Fot. FX

Kill ‘Em All (The Strain, S01E07–08)

Artykuł zawiera spoilery.

Coraz bardziej imponuje mi tempo The Strain. Od premiery minęły w serialu może ze cztery dni (nie licząc retrospekcji), a tymczasem w każdym z ośmiu dotychczasowych odcinków mieliśmy do czynienia z dynamiczną, zręcznie skonstruowaną fabułą, która w dodatku co tydzień zaskakuje czymś nowym, dzięki czemu serial coraz mocniej przykuwa do ekranu. Do tego akcja zagęszcza się aż miło, sztuczna krew bryzga na wszystkie strony, a wątki survivalowe już całkowicie zdominowały pozostałe, co jedynie zwiększa przyjemność z oglądania.

Cenię sobie serial również za to, że niczego nie udaje, jak zresztą pozostałe produkcje del Toro (może za wyjątkiem Labiryntu Fauna). Meksykanin po prostu chce dostarczyć widzom porządnej rozrywki (co wprost przyznał przy okazji Pacific Rim), a ewentualna głębia czy pobudzanie do refleksji to sprawa drugorzędna. W przypadku The Strain można było mieć na początku wątpliwości, czy i tutaj reżyser zastosuję tę metodę, ale – jak pokazują ostatnie tygodnie – wychodzi mu to wyśmienicie. Czytałem opinie, że serial wpisuje się w emploi del Toro, a zatem efektownej acz mało sensownej papki dla gimnazjalistów, co pewnie w jakimś stopniu nie mija się z prawdą, niemniej jednak i takie produkcje są w telewizji potrzebne. Przynajmniej mnie – od czasu do czasu przydaje się wyłączyć myślenie przed ekranem i radować niezobowiązującą fabułą oraz wartką akcją.

Fot. FX

Fot. FX

A w odcinku ósmym nabrała ona prawdziwych rumieńców. Już wcześniej sądziłem, że wszystko dzieje się szybko i na chwile oddechu mamy mało czasu, ale ostatni tydzień pokazał, że można to jeszcze bardziej zdynamizować, w czym zdecydowanie pomogło skupienie się wyjątkowo tylko na jednym wątku i umieszczenie bohaterów w sytuacji mocno patowej. Pomijając oczywiste uproszczenia w sposobie, w jaki ścieżki poszczególnych postaci się ze sobą przecięły, odcinek zaprezentował w czterdzieści minut chyba wszystko najlepsze, co dało się wycisnąć z tak klasycznego motywu jak oblężenie bohaterów przez hordę potworów. Nie tylko w sposób oczywisty nawiązał do dziesiątek wcześniejszych tytułów, w których taką sytuację widzieliśmy (mnie najbardziej skojarzyło się z Kingowską Mgłą), ale znakomicie poszerzył nam charakterystykę części postaci, dał podwaliny pod konflikt na linii pragmatyzm – zachowawczość, a także porządnie zachwiał światopoglądem głównego bohatera. Eph ciągle stara się wszystko wyjaśnić racjonalnie za pomocą naukowej terminologii i metodologii, ale każdy kolejny tydzień jedynie coraz mocniej obnaża słabość takiego podejścia. Do pewnego stopnia przypomina mi to postawę Jacka z Lost, który, jak pamiętamy, ostatecznie przeobraził się z człowieka nauki w człowieka wiary. Czy to samo spotka doktora Goodweathera, trudno na razie zgadywać.

Fot. FX

Fot. FX

Creatures of the Night to bardzo dobre czterdzieści minut również dlatego, że w dość brutalny i bezkompromisowy sposób twórcy dali do zrozumienia, że bez sentymentów potrafią pozbyć się jakiejś ważnej postaci, czym szczerze mnie zaskoczyli, bo nie spodziewałem się takiego obrotu spraw tuż po połowie sezonu. Można domniemywać, że Eph i Abraham są póki co w miarę bezpieczni, ale już na resztę bohaterów pieniędzy bym nie postawił. Zapewne nie szykuje się produkcja kalibru Gry o tron, ale jeśli prawdopodobieństwo śmierci lub przeobrażenia w wampira wynosi tyle samo dla każdego, to nic, tylko się cieszyć. Zawsze gdy czołowe postacie nie nabierają w magiczny sposób odporności na wszelakie niebezpieczeństwa, dzieło zyskuje i łatwiej stworzyć coś niespodziewanego dla widzów. A ja lubię być zaskakiwany.

To zresztą udało się twórcom zrobić w odcinku siódmym. Zasadniczo przez większość czasu nie różnił się on zbytnio ani stylem, ani fabułą od szóstego – po prostu pokazywał postępujące zarażenie wampiryzmem plus wprowadził kolejne retrospekcje z przeszłości Abrahama z czasów wojny. I zapewne gdyby na tym się skończył, For Services Rendered przeszedłby bez większego echa, ale końcówka nie tylko wprawia widza w niemałe osłupienie, ale przede wszystkim wywraca ledwie naszkicowany status wampirów do góry nogami. Ja nawet nie dociekam, skąd i jak kilkuosobowe „komando” znalazło się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, bo to nie ma najmniejszego sensu. Następstwa takiego ruchu scenarzystów to już jednak inna kwestia, bowiem otwiera on mnóstwo potencjalnych ścieżek fabularnych, którymi można podążyć. Do tego takie zagranie wprowadza nieco świeżości w dość hermetyczną, bądź co bądź, wampirzą mitologię, jaką od lat obserwujemy na ekranie. Stworzenie poszczególnych mniejszości (czy wręcz kast) to bardzo dobre zagranie, niemal genialne w swej prostocie – na rozwinięcie tego wątku już się nie mogę doczekać.

Fot. FX

Fot. FX

Muszę szczerze przyznać, że zgodnie z moimi oczekiwaniami, The Strain dzięki swojej bezpretensjonalności i wyobraźni del Toro sprawia mi niezwykłą przyjemność. Serial z każdym kolejnym tygodniem prezentuje się coraz lepiej, a jego twórcy co rusz udoskonalają to, co już dobre i skutecznie poprawiają lub całkowicie eliminują wszelkie niedoskonałości. Melodramatyczne wątki rodzinne po pierwszych dwóch odcinkach bardzo mocno odeszły w cień, ustępując miejsca nieomal instynktownej w swej naturze walce o przetrwanie. Większość papierowych bohaterów z premiery nabrała kolorów i głębi. Obsada wreszcie pozbyła się teatralnej maniery i przemieszcza się po ekranie i wypowiada z większą swobodą i naturalnością. Do tego wszystkiego pomimo ośmiu odcinków nadal nic nie wiemy na temat głównego antagonisty. Kreowany na przedstawiciela archetypicznego, pradawnego zła Mistrz to postać tyle nieprzenikniona, co i niepokojąca (głównie przez ową tajemniczość). Jego intencje to kompletna zagadka, zaś fakt, że cały czas trzyma się w cieniu, sugeruje, że kiedy już wejdzie do gry, dynamika serialu może kompletnie ulec zmianie. A to tylko jeden z wielu powodów, dla których warto czekać na nowe odcinki. Wy też rezerwujecie czas w poniedziałkowy wieczór?

The Strain
S01E07: For Services Rendered, emisja: 24.08.2014
S01E08: Creatures of the Night, emisja: 31.08.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.