Fot. HBO

Happy end (True Blood, Finał: S07E09–10)

Artykuł zawiera spoilery.

Jak pisać o serialu, który był niewątpliwie epokowym zjawiskiem telewizyjnym, małą rewolucją, jeśli chodzi o obyczajowość, dowcip i sposób filmowania, który uczynił z fabuły uznanego za szmatławy i niski gatunku supernatural pozycję obowiązkową, rozpoznawaną powszechnie i w wielu kręgach kultową? Serialu, który w pewnym momencie dał się wyprzedzić wielu innym serialom, oddał pola, został w tyle. Który się oglądało z przyzwyczajenia, z nadziei na przyjemność, a przyjemność nie chciała nadejść? Pisać jest trudno, bo mówimy o wielu latach i o radykalnych zmianach jakości. O kupowaniu koszulki „Merlotte’s” za jakieś szokujące pieniądze w zagranicznym sklepie. O plakatach z wampirem Erykiem. O setkach towarzyskich rozmów, kodów, wewnętrznych żarcików. True Blood było niegdyś tym, czym jest teraz Gra o Tron. Prawda?

Ale przecież większość z nas została z Czystą krwią do końca, przetrwała szczególnie fatalny, męczący sezon szósty i doznała lekkiego pocieszenia przyzwoitym w porównaniu z poprzednikiem cyklem finałowym. I może nawet poczuła, jak ja, drgnienie w głębi serca, gdy się skończyło; bo oto – skończyła się pewna era.

Fot. HBO

Fot. HBO

Jak się skończyła? Dla mnie satysfakcjonująco – mam tu na myśli ostatnie dwa odcinki i satysfakcję w obrębie całkowitego braku wszelkich oczekiwań, pocieszenie w konsekwencji serii rozczarowań z poprzednich sezonów. Ale wiem, że cukierkowy happy end ma niewielu entuzjastów. I bardzo dobrze to rozumiem. Braki, dziury i niedociągnięcia ukazały się nam w całej okazałości. Zacznę jednak od pozytywów, jak to ja.

Wampir Bill – całe szczęście – zdecydował się wyjść na spotkanie ostatecznej śmierci, a dawczynią tejże okazała się Sookie. Czekałam w napięciu na ten moment i bałam się, że scenarzyści pójdą jednak w stronę łzawą i nieznośnie sentymentalną, ocalając Billa. Jednak – nie poszli. Chwała! Tak więc patologiczny związek, którego inaugurację podziwialiśmy w pierwszym odcinku pierwszej serii, w odcinku ostatnim napotkał swój kres. To, co złe nawiedziło Bon Temps wskutek relacji wróżki i wampira. Wraz z jego odejściem nastał spokój, który oglądamy w epilogu. Przekonuje mnie takie rozwiązanie, a wampir Bill miał rację – nie należał do tego świata, od dawna żył przeszłością, a pustka po nim prędko zarosła i wypełniła się nowymi treściami.

Wszystkie biedne, doświadczone przez los osoby odżyły i ugruntowały szczęśliwe związki, w których mogą sobie od tej pory z ulgą egzystować. Każdej jednej z oglądanych w finałowej sekwencji duszyczce się to należało. Dlatego nie uznaję zaoferowanego nam happy endu za zbyt ckliwy, zbyt cudowny. Sookie nie porzuciła swojej magii i nie zdecydowała się przejść na mroczną stronę, tak samo dzielni mieszkańcy małego miasteczka nie zaprzestali marzyć o dobrobycie i szczęściu. O chwili oddechu od codziennego lęku o życie.

Fot. HBO

Fot. HBO

Jessica i Hoyt, magnetyzująca para, jedna z moich ulubionych, w pełni zasługiwała na spontaniczny, a przecież idealny ślub, który się im przydarzył. Bill też dopełnił swój los, prowadząc przyszywaną córkę do ołtarza, wykonując gesty, o których marzył, kończąc rozpoczęte sprawy. Jason, niczym jego helleński imiennik toczący pełną zwariowanych przygód wędrówkę przez kolejne sezony – zasługiwał na odpowiednią kobietę, na dzieci i dom, na rodzinę, z którą będzie się mógł podzielić przepełniającym go ciepłem, ostatecznie dorastając. To być może najfajniejsza postać, jedyna, która nigdy mnie nie znudziła i nie obniżyła poziomu. Podobała mi się wprowadzona w tym sezonie Bridgette, ulga po straszliwej Violet. Uśmiechnięty Lafayette – a widząc go, ciągle myślę o tragicznej historii z Jesusem – był dla moich oczu nagrodą samą w sobie. Równie radosny i spełniony wydawał się Sam, miło było widzieć obsadę Merlotte’s/Belfleur’s w dobrych nastrojach a w szczególności harmonię w rodzince szeryfa Andy’ego. Nawet to, że Sookie jest szczęśliwa i w ciąży (szczęśliwa, bo w ciąży?) odebrałam pozytywnie, nie doszukując się antyfeministycznych kontekstów.

A jednak było mnóstwo dziur, które, jak podejrzewam, będą szczególnie widoczne, jeśli ktoś pokusi się o obejrzenie całości jeszcze raz. Spróbuję to omówić od szczegółu do ogółu.

Przez szczegóły rozumiem rozbabrane i nigdy niezwieńczone wątki osobowe. Okej, relacja Sookie z Billem wybrzmiała i moim zdaniem osiągnęła względnie sycący kres, a swoim fochem na świat i staroświecką postawą Bill ostatecznie pokazał, że nie nadaje się do tego świata i nie traktuje Sook jak partnerki… że jest anachroniczny. Co się jednak stało z drugim ramieniem trójkąta, z wampirem Erykiem? Choć ogromnie mi się spodobał finansowy sukces nowego imperium „brewiarskiego” i zasilające korporację wiekuiste cierpienie Sary N., a także relacja Boskiego Blondyna z Pam, to jednak zupełnie zaniedbano związek Eryka z Sookie. A przecież ich miłość, przyjaźń, pożądanie, kolejne etapy związku, wzajemna lojalność i ratowanie sobie życia, w zdrowiu i chorobie, w oceanie hardkoru, było jedną z osi serialu, dla wielu fanów najważniejszą. Co się stało z #TeamEric ? Alexander S. był tego serialu objawieniem i wykreował postać, która przebojem zdobyła serca publiczności, rozdzierając fandom na pół. Czy to możliwe, że Eryk po prostu sobie odpuścił, że nie było żadnych rozmów, które byśmy mogli podejrzeć, ani miejsca dla Eryka w życiu dawnej ukochanej? Porzucenie tak ważnego i w wielu sezonach dominującego wątku uważam za ogromny błąd scenarzystów i nie wystarcza mi Ostatni Obraz, gdy nieco zgaszony Eryk siedzi na tronie w prowincjonalnej Fangtasii. Co go tam trzyma? Dlaczego nie dostaliśmy nawet najmniejszej wskazówki, podpowiedzi, że może do Bon Temps przyciąga go Ona, dziewczyna, z której codziennego życia wampirzą siłą woli się wycofał?

Fot. HBO

Fot. HBO

Brakło mi odpowiedniej kody dla Lafayette’a, choć cieszę się że znalazł miłość. Niewiele było o Samie, który przecież stanowił jeden z filarów w pierwszych sezonach. Mam wrażenie że scenarzyści nie zadali sobie trudu przejrzenia archiwów i nie wyartykułowali sami przed sobą pytania – o czym jest serial, jak powinien się skończyć, na co ma to zakończenie wskazywać.

Tu przejdę do skali makro – w pierwszych sezonach siłą napędową True Blood, tematem szeroko dyskutowanym była metafora: oto dokonujące coming outu wampiry, prześladowane i szykanowane, szczególnie w tradycjonalistycznej Luizjanie, są jak dawniej mniejszość czarnoskóra, a potem osoby homoseksualne. Pod postacią nadnaturalnych stworzeń pokazuje się nam meandry natury ludzkiej, ironiczny i dosadny komentarz. To „drugie dno” jak nic innego (może poza torsem Alexandra S.) służyło popularności serialu, nobilitując go. Serial dawał do myślenia, bawił, ale i wytykał postawy znane z naszego własnego podwórka, stanowił społeczny komunikat, był „o czymś”. Później to „o czymś” zatraciło się i nawet epidemia zombie-wampirów z sezonu numer sześć nie zdołała wynieść fabuły na wcześniejsze wyżyny intelektualne. Twórcy nie mieli już nic do powiedzenia, stracili przenikliwość i ostrość, więc starali się coś pokazać, by nam zamydlić oczy,  a przez coś rozumiem krew, seks, przemoc i od czasu do czasu zabawną scenkę.

Po finale jednak oczekiwałabym odniesienia się do tematu „wampiryzmu w Ameryce”, jakiegoś komentarza do sytuacji politycznej, jak zmieniła się – czy w ogóle? – pozycja krwiopijców. Co z szeryfami, radami, rządem? Co z królowymi Południa, gubernatorami, ruchem oporu, wreszcie z narodową paniką w pokłosiu zarazy? Czy wampiry wtopiły się w tkankę USA? A jeżeli tak, to jakim kosztem? Sielanka przy wspólnym stole wydaje się wskazywać, że jest dobrze, a sukces New Blood to potwierdza, ale podobnie jak w przypadku Eryka to był zbyt wielki temat, żeby go pozostawiać domysłom.

Fot. HBO

Fot. HBO

Naprawdę, ta niedbałość, olewanie fanów, irytuje mnie najbardziej. Czy tak trudno, w przypadku serialu, który zarobił miliony dolarów, byłoby usiąść i obejrzeć od początku, notując wątki, które domagają się zwieńczenia? Czy tak ciężko pomyśleć, że kończymy nie sezon, a cały serial?

Jeśli seriale poznajemy po tym, jak się kończą, a nie jak zaczynają, True Blood wypadł blado i niemęsko ;)

True Blood
S07E09–10, emisja: 17.08.2014–24.08.2014

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.