Premiery. Wydanie drugie, poprawione

Premiery. Wydanie drugie, poprawione

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Pirjo: Przypominam, że w naszych zbiorczych omówieniach zajmujemy się tytułami, o których nie mamy ochoty dyskutować w osobnych tekstach, czyli serialami nie zasługującymi na razie na własny artykuł. Nie piszemy więc o Gotham, nad którym chłopcy pochylili się oddzielnie.

Na pierwszy ogień w dzisiejszym Wielogłosie idzie How to Get Away With Murder, nowy serial Shondy Rhimes. Pilot pobił w tym tygodniu wszelkie rekordy oglądalności. Mnie nie zachwycił, ale i tak obejrzę kolejny odcinek. Bo choć nie było ekstazy, to z meandrów epizodu pierwszego wyłoniły się takie małe haczyki, rozumiesz, przemyślnie umieszczone detale, które złapały mnie za poły płaszcza i trzymają. Chcę wiedzieć, jak sobie poradzi na studiach młody protagonista serialu, jak ułożą się relacje w grupie, kim jest ta czy owa dziewczyna i czy pani profesor – serialowy Snape – okaże się koniec końców dobra czy zła. O czym jest serial? Tym razem bogini melodramatów zaczyna od morderstwa popełnionego przez grupkę pierwszorocznych studentów. To żaden spoiler, bo scenę ukrywania ciała widzimy już w pierwszych kadrach. Nie wiemy jednak kto, dlaczego i kogo zabił, co do tego czynu doprowadziło. Zagadkę będziemy rozgryzać przez cały sezon, będzie ona napędzać fabułę, budzić niepokój, podnosić ciśnienie. Zaraz po scenie otwierającej cofamy się bowiem do chwili, gdy młodzi i niewinni studenci prawa trafiają na zajęcia znanej ze swojej surowości pani profesor… Tym razem mamy więc środowisko prawników i akademików, równie wdzięczne jak lekarze czy politycy. Znając Shondę, serial będzie wartko prowadzony, sprawnie napisany, rzemiosło na najwyższym poziomie. To jedyny serial w dzisiejszym omówieniu, o którego losy zupełnie nie ma się co bać. Jest pewne, że znajdzie swoją publiczność i sobie poradzi. Zdziwię się natomiast, jeśli okaże się ambitniejszy niż jej pozostałe produkty, jeśli mnie czymś… czymkolwiek… zaskoczy.

Fot. ABC

Fot. ABC

Idąc dalej, obejrzeliśmy pilota serialu Scorpion. To dziwna rzecz. Wysokobudżetowa, przygotowana przez twórców Szybkich i wściekłych, opowiadająca o grupie supermózgów, ludzi obdarzonych prawie nadnaturalną inteligencją, pomagających służbom specjalnym USA w rozwiązywaniu bieżących kryzysów. Intryguje, że serial jest oparty na motywach prawdziwej historii, na uwagę zasługuje także pomysł pokazania bohaterów jako równocześnie wybitnych i upośledzonych. A co Ty myślisz, Przemku?

Przemek: Historie o geniuszach to ciekawe wyzwanie dla twórców. Z jednej strony trzeba jakoś pokazać ich wybitny intelekt (nawet w dziedzinach tak mało widowiskowych jak matematyka czy psychologia), a z drugiej – sprawić, żeby widzowie niebędący geniuszami bohaterów polubili. Scorpion idzie klasyczną w takich wypadkach ścieżką i zaprzęga geniuszów do ratowania ludzkości, jednocześnie dodając im równie typowe trudności z relacjami międzyludzkimi oraz zaprzyjaźniając ich z kelnerką. Bardzo sprawnie to wszystko napisane i przyjemnie się oglądało, nawet jeśli już w pilocie przedstawiony kryzys oraz sposób jego przezwyciężenia ocierają się o absurd. Przy tym serialu zdecydowanie trzeba odwiesić na kołek swoją niewiarę.

Fot. CBS

Fot. CBS

Pirjo: Scorpion jest dla mnie nieco zbyt gładkie, uproszczone, naiwne, ale podobała mi się dynamika odcinka i relacje między postaciami. Główny bohater i jego związek z wspomnianą już przez Ciebie, obdarzoną empatią oraz inteligencją emocjonalną kelnerką lokalnego baru został bardzo dobrze pokazany, a aktorzy świetnie się spisali. Dla tej pary mam ochotę oglądać dalej. Tylko czy znajdę czas…?

Przeskoczmy do Forever. Do treści lekkich, przyjemnych, konwencjonalnie proceduralnych. Co myślisz o tym serialu?

Przemek: Aż za lekko i za przyjemnie. William Fine powiedział mi ostatnio, że ten serial byłby całkiem dobry, gdyby wyszedł osiem lat temu – i coś w tym jest. Historia nieśmiertelnego (i znużonego swoją nieśmiertelnością) elegancika pracującego w policyjnym prosektorium sprawiła na mnie wrażenie, jakby pisał ją ktoś, kto przespał wszystkie modne seriale ostatnich lat. Jest poprawnie, konwencjonalnie i nawet miło, ale mało ciekawie. Przede wszystkim męczy i drażni główny bohater: typowa romantyczna udręczona dusza, weltschmerzująca za utraconą przez laty miłością i tak znużona życiem wiecznym, że wciąż szuka sposobu, by umrzeć. Nigdy nie zrozumiem takiego podejścia: jak można się znudzić nieśmiertelnością? Przecież tyle jest do poznania, zobaczenia, nauczenia!

Ale wracając do Forever – myślę, że to porządny kawałek telewizji. Są i proceduralowe śledztwa, i nadzieja na romans, i zagadka. Kto śledzi naszego bohatera i wystawia jego moc na próbę? (Przypomina mi się Torchwood i film Unbreakable). Mnie to nie ciekawi aż tak, by dalej oglądać, ale warto produkcji dać szansę.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Ja obejrzałam jeszcze Madam Secretary i choć nie było źle, to moja przygoda z serialem skończy się na pilocie. To rzecz trochę w klimacie Homeland, ale w stylu glamour i nieco bardziej naiwna. Pierwszy odcinek ukazuje nam klasyczne Wezwanie do Wyprawy, a potem kolejno Odrzucenie Wezwania i jego Przyjęcie. Nauczycielka akademicka zostaje powołana na sekretarza stanu USA w chwili, gdy poprzedni polityk piastujący stanowisko ginie w tajemniczych okolicznościach. Okolicznościach związanych niechybnie z piętrowym spiskiem w łonie struktur rządowych. Sama scena Powołania przypominała jako żywo wezwanie do władzy młodziutkiej królowej Elżbiety, znane z setek konwencjonalnych przedstawień. Wiejska posiadłość z widokiem na ogrody, w stajni ona, machająca łopatą, wiodąca swe zwyczajne, sielankowe życie. Nagle pylistą drogą do rajskiego ogrodu wdzierają się karoce z posłańcami… to znaczy płynące równym rzędem czarne, rządowe SUVy. Niosące informację o naznaczeniu wybranki, namaszczeniu naszej heroiny na królową. Ona w roboczym odzieniu, taka naturalna, a oni eleganccy i nieubłagani…

Fot. CBS

Fot. CBS

Niestety, dalej jest równie konwencjonalnie i choć tytułowa bohaterka wydaje się miła, choć jej mąż i dzieci mają zadatki na fajne postaci, to wszystko tonie po pas w sztampie. Pierwsze zadanie, które w pilocie rozwiązuje pani sekretarz, jest trochę jakby oszustwem, inwencja bohaterki ogranicza się bowiem do przeprowadzenia jednej rozmowy ze starym znajomym, wykonanej za plecami szefa. Dym i lustra. Heroizm, jaki się jej potem przypisuje, jest niewspółmierny do sytuacji. Odczułam zawód. Spodziewałam się czegoś więcej.

I na koniec jeszcze Black-ish. Co myślisz, Przemku?

Przemek: Uhm… tak bardzo nie jestem targetem tego serialu. Może gdybyśmy żyli w kraju ze sporą czarnoskórą mniejszością, łatwiej by mi było wciągnąć się w historię wielopokoleniowej murzyńskiej rodziny z LA – a tak czułem się trochę jak na tureckim kazaniu. Nieznane odniesienia kulturowe, nieznane problemy. Większość fabuły pierwszego odcinka komedii opiera się na konflikcie między dumnym ze swego dziedzictwa rasowego ojcem a jego mocno „naturalizowanymi” dziećmi, które bez oporów uprawiają stereotypowo „białe” dyscypliny sportowe i chcą mieć bar mitzwę jak kolega z klasy. Nie ma tu jednak prawdziwych dramatów, poruszamy się w bezpiecznej konwencji sitcomu, gdzie wszyscy są szczęśliwymi przedstawicielami klasy średniej, a nieliczne zakłócające sielankę problemy rodzą się z różnic charakterów. Miłym akcentem jest Laurence Fishburne w roli nieco zgryźliwego, ale mądrego dziadka. Moją sympatię wzbudziła też mama, trzymająca w ryzach całą zwariowaną rodzinkę. Ale nie zmienia to faktu, że bawiłem się bardzo średnio.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Podsumowując, druga tura debiutów nie zaskoczyła nas niczym szczególnym i żaden serial nie zaszokował swą wysoką jakością ani oryginalnością. Nie pojawił się Czarny Koń, nie wyskoczył As z Rękawa. Nie było objawień, tylko same konformistyczne, konwencjonalne produkty, ostrożnie zaprojektowane tak, by przynieść oczekiwane zyski. Artyzmu za grosz. Może później będzie lepiej? W końcu październik to miesiąc kolejnych premier…

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)