Fot. Fox

Batman bez Batmana (Gotham, PREMIERA: S01E01)

Artykuł zawiera spoilery.

Przemek: Trudno pisać o Gotham. W przypadku serialu opartego na tak popularnym uniwersum w nieunikniony sposób muszą się zderzyć dwa bardzo odmienne punkty widzenia: perspektywa fana oraz zwyczajnego widza. Nie można przecież oczekiwać, że to, co wystarcza przygodnym serialopożeraczom, zadowoli osoby mocniej z Batmanem związane. Dlatego właśnie spotykam się dziś z Andrzejem w wielogłosie – niech obie strony przemówią!

Rozpocznijmy zatem. Powiem wprost. Mnie się Gotham całkiem podobało. Batmana znam głównie z nowszych filmów, komiksów nigdy nie czytałem – za wyjątkiem znakomitej serii Gotham Central, poświęconej pracy zwykłych policjantów w tym niezwykłym mieście, na której zresztą serial jest do pewnego stopnia oparty. W zasadzie więc niczego konkretnego od Gotham nie oczekiwałem – i podczas pierwszego odcinka dobrze się bawiłem. A ty, Andrzeju?

Andrzej: Stawiasz mnie w dość kłopotliwej sytuacji, Przemku. Przede wszystkim dlatego, że jako reprezentant szerszego grona fanów Uszatego powinienem rwać włosy z brody nad tym, co twórcy pokazali w pierwszym odcinku Gotham – a jestem z tego, co zobaczyłem, całkiem zadowolony.

Po Gotham spodziewałem się najgorszego. Po pierwsze – rozmieniania komiksowej mitologii na drobne i sprowadzania jej do serii easter eggów, tak jak zrobiło to Smallville i Arrow, o zeszłorocznym nieporozumieniu, którym są moim zdaniem Agents of S.H.I.E.L.D., nie wspominając. Te obawy zresztą po części się spełniły, ale o tym za chwilę. Po drugie, choć Gotham ma stanowić twór całkowicie niezależny względem filmów Zaka Snydera osadzonych w uniwersum DC, to zarówno Człowiek ze Stali, jak i przecieki z nadchodzącego Batman vs. Superman: Dawn of Justice utwierdziły mnie w ciągu ostatniego roku w przekonaniu, że DC nie bardzo wie, jak i komu powierzyć nakręcenie aktorskich adaptacji swoich komiksów.

Gotham daleko do serialowej pierwszej ligi – ale to, co zobaczyłem, było w stosunku do moich oczekiwań miłym rozczarowaniem.

Mit założycielski i znajome twarze

Fot. Fox

Fot. Fox

Przemek: Pora przejść do szczegółów. Gotham najmocniej odeszło od komiksowego pierwowzoru w samym swoim wstępnym założeniu. O ile w Gotham Central mamy dorosłego, już od lat walczącego z przestępczością Batmana, tu oglądamy dopiero początki tego bohatera. Jim Gordon to jeszcze świeżutki pączek, superzłoczyńcy dopiero dorastają… Zmiana jest o tyle istotna, że wpływa na całą opowieść. O ile pamiętam, w komiksach jednym z ważniejszych tematów była trudna, ale owocna współpraca GCPD z działającym poza prawem bohaterem. Serial idzie raczej w stronę (nie?)typowego procedurala, w którym zwykli ludzie i ich sprawy będą na pierwszym planie, a elementy szerszej mitologii będą się dopiero powolutku w fabułę włączać. Sam nie wiem, czy to dobry krok.

Andrzej: I tak, i nie. Podoba mi się zaproponowane przez Ciebie określenie „Batman bez Batmana”, ponieważ obrazuje zarówno największą zaletę, jak i największą bolączkę Gotham. Z jednej strony – miło zobaczyć na pierwszym planie historie Batmańskich łotrów czy postaci z GCPD, które w serialu o samym Nietoperzu przemknęłyby gdzieś na drugim-trzecim planie. Z drugiej – wobec braku Batmana na ekranie, twórcy podkreślają łączność opowiadanej historii z szerszym uniwersum przez wrzucenie do krótkiego pilota fąfnastu easter eggów w rodzaju małej Ivy podlewającej kwiatki czy komika w klubie, opowiadającego makabryczne żarty (stawiam dolary przeciwko orzechom, że to przyszły Joker).

Ale formuła „Batmana bez Batmana” stwarza jeszcze jeden problem. Podobają mi się historie, w których Batman – jak w Zabójczym żarcie Moore’a – przyczynia się do powstania któregoś ze swoich wrogów, broniąc tym samym mieszkańców Gotham przed tym, co sam stworzył. W serialowym Gotham, jeżeli kiedykolwiek się pojawi, będzie postacią daleko bardziej jednoznaczną, walcząc z arcyłotrami, którzy i bez niego pojawiliby się w mieście.

Przemek: Masz rację, nie pomyślałem o tym. Natomiast sam protobatman zaprezentowany w tym odcinku przypadł mi do gustu. Podobało mi się dość brutalne pokazanie śmierci rodziców Bruce’a Wayne’a oraz podkreślenie szoku chłopca. Faktycznie można było odczuć ogrom tej tragedii. Dosyć mnie też wzruszyła scena w końcówce, gdy Jim Gordon przychodzi poprosić syna zabitych o „błogosławieństwo” i obiecać mu, że nie spocznie w poszukiwaniach mordercy. Gotham to groźne miasto, zwłaszcza dla młodych idealistów, których pragnie jak najszybciej złamać i upodlić. Wiemy skądinąd, że Gordon się nie da, ale i tak ciekaw jestem, jak ta walka jednego człowieka z systemem zostanie pokazana.

Fot. Fox

Fot. Fox

Andrzej: A mnie ta scena „błogosławieństwa” zirytowała. Jak to – Gordon, bohater wojenny i Ostatni Sprawiedliwy GCPD, przychodzi do bogatego paniczyka i odkłada odznakę, jeżeli tenże paniczyk jej nie „pobłogosławi”? Batman zawsze był do pewnego stopnia wcieleniem konserwatywnych fantazji o bogatym WASP-ie, który pięściami naprawia niedziałający system – ale scena, w której nieprzekupny glina uzasadnia swoje dalsze działanie od aprobaty reprezentanta wielkiego kapitału? W tym miejscu twórcy serialu, by zacytować klasyka, przegięli pałę goryczy.

Przemek: Nooo, ja tego tak nie odczytałem. Tak jak wspomniałem, dla mnie chodziło w tej scenie bardziej o dziecko zamordowanych, które przypadkiem było też bogatym paniczykiem. Ale niewątpliwie masz trochę racji… No dobrze, a reszta postaci z uniwersum Batmana? Widziałem po różnych komentarzach, że ich nachalne wpychanie do fabuły raczej fanów zirytowało…

Andrzej: Tak jak wspomniałem wyżej – nachalne wciskanie tylu łotrów do jednego odcinka irytuje, ale daje się uzasadnić potrzebą zaznaczenia „batmańskości” serialu bez pokazywania samego Nietoperza. Moją uwagę przykuli jednak nie villaini, ale dwie postaci pozytywne.

Po pierwsze, Barbara Kean, czyli narzeczona Gordona. Cieszy mnie, że love interest głównego męskiego bohatera uczyniono postać biseksualną, choć sama konfrontacja z detektyw Montoyą, utrzymana w tonie „przypomnę ci twoją mroczną lesbijską przeszłość”, wywołuje pewien niesmak.

Po drugie, Alfred Pennyworth. Po poczciwym Michaelu Gough i zgryźliwym acz ciepłym Michaelu Caine’ie jest to chyba najbardziej surowa wersja tej postaci, jaką przyszło nam oglądać w aktorskich Batmanach – ale w tej szorstkości jest coś ciekawego. Może wyraźniej, niż w wymienionych wersjach, wygrana zostanie wojskowa przeszłość Alfreda?

Fot. Fox

Fot. Fox

Przemek: …o której nie miałem pojęcia, ha. O przeciwnikach i sojusznikach Batmana w ogóle wiem na tyle mało, że ani ich obecność, ani sposób przedstawienia w pilocie Gotham mi nie przeszkadzały. Więcej: całkiem dobrze się bawiłem, oglądając krypnego młodego sadystę Pingwina i nieletnią Kobietę Kot biegającą po dachach (to była ona, prawda?). Jestem też fanem Montoyi i chcę jej na ekranie jak najwięcej. Wszyscy bohaterowie wydają się trochę przerysowani, trochę nie z tego świata, nawet skądinąd świetny moim zdaniem Jim Gordon. Ale też muszę się zgodzić ze znalezionym w sieci komentarzem: „I hope when Scarecrow shows up they say „Hey kid, don’t scare that crow!” and then they look directly into the camera for 45 seconds”. Czuć, że serial zrobiono raczej dla młodych widzów. Brakuje i głębi psychologicznej i bardziej wyrafinowanych technik narracyjnych, i subtelności.

Andrzej: Tu zgoda, choć część zarzutów wydaje mi się chybiona – choćby stwierdzenie, że błędem było pokazanie od razu „śmierci” Pingwina jako upozorowanej. Owszem, zabrakło suspensu, ale ta scena służyła pokazaniu Gordona jako zdolnego nawet w ekstremalnej sytuacji przeciwstawić się naciskom Bullocka (czy, szerzej, korupcji w GCPD), a nie pozostawieniu widzów w niepewności co do losów Pingwina – i jako taka świetnie spełniła swoje zadanie.

Nowy Jork Mrocznego Rycerza

Fot. Fox

Fot. Fox

Przemek: Myślę, że warto poświęcić kilka słów samemu tytułowemu miastu. Ciekaw byłem, jak zostanie w serialu pokazane. Raczej się nie zawiodłem, chociaż trochę szkoda, że twórcy poszli bardziej w styl nolanowskich filmów, robiąc z Gotham nieco wystylizowaną współczesną metropolię, niż w fantastyczny gotyk Tima Burtona. Po co nam kolejny kanciasty, szaro-złoty Nowy Jork, skoro materiał źródłowy daje tak szerokie pole do popisu?

Andrzej: Jak na bohatera tytułowego, serialowe miasto rzeczywiście wygląda niezbyt efektownie. Cieszą detale w rodzaju pokazywanych co jakiś czas gargulców, ale całość jest przede wszystkim niekonsekwentna wizualnie. Z jednej strony przesuwające się miejskie pejzaże (ewidentnie nakręcone w jednym ujęciu i pocięte na krótkie kawałki), z drugiej – prześwietlone i jaskrawe wnętrza rodem ze filmowej adaptacji Watchmen. Trochę brak w tym wszystkim jakiejś jednej spójnej wizji.

Przemek: Tak. Przez cały odcinek rozglądałem się za czymś, co pozwoliłoby określić, w jakiej epoce toczy się akcja serialu. Wiadomo, że w fabułach superbohaterskich czas jest kwestią umowną – zawsze dzieją się w jakimś „teraz” – ale i tak byłem ciekaw. Wnętrza, zwłaszcza lokal Fish Mooney, tchną latami dwudziestymi, stroje trochę też, ale z kolei policjanci z GCPD używają telefonów komórkowych. Podoba mi się ta stylistyka. Podobały mi się też kolory w tym odcinku!

Andrzej: Ja za to miałem skojarzenia z latami siedemdziesiątymi czy osiemdziesiątymi – ot, choćby scena, gdy Montoya i Allen podjeżdżają Fordem LTD na spotkanie z Pingwinem w jakiejś zadymionej alejce. Problemem jest tu jednak znowu brak spójnej wizji. O ile mieszanie stylistyki retro ze współczesnością, o którym piszesz, wyszło znakomicie chociażby w serialu animowanym Bruce’a Timma, o tyle Gotham, jak widać choćby w naszej rozmowie, wywołuje skojarzenia z różnymi stylistykami i epokami, ale są to skojarzenia dość bezładne i przypadkowe.

Gotham Forever?

Fot. Fox

Fot. Fox

Przemek: Na koniec podywagujmy na temat przyszłości. Dla mnie Gotham zdecydowanie ma potencjał, może nie na arcydzieło ani nawet dzieło, ale na serial bardzo przyjemny. Zdaję sobie sprawę, że dla fana to pewnie za mało.

Andrzej: To więcej, niż po Gotham oczekiwałem. Myślę, że dam temu serialowi szansę jeszcze przynajmniej na dwa-trzy odcinki.

Przemek: To już coś. Myślę, że są dwie rzeczy, które mogą serial pogrążyć, jeśli twórcy nie będą ostrożni: nadmierne nawiązywanie do uniwersum Batmana (które może rozdrażnić fanów, a znudzić „zwyklaków”) oraz zbyt sztampowe fabuły poszczególnych odcinków (co jest zmorą wszystkich procedurali). Premiera sezonu miała bonusy do ataku, bo była premierą i w dodatku skupiała się mocno na ikonicznych postaciach. Pytanie brzmi: co dalej? Jak utrzymać zainteresowanie widzów?

Andrzej: Nie owerstejować łelkoma. Formuła „Batmana bez Batmana” to niezły pomysł, ale na góra dwa-trzy sezony. Zresztą – kto wie, może DC planuje choć raz nadążyć za sukcesem Marvela i zaraz po jego czterech seriach na Netfliksie wypuścić aktorskiego Batmana w odcinkach?

Przemek: Hm, ciekawy pomysł… Cóż, czas pokaże, czy nakręcenie takiego, a nie innego Gotham było strzałem w dziesiątkę czy może raczej strzałem w stopę. Ja na razie jestem dobrej myśli. Ha, czyżby niskie oczekiwania kluczem do zadowolenia?

Andrzej: Wyszyję sobie to motto na makatce. Najlepiej – przed premierą drugiego sezonu True Detective.

Gotham
S01E01: Pilot, emisja: 22.09.2014

Andrzej Probulski
Filolog z wykształcenia, nadto – nieuleczalny fan Batmana, “Gwiezdnych wojen” i “Sons of Anarchy”. Obejrzał dwa razy wszystkie 8 sezonów “24 godzin” i się tego nie wstydzi. Kolekcjoner sucharów i figurek w skali 15mm.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)