Fot. FX

Destrukcyjna miłość (The Strain S01E09–11)

Artykuł zawiera spoilery.

Niestety nikt nie jest doskonały i po świetnej połowie sezonu The Strain zalicza nieco zadyszki – jak gdyby scenarzyści nie wytrzymali narzuconego przez nich samych tempa. Po emocjonującym odcinku z oblężeniem stacji benzynowej wątki rodzinne i umotywowanie bohaterów na nowo zyskują czas antenowy kosztem akcji i, niestety, klimatu. Dostajemy w dodatku nowe retrospekcje i wszystko to razem sprawia, że serial nadal ogląda się przyjemnie, ale już bez nerwowego zastanawiania się, „co teraz?”.

Myślę, że po części jest to spowodowane ujawnieniem wizerunku Mistrza. Gdy przemykał gdzieś w cieniu ukryty pod kapturem, wciąż otoczony nimbem tajemniczości, wzbudzał duży strach i niepokój. W momencie ujawnienia jego wyglądu nieco to napięcie siadło. Biorąc pod uwagę jego zamiary i możliwości to nadal przerażająca postać, ale jego oblicze nie wzbudza już takiej grozy jak powinno (choć niesamowicie doceniam, że brak wyraźnych podobieństw do Nosferatu czy Draculi Coppoli). Tym bardziej, że produkcje del Toro przyzwyczaiły mnie do tego, iż od strony wizualnej są nadzwyczaj dopieszczone – stwory z Labiryntu Fauna wciąż mam żywo w pamięci. Nie wiem, czy mankament The Strain polega na ograniczonym budżecie, jako że to serial, czy może Meksykanin miał mniejszy udział w tworzeniu warstwy graficznej, ale pewna doza rozczarowania niestety się pojawia. Na szczęście bardziej to wina moich zbyt wysokich wymagań aniżeli popadaniu Mistrza w śmieszność (bo szczerze mówiąc niewiele brakuje, by przeszarżować z jego wizerunkiem).

Fot. FX

Fot. FX

Powrót do większego skoncentrowania się na rodzinie głównego bohatera również nie dostarcza aż takiego dramatyzmu, jak można by się spodziewać. Napisano i zrealizowano to sprawnie, ale problem stanowi (przynajmniej w moim przypadku) kompletna obojętność w stosunku do byłej żony i syna Epha. Nie dość, że dotychczas pojawiali się stosunkowo rzadko, to jeszcze Kelly została przedstawiona mocno ambiwalentnie, przez co trudno czy to jej kibicować, czy jakoś szczególnie zainteresować jej losem. Owszem, konsekwencje bliskiego spotkania dziewczyny z Mistrzem mogą być szalenie interesujące, ale jednak z czysto chłodnego zainteresowania fabułą, a nie przywiązania do bohaterów. Z tego samego powodu zresztą nie potrafię z napięciem obserwować perypetii Zacha – pomimo tego, że jest synem Epha, jego los obchodzi mnie średnio. Powraca problem, o którym wspominałem kilka tygodni temu – bohaterowie produkcji del Toro niestety często cierpią na brak odpowiedniej podbudowy psychologicznej i tylko nieznacznie wybijają się ponad jednowymiarowość.

Fot. FX

Fot. FX

Jeszcze jednym znacznym mankamentem wyróżnił się odcinek dziesiąty, w którym to mieliśmy „brawurowy” plan hakerki, aby wraz z dwumetrowym deratyzatorem przekraść się do jednego z prawdopodobnie najlepiej strzeżonych budynków w Nowym Jorku przez główne wejście. Wciąż nie do końca wiem, co i w jaki sposób chciała osiągnąć i czy twórcy mają nas, czy bohaterów za idiotów. Decyzja scenarzystów o tyle niezrozumiała, że akurat Vasiliy do tej pory wykazywał się chyba obok Abrahama największym rozsądkiem i konsekwencją w wyborach. Zgoda, zobaczyliśmy dzięki temu, że w obozie „złych” nie ma wcale takiej jedności, jak jeszcze niedawno należało się spodziewać, ale uważam, że dało się do tego doprowadzić w mniej naiwny sposób. Ale cóż, widocznie, gdy coś w serialu się lekko sypie, następuje prawo serii.

Na szczęście przy obniżeniu formy pozostałych historii Gus trzyma poziom. Nareszcie wyzbyto się nachalnych stereotypów o Latynosach, a bohater postawiony w sytuacji zagrożenia życia pokazał, na co go stać. Jego jednoosobowa krucjata zapowiada się całkiem interesująco, choć należy przyznać, że jeśli nie nastąpi nagła zmiana w tym wątku, szybko może się znudzić, bo ile można pokazywać dekapitacje wampirów (choćby nie wiem jak zajmująco pokazane)? Zakładam, że w pewnym momencie ścieżki jego i grupy pod przewodnictwem Abrahama się przetną (czego już mieliśmy przedsmak), choć na razie trudno mi sobie wyobrazić, co miałoby sprawić przyłączenie się Gusa do reszty bohaterów. To raczej typ nieufnego indywidualisty, a nowa rzeczywistość jedynie sprzyja takiej postawie. Dodajmy do tego jego znaczny udział w rozprzestrzenianiu się wampirów (z czego raczej nie zdaje sobie sprawy), co może w przyszłości skomplikować ewentualne relacje z Ephem. No ale zobaczymy. W końcu według optymistycznych prognoz przed nami jeszcze cztery sezony.

Fot. FX

Fot. FX

Ostatnie trzy tygodnie nie były łaskawe dla The Strain. Co prawda odcinki siódmy i ósmy wyznaczyły naprawdę wysoki poziom i oczekiwania co do serialu, więc trudno będzie to przebić, ale mam wrażenie, że nawet w porównaniu do nieco leniwego początku z lipca obserwowaliśmy we wrześniu spadek formy. Trudno mi prorokować, czy to wina materiału źródłowego, czy też twórcy akurat teraz wpadli w lekki dołek twórczy. Pomimo tego można mimo wszystko odnieść wrażenie, że to przygotowywanie gruntu pod emocjonujący finał sezonu. Coraz więcej bohaterów ma osobiste powody, aby rozprawić się z Mistrzem i jego demonicznym pomiotem, a Abraham już nie raz pokazał, że jest w swojej misji naprawdę zdeterminowany (co jedynie wzmaga ciekawość odnośnie ich wspólnej historii – co w zasadzie zrobił Mistrz, że ściga go ta sama osoba przez siedemdziesiąt lat?). Oprócz tej konfrontacji być może czeka nas również spotkanie Epha z byłą żoną, a do tego czekam na więcej scen z wampirzym komando, o którym nie zapomniałem. Liczę, że jeszcze w tym roku pojawią nam się na chwilę na ekranie. Niekoniecznie z jakimikolwiek wyjaśnieniami, bo przykład Mistrza pokazuje, że czasem lepiej utrzymywać pewien stopień tajemniczości jak najdłużej, ale mam nadzieję, że twórcy nie porzucą tego wątku tak beztrosko. Tak czy inaczej mimo obniżenia poziomu dalej czekam z nadzieją na finał.

The Strain
S01E09: The Disappeared, emisja: 07.09.2014
S01E10: Loved Ones, emisja: 14.09.2014
S01E11: The Third Rail, emisja: 21.09.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.