Fot. FX

Walka z czasem (The Strain, S01E04–06)

Artykuł zawiera spoilery.

The Strain zalicza już niemal połowę sezonu, a to oznacza, że zawiązanie akcji już dawno powinno być za nami i faktycznie – twórcom po początkowych, wprowadzających  odcinkach udaje się wreszcie ruszyć z kopyta i zaprzestać wprowadzania nowych bohaterów i szkicowania ich statusu oraz sytuacji.

Zamiast tego dostajemy coraz więcej scen przybliżających nam wizerunek i charakter wampirów, co cieszy z powodów, które wymieniłem już przed paroma tygodniami  –obrazowość niektórych scen pokazuje, że jednak da się jeszcze wykrzesać z krwiopijców elementy wywołujące dyskomfort i przerażenie, bo twórcy ani trochę nie starają się złagodzić przedstawienia tych istot. Scena autopsji z czwartego odcinka to jedna z najobrzydliwszych rzeczy, jakie widziałem w telewizji, a dźwiękowiec serialu powinien za tych parę minut dostać premię. Poważnie. Do tego postępuje „zarażenie” wampiryzmem, którym zostają zainfekowane kolejne jednostki, co nie tylko sprawia, że ich pojedyncze zlikwidowanie już jest tak naprawdę skazane na niepowodzenie (w końcu liczba wyjściowa to dwustu pasażerów samolotu z premiery), ale wręcz lawinowy wzrost liczby „zakażonych” jedynie przybliża nas do nieuchronnej, dużej konfrontacji. Konfrontacji dość jednostronnej, należy dodać, bowiem póki co niewiele osób ma świadomość, z czym ludzkości przyjdzie walczyć.

Fot. FX

Fot. FX

Ci natomiast, którzy wiedzą, w całości lub częściowo, co czai się w mroku, stanowią dość przypadkową zbieraninę, a do tego jeszcze nie wiedzą o sobie nawzajem, co na razie nie wróży dobrze rezultatowi tej nierównej walki (bo nawet postać grana przez Davida Bradleya, choć wpisuje się w szablon emeryta, z którym lepiej nie zadzierać, raczej nie poradzi sobie sama wobec tak licznego zagrożenia). Cieszy za to, że bohaterowie, którzy, chcąc nie chcąc, tworzą bastion przeciwko wampirom, byli przez ostatnie trzy odcinki prowadzeni przez scenarzystów naprawdę dobrze, zaś historie z nimi związane rozwijają się konsekwentnie i nawet fragmenty rodzinne, na które nieco utyskiwałem ostatnio, mniej rażą schematyzmem. Do tego postacie nabierają coraz więcej życia (główny bohater, Eph, wreszcie nabiera głębi!), dzięki czemu czeka się z ciekawością na ich przyszłe zmagania (i tylko dziwnie ogląda się Kevina Duranda jako postać pozytywną, bo nawet wtedy ma coś z psychopaty w twarzy).

Fot. FX

Fot. FX

Należy również docenić rozwagę, z jaką twórcy rozdzielają ilość czasu ekranowego na poszczególne wątki i umiejętne pomijanie części z nich w danym odcinku. Muszę przyznać, że z początku postrzegałem to za wadę, ale to chyba wynik oglądania Gry o tron, w której to oglądamy wydarzenia z sześciu, ośmiu różnych perspektyw w ciągu godziny. Tego mi przez moment brakowało w The Strain, ale jednak doszedłem do wniosku, że lepiej przeznaczyć solidny kwadrans na troje bohaterów niż po prędkie pięć minut dla całej obsady. Scenarzyści robią to przy tym na tyle umiejętnie, że nie ma się wrażenia, że o czymś lub o kimś zapomnieli. Wszystko toczy się w swoim tempie, a oddzielne historie tak czy inaczej muszą wreszcie zacząć się mocniej zazębiać, bo podwaliny pod to już zostały solidnie położone. W tym aspekcie wyraźnie daje się odczuć w serialu charakter ekranizacji – del Toro i Hogan mają ograniczony materiał źródłowy, z którego korzystają i to po prostu widać – w zasadzie od pierwszego odcinka można odnieść wrażenie, że na każdego z bohaterów czeka konkretne zadanie, a przedłużone wprowadzenie do fabuły jedynie miało ich (i nas) do tego przygotować. Ścisłe trzymanie się książek to zresztą duża szansa na dobry poziom całości serialu – od początku był pomyślany na pięć sezonów, ni mniej, ni więcej, a zatem można się spodziewać, że zabraknie zapychaczy czy dziwnych rewolt w fabule sugerujących, że scenarzyści po prostu nie wiedzieli, co mają zrobić. Jeśli powieści trzymają równy poziom, to tego samego należy się spodziewać po ekranizacji. Przynajmniej ja tak robię.

Fot. FX

Fot. FX

Niestety ciągłą bolączką The Strain pozostaje płaskość części postaci oraz/lub aktorów. Ani trochę nie mogę się przekonać się do Gusa, który na razie stanowi ucieleśnienie chyba wszystkich znanych mi stereotypów latynoskiego gangstera. Brakuje mu jedynie wytatuowanego Jezusa na piersi i maniery mówienia „hombre” do swoich rozmówców. Do tego jego wątek wydaje się najmniej zasadny w tym momencie, chociaż – jak zauważyłem powyżej – akurat pod tym względem mam zaufanie do twórców. Sceptycznie podchodzę również do Nory, ale to już kwestia aktorki, do której nie potrafię się przekonać. Cóż, jedna mina przez pół godziny pasuje tylko Clintowi Eastwoodowi. Do fragmentów, co do których mam mocno mieszane uczucia, należy także przeszłość Abrahama, a więc wrzucenie do serialu nazistów. Bo dlaczego nie – to zawsze muszą być naziści – na przestrzeni 70 lat od zakończenia wojny łączono ich w kinie i telewizji już chyba z każdym możliwym wytworem popkultury, nauki i historii (sam del Toro to zresztą zrobił w Hellboyu) i mam wrażenie, że trochę mi się to już przejadło. Jasne, Niemcy sobie w pełni zasłużyli na przypisywanie im niewyobrażalnych okrucieństw i bestialskich eksperymentów na ludziach, ale tworzenie archetypicznego zła i wywodzenie go z czasów III Rzeszy (a przynajmniej wywodzenie go w stosunku do jednego z bohaterów) to dla mnie w większości przypadków pójście na łatwiznę i The Strain należy właśnie do tej kategorii.

Zasadniczo jednak jestem bardziej niż zadowolony z serialu, a w sumie miałem dość duże oczekiwania z racji tego, kto go współtworzy. Na szczęście Meksykanin nie zawodzi w tym, w czym czuje się najlepiej – a więc warstwie wizualnej i wykorzystaniu elementów nadprzyrodzonych – a i wady to póki co raczej drobne skazy, a nie poważne niedociągnięcia. Krótko mówiąc, ładnie się to wszystko rozwija i czekam na kolejne odcinki z lekkim napięciem. I oby tak zostało.

The Strain
S01E04: It’s not for Everyone, emisja: 3.08.2014
S01E05: Runaways, emisja: 10.08.2014
S01E06: Occultation, emisja: 17.07.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.