Fot. BBC

I śmieszno, i straszno (Doctor Who, S08E03–04)

Artykuł zawiera spoilery.

Doktor z łyżką i faceci w rajtuzach

Przemek: No proszę. Kolejne dwa odcinki Doctora Who za nami, a poziom wciąż wysoki. Trudno zestawić ze sobą Robot of Sherwood i Listen, bo różni te historie absolutnie wszystko, ale niewątpliwie w obu przypadkach było na co popatrzeć. Wygląda na to, że nowy Doktor zalicza mocny pierwszy sezon, podobnie jak to było z Mattem Smithem. Oby tylko nie powtórzył się późniejszy spadek formy…

Ale ostawmy już smutki i żale. Spotkaliśmy przecież Robin Hooda! Pirjo, czy dobrze zgaduję, że cię zachwycił?

Pirjo: Bardzo. Poprzedni sezon znudził mnie niezdrowym focusem na psychikę rozpamiętującego, cierpiącego, zaglądającego w siebie Doktora. Wszystkie jego Dni, Imiona… Wolę gdy „te sprawy” rozgrywają się w tle i dają nam do myślenia. Dlatego z rozkoszą powitałam odcinek, w którym wątek podobieństw między legendą Robina a postacią Doktora był w zasadzie trzecioplanowy, a na pierwszym planie mieliśmy beztroską zabawę. Dostaliśmy rozkoszną interpretację klasycznych wersji równie klasycznego mitu, z cudownie rozbawioną i czerpiącą przyjemność z każdej minuty Clarą, z rubasznie roześmianą kompanią Robin Hooda, z kruczowłosym i programowo napalonym szeryfem z Nottingham. Była scena walki na wąskiej kładce, była scena uczty, był turniej łuczniczy. Jako wielbicielka tej historii czuję się głęboko usatysfakcjonowana. No i jeszcze sukienka Clary! Cudowna…

Fot. BBC

Fot. BBC

Ramzes: W dodatku Robin Hood znowu, jak u Mela Brooksa, mówił z brytyjskim akcentem. Mnie akurat ten odcinek nie zachwycił fabularnie. Jeśli chodzi o potraktowanie mitu angielskiego banity z dystansem – super. W niecałe pół godziny zmieszczono chyba wszystkie, wymienione powyżej, elementy legendy (a wykorzystanie łyżki jako oręża cudownie absurdalne), ale przygoda odcinka jakaś taka… wtórna. Z jednej strony mamy raczej potwierdzenie story arcu sezonu z „Ziemią Obiecaną”, a z drugiej parę motywów i scen bliźniaczo niemal podobnych do odcinka premierowego. Choć zdecydowanie lepiej wykonanych.

Przemek: Trochę sam się sobie dziwię, ale i mnie odcinek się podobał, choć po Marku Gatissie spodziewałem się nieco więcej. A tu – ot, sympatyczna i dobrze zrobiona bajeczka. Wzajemne dogadywanie sobie Robin Hooda i Doktora sprawiło mi dużo radości nawet mimo raczej banalnej i pretekstowej fabuły. Ilekroć spotykamy w tym serialu słynną postać historyczną, Doktor zazwyczaj zachowuje się wobec niej jak totalny fanboy, więc miło było dla odmiany zobaczyć niechęć i podejrzliwość. Tym bardziej, że okazały się nieuzasadnione.

Pirjo: Nie zgodzę się, że to była tylko „sympatyczna bajeczka”. Prycham na tak cyniczne podejście! W mojej opinii oglądaliśmy świetnie napisaną, krwistą przygodę, jakiej od bardzo, bardzo dawna brakowało. W przeciwieństwie do mętnego i chaotycznego premierowego odcinka dostaliśmy sensowny i spójny scenariusz w typie rozrywkowym. Opowieść owszem, niezbyt skomplikowaną i nieprzegadaną, ale przecież dotykającą tematu unieśmiertelnienia, sławy, legendy bohatera; o dobrej dynamice, dialogach, bez ślepych zaułków i jakichkolwiek dłużyzn. No i roboty! Statek kosmiczny! Dobra zabawa to wszak jedna z typowych cech serialu Doctor Who, ogromnie ostatnio zaniedbana. To mój ulubiony odcinek nowej serii, zaraz po Listen.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Skoro tak mówisz… Moim ulubionym żartem w Robocie z Sherwood była chyba odpowiedź Doktora na sugestię, że w lochu umrze z głodu szybciej niż Robin, bo jest starszy i słabszy. „I think you’ll find that I have a certain genetic advantage…”. Swoją drogą wyobraźcie to sobie: zamknięty w celi Doktor umiera z głodu, regeneruje się i… nadal jest głodny. Brrr.

Ramzes: Zgodzę się, że tak lekkich odcinków brakowało, w którym w dodatku bierzemy się za bary ze znaną postacią, natomiast przekomarzanie się Doktora z Robin Hoodem nie pasowało mi do Dwunastego. Jedenasty – tak, Dziesiąty też, ale do inkarnacji Capaldiego póki co bardziej pasuje sarkastyczna uwaga albo złośliwość, z której nawet nie zdaje sobie sprawy, niż gimnazjalny spór o to, kto dalej sika. Bo w pewnym momencie zbliżało się to do takiego poziomu.

Strachy spod łóżka i żołnierz bez karabinu

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Dobrze, przejdźmy do Listen. Odcinka, który chyba nie tylko na mnie zrobił ogromne wrażenie. Kiedy usłyszałem, że czeka nas kolejny scenariusz Stevena Moffata, zaniepokoiłem się – zarówno Time of the Doctor, jak i Deep Breath były dla mnie po prostu słabe, więc bałem się powtórki z rozrywki. A tymczasem Listen to chyba jeden z najlepszych odcinków w ogóle.

Pirjo: Tak, Listen to jak na razie najlepszy odcinek serii. Bardzo gęsty, ale też prosty, nieprzeładowany. W sposób porażający sięga do samego serca opowieści o Władcy Czasu, pokazując go jako małego chłopca. Były co najmniej dwa miejsca, w których aż podskoczyłam z wrażenia i jedno, gdy łzy stanęły mi w oczach. Ale o tym pogadamy za chwilę. Słowem wstępu powiem tylko, że odcinki oparte o podróże w czasie i „spotykanie samego siebie” są moim zdaniem podstępne, bo łatwo można coś pokręcić albo się pogubić, a tymczasem Listen wzorowo wybrnął z pułapek konwencji. Podoba mi się także symetryczny układ odcinka – trzy podejścia do randki i trzy wędrówki w czasie, by rozwikłać zagadkę potworów-pod-łóżkiem.

Ramzes: Oj, tak. Listen jak żywo przypomina o najlepszych osiągnięciach Moffata jeszcze z czasów ery Daviesa. Prosty i na swój sposób kameralny, a nawet rzekłbym – intymny. Pokazujący w dodatku, że można zrobić bardzo dobry odcinek, wykorzystując tak naprawdę trójkę (no dobra, czwórkę, Pinków było dwóch) bohaterów. Do tego nieco timey­­-wimey, ale w bardzo subtelny sposób, bo wychodzi na to, że to przez Clarę i dziecięce pół-wspomnienie, pół-sen w Doktorze została zaszczepiona teoria o takim samym koszmarze dręczącym nas wszystkich (już nie wspominając o żołnierskich zamiłowaniach Danny’ego). I jeszcze cała historia dała nam satysfakcjonujące domknięcie, które jednakże pozostawia pole do zapytania, „ale czy na pewno?”. Krótko mówiąc – przypomniano, za co kochamy ten serial i nie są to podróże w czasie.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Tak. Największą zaletą Listen jest dla mnie to, że ani przez moment nie mamy pewności, czy „potwór odcinka” w ogóle istnieje. Pewnie, scena w pokoju małego Ruperta mocno sugeruje, że COŚ na łóżku siedziało, ale jednocześnie wszystkie podsuwane przez bohaterów racjonalne wyjaśnienia brzmią prawdopodobnie. Potwór – czy dziecko robiące psikusy, trzeszczenie stygnącego metalu, nocny koszmar? Sugestia Clary, że Doktor chce po prostu „usprawiedliwić” swój lęk przed ciemnością (i samotnością), fantastycznie się w tę dwuznaczność wpisuje. Racjonaliści często mają problem z zaakceptowaniem tych elementów świata, które uważają za irracjonalne – nie potrafią przejść obok nich obojętnie, muszą znaleźć wyjaśnienie, choćby i naciągane. A ludzki mózg ma skłonność do tego, by wszędzie dostrzegać ukryte powiązania. Gdyby Dwunasty w scenie otwierającej najpierw dostrzegł znikającą kredę, a później na podstawie tej przesłanki wywnioskował, że istnieje stworzenie, które perfekcyjnie potrafi się ukrywać, pewnie bym mu uwierzył. Ale przecież dzieje się odwrotnie: Doktor najpierw wymyśla taką hipotetyczną istotę, a potem wszędzie zaczyna dostrzegać „dowody”. Klasyczne przykrajanie faktów do teorii!

Ramzes: Ja w ogóle mam wrażenie, że Doktor w tym odcinku był mocno obsesyjny, ocierał się nawet o maniakalność i to zupełnie nie w swoim stylu, kiedy to najpierw ma podkładkę w postaci zjawiska/anomalii, a dopiero potem stara się dociec źródła. W Listen nawet nie wiemy, co skierowało jego myśli na te akurat tory i wywołało tak gwałtowne działania. Nieprzyjemny sen? Zbyt długa podróż w samotności? Jakaś galiffreyska „magdalenka”? Nie jest to oczywiście istotne, ale nawet jak na irracjonalnego Doktora wydaje się to nieco zaskakujące.

Przemek: Cóż, strach ma wielkie oczy… Jeszcze co do jakości Listen – wiemy nie od dziś, że Moffat ma przykrą skłonność do efekciarstwa. Tym, co zazwyczaj pogrąża jego odcinki, jest zbytnie żonglowanie czasoprzestrzenią „na pokaz” oraz wrzucanie do jednego worka kilku widowiskowych pomysłów, przez co żaden nie ma szansy należycie wybrzmieć. Tu na szczęście się udało, chyba dlatego, że całe efekciarstwo (pierwszy podróżnik w czasie na ostatniej planecie, niewidoczny potwór, Doktor jako dziecko) otrzymało przeciwwagę w postaci „zwykłego” wątku romantycznego Danny’ego i Clary. Ta szczypta ludzkiej codzienności ładnie zakotwiczyła „duże” pomysły i spięła je w całość.

Fot. BBC

Fot. BBC

Ramzes: Ale z drugiej strony wątek ostatniej planety zasługuje na cały odcinek, a nie dziesięciominutowy ochłap. I to chyba jako jedyne w Listen mi zgrzytało.

Pirjo: To ja może jeszcze trochę o Clarze. Z jednej strony – rozkwita w tym sezonie, staje się stabilniejsza charakterologicznie, jest trochę mniej trzpiotką, a więcej pogodną nauczycielką, w pewnym sensie nawet mentorką i przewodniczką dla Doktora. Ale z drugiej strony, i to będzie strona medalu budząca nieco moich wątpliwości – w tym sezonie to Clara „wygłasza przemowy”, naucza. To właśnie ona opowiada o strachu, o snach, zwraca uwagę widzom, jak i Doktorowi na przeróżne aspekty świata. Jej monologi są chyba częstsze niż te Doktorowe, a na pewno bardziej górnolotne i generyczne, bo nieskażone szaleństwem, które ubarwia retorykę Władcy Czasu. Dlatego – są nudne. W tym sezonie to Clara ma monopol na najbardziej cheesy przemowy. Choć przyznaję, sama dynamika między postaciami jest o niebo lepsza niż w poprzednim cyklu. Chwile, gdy ona go „ustawia” albo próbuje przytulać – należą do moich ulubionych. Sama bym przytuliła Capaldiego! A Danny… nie wiem, na razie zupełnie nie kupuję tego wątku.

Przemek: No dobra, pomówmy o Tej Scenie. Jestem przekonany, że spora część fandomu właśnie rwie włosy z głowy i wysyła Moffatowi bomby, ale mnie się moment z małym Doktorem ogromnie podobał. I bardzo mnie wzruszył. Lęk jako supermoc. Lęk jako to, co zbliża nas do innych. Nie przeszkadza mi mieszanie w mitologii serialu, jeśli jest robione dobrze, a tutaj wykonane zostało perfekcyjnie. Bo przecież jakoś podskórnie zawsze wiedzieliśmy, że Doktor wciąż się boi, wciąż przed czymś ucieka…

Chyba za to właśnie kocham ten serial: bo mówi o człowieku, który nauczył się przekuwać strach, nienawiść i samotność w dobro.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: To było już widać w scenie otwierającej – Doktor monologuje w opustoszałej TARDIS, twarzą w twarz ze swoimi myślami. Ile dni, miesięcy, stuleci spędził tam w samotności, bez towarzystwa, dryfując między jedną a drugą przygodą? To obecność drugiego człowieka najlepiej uśmierza egzystencjalny lęk. A o tym, że strach jest energią, którą karmią się niezliczone potwory, wiemy nie od dziś. Innymi słowy wyjaśnienie odcinka było bardzo klasyczne i na dodatek nawiązujące do archiwalnych przygód. Novum stanowiły natomiast trafne i błyskotliwe zwroty akcji, odwołujące się do samego trzonu doktorowej mitologii. Moment, w którym zdałam sobie sprawę, że chłopcem śpiącym na sienniku w stajni jest Doktor, dosłownie wgniótł mnie w fotel i nie odważyłam się oddychać aż do – nieuniknionej – sceny, gdy Clara złapała go za kostkę. Migawka z Johnem Hurtem dopełniła szoku. Miałam minkę jak Klarcia pod łóżkiem. Odnoszę wrażenie, że Moffat powściągnął oraz zdyscyplinował swoją megalomanię i wraca do dobrej formy.

Ramzes: Szkoda byłoby mi rwać włosy. Ja zresztą uwielbiam wszystkie momenty, gdy postać Doktora zostaje nam w jakiś sposób obnażona i całkowicie wtedy zamieram. Superbohater, którym przecież nasz Władca Czasu jest, nabiera cech ludzkich, trywialnych, co jedynie potęguje siłę symbolu, jakim stał się Doktor przez tych kilka stuleci. Bardzo dobrze, że człowiek, pardon, postać, która uratowała wszechświat i to wielokrotnie, zmaga się z tymi samymi demonami, co i Ziemianie, o których Doktor tak często wyraża się z protekcjonalną wyższością. Poza tym uważam, że najmocniejsze aspekty tego serialu to właśnie odwoływanie się do dobrze nam znanych, bo podstawowych, emocji. Lęk przed samotnością, strach o przyjaciół czy chociażby niska samoocena. Pamiętacie jeszcze Vincent and the Doctor?

Przemek: Jak byśmy mogli zapomnieć!

Kącik spekulacyj

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek:W Robocie z Sherwood i Listen nie było scen z Missy, ale i tak możemy pospekulować. Chodzą mi po głowie dwie myśli. Po pierwsze – coraz wyraźniej zarysowuje się nam wątek „antyżołnierski”. Plastikowy żołnierzyk bez karabinu, wierzgający na wzmiankę o zabijaniu Danny Pink, odmowa wzięcia na pokład TARDIS dziewczyny z armii, walka z Robin Hoodem przy pomocy łyżki… Dwunasty zdecydowanie odziedziczył coś po pacyfistycznym aż do granic rozsądku Dziesiątym. Do czego to zmierza? Po drugie – pomyślałem sobie, że może COŚ siedzące na łóżku w pokoju małego Ruperta okaże się nawiązaniem do jakiegoś przyszłego odcinka. To jedyny moment w Listen, który mocno sugeruje, że nie wszystko było złudzeniem i że naprawdę jakiegoś potwora spotkaliśmy. Pamiętacie moment z piątego sezonu, kiedy się okazało, że dziwnie rozmawiający z Amy Doktor to tak naprawdę Doktor z przyszłości, cofający się po własnej linii czasu? Może znowu mamy do czynienia z taką sytuacją?

Ramzes: Scena, gdy Clara szeptała śpiącemu jeszcze-nie-Doktorowi o strachu ogromnie przypominała mi finał piątego sezonu, a przy tym tak cudownie nawiązywała do tego, jak bardzo istotna dla życia Władcy Czasu jest panna Oswald (choć raczej już do tego wątku nie wrócimy). Ale powtórki z rozrywki bym nie chciał. Po pierwsze dlatego, że co za dużo kalek, to niezdrowo, a po drugie to by oznaczało, że Moffat się faktycznie wypalił. Co do wątku antyżołnierskiego – zwróćcie, proszę, uwagę na motyw „Ziemi Obiecanej”. Mam przedziwne wrażenie, że to może mieć coś wspólnego z zawieszoną gdzieś w kosmosie Gallifrey. Ziemia Obiecana jednoznacznie przywołuje konotacje biblijne. Do Kanaanu Izraelitów prowadził Mojżesz, który z gwałtownego zabijaki i narwanego młodzieńca zmienił się w szanowanego patriarchę, który zaopiekował się swoim ludem. Być może to rola Doktora? Z młodego i szalonego Jedenastego nastąpiła regeneracja w starszego Dwunastego, który już samym wiekiem wytwarza wokół siebie aurę bardziej zaufanej osoby. I gdy wreszcie w pełni zaakceptuje swoje nowe ja, ale i nie odetnie się od przeszłości, może wtedy będzie gotowy odnaleźć Gallifrey i zaprowadzić swoich rodaków do domu? Jedyne, co mnie w tej teorii i paraleli niepokoi, to fakt, że Mojżesz do Ziemi Obiecanej nie dotarł.

Pirjo: Wątek antyżołnierski rzeczywiście się rozkręca, a wraz z nim romans Clary. Widzieliśmy też Wojennego Doktora! Missy gdzieś tam sobie kolekcjonuje jego „ofiary”. A ja na dodatek dostrzegam też w ósmym sezonie szerszy temat – bohaterstwa. Spotykamy bohaterów, nie tylko wojennych, a Doktor głośno rozważa, czy zasługuje (oraz czy oni zasługują) na to miano; czy image, ukształtowany przez wieki, fama, splendor, groza i chwała ciągnące się przez wszechświat niczym ogon komety – są prawdziwe. Heros… a może villain? Nieomylność czy raczej popełniane w afekcie błędy? Pacyfizm wydaje mi się generalnie ucieczką od rozterek i od ciężaru etykietki bohatera. Regresją, chęcią zrzucenia z siebie na chwilę odpowiedzialności i wsłuchania się w kojący głos Clary, która jak do dziecka mówi do niego, że nie jest taki całkiem zły. Straumatyzowany wydarzeniami poprzedniej serii Doktor musi się „przegrupować”.

Przemek: Ha, ładnie powiedziane. A już za tydzień czeka nas napad na kosmiczny bank. Spodziewam się małego, napakowanego akcją blockbustera!

Ramzes: Ja liczę, że podobnie jak w odcinku z Robin Hoodem pobawimy się konwencją gatunku, a w heist movie elementów do wykorzystania jest co niemiara.

Pirjo: Ja się spodziewam, że wróci metaplot i zobaczymy Missy. A nasz kącik spekulacyjny rozkwitnie!

Fot. BBC

Fot. BBC

Doctor Who
S08E03: Robot of Sherwood, emisja: 6.09.2014
S08E04: Listen, emisja: 13.09.2014

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Piotr ‚Ramzes’ Mrowiec
Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)