Fot. STARZ

Prawdziwy romans (Outlander, S01E02–05)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Ilekroć w lekkim amoku i na fali entuzjazmu staram się polecić ten serial jakiemuś facetowi, słyszę, że nie będzie oglądał albo że zrezygnował po pierwszym odcinku. Dlaczego? Bo romans. A romanse są dla bab. I od tego wątku chciałam zacząć, bo on mi się zdaje centralnym. Romanse to paliwo wielu filmów i seriali, działają na obie płcie, ale czymś zupełnie innym jest przeżywanie sercowych losów pierwszoplanowych bohaterów, a czym innym nazywanie tego wprost, afiszowanie się, serial z etykietką gatunkową. Mamy więc historię znajomości rozpisaną na odcinki, wprost określoną jako romans, co kieruje naszą uwagę ku parze bohaterów, a odwraca ją nieco od obyczajowo-historycznego tła. Mamy dyskretną i subtelną miłość, nabudowującą się przez urywkowe rozmowy, spojrzenia, przypadkowy kontakt rąk, nabierającą pędu by – mam nadzieję! – wybuchnąć z dużą mocą. Romans, powtarzam, nie romansidło. Różnica jest dla mnie widoczna gołym okiem, choć nie dla wszystkich oczywista. A związek Claire i Jamie’go tkany jest misternie, prawda? Czy to naprawdę temat tylko dla dziewczyn?

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Aeth: Absolutnie tak nie sądzę, ale z drugiej strony nie da się ukryć, że faceci podchodzą do tego serialu jak do jeża. Ilekroć czytam recenzje Outlandera pisane przez kobiety, tylekroć tonę w zachwytach nad subtelnym tonem i iskrzącą chemią pomiędzy parą głównych bohaterów. Tymczasem w recenzjach autorstwa płci przeciwnej natykam się na narzekania na ślimacze tempo, dłużące się dialogi oraz sztucznie nakręcany romans, w którym nie czuć ani grama napięcia. Byłam naprawdę zdumiona aż takim stopniem rozczarowania – tak jakbyśmy ja i autor recenzji oglądali dwa zupełnie inne seriale. Zrobiłam nawet małe badanie wśród znajomych na Twitterze, pytając panów, czy oglądają i co sądzą, i dostałam prawie chóralne „nie, bo romansidło”. Bawi mnie trochę takie zapieranie się rękami i nogami, ale mimo wszystko coś w tym jest. Outlander to o wiele więcej niż sam romans – to pięknie zrealizowany pejzaż romantycznej, bo nie inaczej, epoki – ale przemawiający raczej do wrażliwej na to piękno (piękno również ostre i brutalne) duszy. Niekoniecznie musi posiadać ją kobieta, ale zatwardziali miłośnicy akcji, pościgów i prania się po gębach mogą nie znaleźć nic dla siebie. Choć zaraz… prania się po gębach akurat tu nie brakuje ;)

Pirjo: Wrócę jeszcze na chwilę do romansu. Nie jest nudny, bo pojawia się nam jeszcze mąż w retrospekcjach, a ostatnio śliczny angielski kapitan, przebrany za kowala. Jest też młoda blondyneczka „wypatrująca oczy” za Jamiem. A na dodatek emocjonalne więzi zaczynają się budować między Claire a wieloma innymi postaciami. Widać rękę świetnego reżysera i sprawny warsztat autorki literackiego pierwowzoru. Ale już wartością dodaną jest sposób obrazowania, skupienie na detalach, często postacie milczą, bo dialog jest zbędny albo słyszymy wyłącznie wewnętrzną narrację Claire. Doskonałe jest przemieszanie dwóch momentów historycznych – od czasu do czasu, ale właśnie tam, gdzie trzeba – pokazane za pośrednictwem motywów muzycznych. Staro-szkocka Claire patrzy na mgliste łąki, a my słyszymy wielkomiejski big-band. Albo te chwilowe przeskoki do scen wyrwanych ze wspomnień, tych z czasów drugiej wojny, przeszczepienie ich do dawnej Szkocji. Dwa światy cały czas się od siebie odbijają, ale też splatają się; nie dają zapomnieć o centralnym motywie podróży w czasie. Jazz i folk. Strasznie mnie to kręci. To jest czysta poezja.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Aeth: To prawda, muzyka wspaniale oddaje przedziwną pozycję bohaterki, co też jest bardzo charakterystycznym zabiegiem dla Ronalda D. Moore’a (wystarczy przypomnieć sobie interesujący dobór „niepasującej” muzyki w Helix). Ale wracając do romansu, jestem nim absolutnie zachwycona – tym właśnie subtelnym przekazem pomiędzy spojrzeniami, w długich kadrach skupionych na twarzach bohaterów, mówieniem oczami, uśmiechem, gestami. To niesamowite, jak wspaniale te drobnostki budują klimat i podkręcają napięcie – bywają odcinki, w których aż gniewam się na scenariusz, że daje Claire i Jamiemu tak mało interakcji! Wyraźnie iskrzy pomiędzy nimi od pierwszego spotkania, a bez tego nie byłoby nawet mowy o serialu.

W zachwyt wprawia mnie również narracja – nie tylko poprzez delikatny, cierpliwy voiceover Claire, ale przez ten spokojny, zupełnie niespieszny sposób przedstawiania wydarzeń. Faceci powiedzą, że „akcja nudna” i „nic się nie dzieje”, ale mnie radość sprawia samo patrzenie na Szkotów przy ich codziennych czynnościach. To przywiązanie do detali – zarówno historycznych, jak i, powiedzmy, emocjonalnych – buduje wspaniałą, pełną atmosferę, tak żywą, że nie miałabym nic przeciwko temu, żeby samej przenieść się do XVIII wieku.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Pirjo: Klasą samą w sobie jest też surowy, przaśny, czasem groźny, a czasem zabawny klan MacKenzie. Trudno ich polubić, ale gdy się już polubi, to na zabój. Krwiste, wyraźne postacie. Światek tak fajny, że w ogóle nie rozumiem, czemu bohaterka usiłuje uciec i wracać do „swoich czasów”. Było mi smutno, gdy przypominała sobie z kart znanej jej historii, jak źle skończą się losy szkockich klanów i że wkrótce przeminie lajfstajl, który oglądamy. Nie podoba mi się ten determinizm, ten wiszący nad Szkotami miecz przeznaczenia. Piętno historii, przeczucie bitewnego szału i heroizmu wiodącego ku śmierci. A co Ty myślisz? I które postacie lubisz najbardziej? Może Angusa?

Aeth: Kurczę, a skąd wiedziałaś! Uwielbiam Angusa! Wulgarny, brudny i nieokrzesany, jest fantastycznym kontrastem dla Claire, a przy tym świetnym źródłem humoru, ale jednocześnie doskonale odzwierciedla tę dzikszą naturę bohaterki, która każe jej przeklinać, rzucać nieprzyzwoitymi żartami i mówić, co jej ślina na język na przyniesie. Uwielbiam ich wzajemne interakcje, bo tak fajnie się uzupełniają – ale uwielbiam również tę „miększą” stronę Angusa: lojalnego i nieustępliwego klanowca, który sam może obrażać zamkowych gości, ale broń Boże, by obrażał ich ktoś inny! Ale tak naprawdę moją ulubioną postacią jest tu autentycznie Claire, a rzadko mi się zdarza aż tak bardzo polubić postać główną, i to jeszcze narratorkę. Tymczasem „Mistress Beauchamp” to wspaniała bohaterka, posiadająca własny charakter, własne zdanie i dumnie moszcząca sobie wśród Szkotów własne miejsce. Wybitnie przypadła mi do gustu jej „nowoczesna” inteligencja, buta i spryt, bo tylko takie cechy dadzą jej możliwość przetrwania w tym nieprzyjaznym z początku świecie. Romans historyczny czy nie romans historyczny, Claire już teraz powinna zapisać się w poczet najlepszych i najlepiej skonstruowanych bohaterek serialowych.

Dodam też, że zwracam również uwagę na Geillis Duncan – jej wnikliwe oko i cyniczne spojrzenie na świat wyróżnia ją spośród konserwatywnych Szkotów niemal tak samo, jak Claire ze swoim nowoczesnym stylem bycia. Przypuszczam, że w dalszych odcinkach Geillis zapisze się w Outlanderze jeszcze wyraźniej i będzie miała duży wpływ na bohaterkę.

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Pirjo: Podsumowując, serial utrzymuje wysoką jakość i jest niezwykle wysmakowany. Moim zdaniem nie ma dłużyzn, jest ciekawa fabuła, dobrze poprowadzona historia miłosna, piękne kadry i urokliwa muzyka. Trudno też Outlandera porównać z czymkolwiek innym, to rzecz bardzo oryginalna.

Aeth: Powiem też, że w zachwycie nad serialem sięgnęłam po książkowy oryginał, bo historia Claire wciągnęła mnie tak niesamowicie, że nie wyobrażałam sobie czekania co tydzień na kolejny odcinek. I trzeba powiedzieć, że w porównaniu do wielu seriali opartych na książkach, Outlandera można nazwać prawdziwą ekranizacją. Pojawiają się oczywiście drobne różnice, gdzieniegdzie zmieniona jest chronologia, czasami pewnych wydarzeń brakuje – polecam zwrócić szczególną uwagę na wątki klanowców w serialu, bo w książce jest ich póki co niewiele – ale bardzo łatwo rozpoznać w tekście Diany Gabaldon serial, który oglądamy. Autorka ma niezwykle sprawne pióro i w przeczytanej do tej pory jednej trzeciej płynęłam przez tekst jak dziewczyna, o której w czołówce śpiewa Raya Yarbrough.

Pirjo: To może z tą piękną piosenką zostawimy czytelników, co?

Outlander
drama, fantasy, romance
STARZ, 2014–

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Agnieszka „Aeth” Jędrzejczyk
Geek. Gracz. Kobieta. Miesza science-fiction, fantasy i fantastykę z serialami, filmami i grami video, a do tego wiernie wielbi twórczość Jossa Whedona, Playstation i zombie. Ogląda niemal wszystkie seriale fantastyczne w ramówce (przeszłej, teraźniejszej i przyszłej) i już nawet nie pamięta, od jak dawna. Od ponad dwóch lat pisze za to z orbity na wiedzmanaorbicie.pl

 

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)