka, kiedy staje on naprzeciwko nieznanego i nieprzewidzianego.

The Strain
S01E01: Night Zero, emisja: 13.07.2014
S01E02: The Box, emisja: 20.07.2014
S01E03: Gone Smooth, emisja: 27.07.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.