Fot. The CW

Niebo spada nam na głowy (Supernatural, S08–09)

Artykuł zawiera spoilery.

Gdyby ktoś mi kilka miesięcy temu powiedział, że wytrwam z Supernaturalem aż do końca, pewnie bym nie uwierzył. A jednak. Obejrzałem sezony ósmy wraz z dziewiątym i czekam niecierpliwie na kolejny.

Być może decydujące znaczenie ma tu fakt, że ostatnie dwa sezony Supernaturala to rozrywka z najwyższej półki. Po mocno schyłkowej serii szóstej i nierównej, choć wciągającej siódmej serial złapał drugi oddech. Odnalazł na nowo swój charakterystyczny styl, odzyskał pewność siebie w prowadzeniu fabuły. A także wprowadził kilka nowych pomysłów na tyle dobrych, że gładko włączyły się w szerszą mitologię.

Fot. The CW

Fot. The CW

Jednym z bardziej trafionych zagrań było rozbudowanie opozycji Niebo – Piekło o trzeci element: Czyściec. Nie od dziś wiadomo, że największym zagrożeniem dla długo trwających seriali jest stagnacja, uporczywe podtrzymywanie status quo, które wiąże scenarzystom ręce i nie pozwala im popchnąć fabuły w nowym kierunku.  Czyściec zadziałał tu podwójnie: z jednej strony zaburzył dotychczasową równowagę sił nadprzyrodzonych, a z drugiej zmienił relację dwóch głównych postaci. Przymusowe wakacje w krainie wiecznych łowów mocno zmieniły Deana, wydobywając na wierzch gniew i dzikość, które wcześniej jakoś trzymał na wodzy. To rzecz jasna wymusiło zmianę nastawienia Sama, stał się bardziej krytyczny względem brata, a przez to bardziej samodzielny. Zaczął głośniej wyrażać swój sprzeciw i stawiać warunki. A Dean musiał sobie poradzić z tą nową sytuacją.

Za swoiste papierki lakmusowe, pozwalające gołym okiem dostrzec zachodzące zmiany, posłużyły w sezonie ósmym postacie wampira Benny’ego i proroka Kevina. Benny stanowił dla Deana wyraźne zastępstwo za brata, na którego nasz łowca czuł się długo obrażony, ale też pokazał przy okazji, że – o dziwo – Dean jest zdolny do zmiany poglądów. W końcu kto by się spodziewał, że łowca zaprzyjaźni się szczerze z potworem? Ta pierwsza zmiana perspektywy otworzyła go na kolejne. Nieustanne podejrzenia Sama względem Benny’ego, kolejne niebezpieczne sytuacje i ostateczna utrata przyjaciela pozwoliły Deanowi zobaczyć w bracie kogoś nowego: już nie podopiecznego, ale równorzędnego towarzysza.

Fot. The CW

Fot. The CW

Inaczej sprawa się miała z Kevinem, który – schwytany wrew sobie w kleszcze przeznaczenia – przypominał chyba Deanowi jego samego, zmagającego się z trudami życia, którego sam sobie nie wybrał. I może dlatego nasz bohater był dla Kevina tak surowy. Zrodziła się przedziwna sytuacja: po tym, jak Winchesterowie zyskali „dom”, czyli sekretną  bazę Men of Letters, Dean wszedł jakby w rolę swojego ojca, niecierpliwego i wymagającego względem Kevina i Sama, za których czuł się odpowiedzialny. Wciąż wymagał, a nie pomagał; oczekiwał efektów, a nie dawał czasu, by je osiągnąć. Przewrotna ironia losu/scenariusza! Na szczęście dla biednego Kevina wytężona praca nad odcyfrowaniem kamiennej tablicy dała w końcu efekt i Winchesterowie mogli znów ruszyć w drogę, tym razem z zamiarem zatrzaśnięcia na zawsze wrót Piekła.

Historia trzech trudnych prób, jaka wypełniła drugą połowę sezonu, uczyniła głównym bohaterem Sama – i bardzo dobrze mi się to oglądało. Podczas pobytu Deana w Czyśćcu nauczył się obywać bez brata, zaznał zwyczajnego życia i wreszcie poczuł, że ma na nie wpływ. Kiedy wrócił do polowania, zrobił to na własnych warunkach. Dodatkowo wziął na siebie rolę, która zwykle przypada komu innemu, czyli Męczennika Za Słuszną Sprawę. Polowanie na piekielnego ogara, pomoc w przedostaniu się duszy Bobby’ego (chlip!) do Nieba i uleczenie demona prawie młodszego Winchestera zabiły, ale wiemy przecież, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Do tej pory doświadczał tej starej prawdy głównie Dean, więc cieszę się, że wreszcie poznał ją i Sam.

Fot. The CW

Fot. The CW

Grzechem byłoby nie poświęcić w tym miejscu kilku słów Castielowi i Crowleyowi. Także ich dotknęło dokonujące się w serii ósmej zaburzenie status quo. Nasz ulubiony anioł przechodzi w sumie więcej przemian niż ktokolwiek inny: najpierw jest zagubionym w Czyśćcu, pokutującym za swą pychę wygnańcem, potem bezwolną marionetką w ręku niebiańskich agentów, następnie buntownikiem w słusznej sprawie, omamionym oraz wykorzystanym przez Metatrona i wreszcie istotą odartą z Łaski, sprowadzoną do poziomu człowieka. Jestem pełen podziwu dla Mishy Collinsa, że podołał temu aktorskiemu wyzwaniu. Castiel wyraźnie potrzebuje nowego pomysłu na siebie – zarówno próba powrotu do wiernej służby Niebu, jak i wszczęcia buntu przeciw niemu kończą się fiaskiem. Dopiero sezon dziewiąty, spędzony po części wśród ludzkości (moje ulubione odcinki!), w oderwaniu od dotychczasowej roli, pozwala byłemu aniołowi zrozumieć, że jest po prostu zbyt wielkim indywidualistą, by sprawdzić się w wiernej służbie komukolwiek. Kiedy na wzór Sama i Deana bierze się do polowania na własną rękę, okazuje się w tym zaskakująco skuteczny. Otrzymany od Metatrona zastrzyk wiedzy z zakresu popkultury też tu z pewnością nie zaszkodził!

Crowley z kolei musi się zmierzyć z zagrożeniem, jakim jest dla niego Abaddon oraz ustosunkować się jakoś do „zdrady”, której dopuścili się względem niego Winchesterowie, próbując zatrzasnąć bramy Piekła. Do tej pory pozycja Crowleya jako króla była niezachwiana; nawet Dean i Sam zaakceptowali fakt, że mimo niechęci będą musieli czasem współpracować z graczem tego kalibru. Sezon ósmy to dla naszego ulubionego demona historia walki o zachowanie pozycji. Ponieważ jednak ten bohater, jak na syna piekieł przystało, od zawsze balansował na cienkiej linie, to zawierając sojusze, to je łamiąc, scenarzyści postanowili popchnąć go jeszcze dalej. Wątek uzależnienia od ludzkiej krwi i swoistego uczłowieczenia Crowleya, rozbudowywany przez cały sezon dziewiąty, sprawił, że jeszcze bardziej się w tej postaci zakochałem. Diabeł znany lepszy niż nieznany, a diabeł sympatyczny, trochę śmieszny, trochę po mefistofelesowsku pomocny – najlepszy!

Fot. The CW

Fot. The CW

Wszystkie te wydarzenia – plus wywołane przez Metatrona strącenie aniołów z Nieba – zarysowały ciekawy punkt wyjścia dla sezonu dziewiątego, który pod pewnymi względami podobał mi się nawet bardziej niż świetny poprzednik. Początkowo powróciliśmy do znanej sytuacji: mały Sammy jest bliski śmierci, więc Dean decyduje się na desperacki krok, by go ocalić, co ma konsekwencje dla całego świata. Ale jednocześnie losy braci zostały silniej niż kiedykolwiek przedtem (no, może za wyjątkiem Apokalipsy w sezonie piątym) związane z metaplotem. Sam całkiem dosłownie nosi w sobie jednego z najważniejszych graczy na niebiańskiej szachownicy. Trzymany w zamknięciu Crowley, choć spadł do roli pionka, jest tuż pod ręką. Kevin, czarny koń, też siedzi bezpiecznie w kryjówce. Po raz pierwszy chyba w tym serialu pokazano nam sytuację, w której Winchesterowie już na początku rozgrywki mają szansę zwyciężyć.

Rzecz jasna, długo to trwać nie mogło. Wszystko się sypie. Zdrada anioła Gadreela i śmierć Kevina wstrząsnęły całą szachownicą. Bardzo mi było żal obu postaci, bo te tragedie były zupełnie niepotrzebne, wynikłe z nieporozumienia i fałszywych ambicji. Jest  to zresztą temat przewodni całego sezonu. Sytuacja strąconych na ziemię aniołów, zagubionych i poszukujących przywódcy, też pełna jest bezsensownej, bratobójczej walki. W pewnym sensie kojarzy mi się to z historią Europy pierwszej połowy XX wieku: dotychczasowa równowaga sił zostaje zachwiana, upadają dawne (złe!) imperia Naomi i Crowleya, a na ich gruzach rodzą się jeszcze gorsze, krwawe dyktatury rządzone przez Metatrona i Abaddon. Nic dziwnego, że w tej sytuacji Dean postanawia sięgnąć po bombę atomową – połączoną potęgę złowrogiego Piętna Kaina oraz Pierwszego Ostrza. Widzę w tym wyraźną kontynuację drogi, na jaką ta postać weszła w serii ósmej. Gniew i żądza krwi, zawsze Deanowi bliskie, teraz zaczęły przejmować nad nim kontrolę. A dokąd ta ścieżka prowadzi, zobaczyliśmy wyraźnie w finale. Cóż to był za twist!

Fot. The CW

Fot. The CW

Dużo jest w tym sezonie powrotów do przeszłości. Z jednej strony relacja między braćmi wraca do dawnego rytmu – znów sobą manipulują, okłamują się, z trudem odbudowują wzajemne zaufanie. Z drugiej strony pojawiają się liczne nawiązania do poprzednich serii. Przeszłość Men of Letters i Abaddon, ludzie pozbawiani dusz, Garth, szeryf Jody Mills, słodka geek-dziewczyna Charlie, Ghostfacers… przykłady można mnożyć. Nie brakowało takich spojrzeń wstecz i poprzednio, ale teraz jakoś bardziej zwróciły moją uwagę. Czyżby zmęczenie materiału? Pomysły znów się tworcom wyczerpują? Mam nadzieję, że nie, więc na razie tłumaczę to sobie chęcią podkreślenia, jak obszerne stało się uniwersum Supernaturala.

Niestety, widać też inny typowy objaw starości serialu: eksperymenty formalne. Czasem udane, jak w Metafiction, gdzie niewiarygodny narrator Metatron kilka razy wyciąga nam dywan spod nóg, ale czasem wprost żenujące. Zarówno osadzone w konwencji „found footage” Bitten, jak i bawiący się mitem Slendermana odcinek #THINMAN okazały się dla mnie zupełnie pozbawione treści. A to przecież i tak nic w porównaniu z całkowicie pozbawioną subtelności próbą stworzenia spin-offa, jaką było Bloodlines. Tak, drodzy twórcy, uwielbiam odcinki, w których zamiast przygód Sama i Deana muszę oglądać wycięte z żurnala drętwe kukły przeżywające sztuczne dramaty. Tak, bardzo chcę dowiedzieć się więcej o jakże fascynującej wojnie zmiennokształtnych z wilkołakami w zaułkach Chicago. O tak, błagam, chcę więcej.

Fot. The CW

Fot. The CW

Ale na szczęście dużo też było w ostatnich dwóch seriach humoru. Odcinki takie jak polowanie na wiedźmę wraz z Charlie, Dean rozmawiający z psami czy przestępca obdarzony kreskówkowymi mocami w niczym nie ustępują świetnym historiom z Tricksterem. Opity krwią ludzką, użalający się nad sobą Crowley oraz przesadnie pewny siebie Castiel w roli detektywa też rozśmieszyli mnie do łez. I, jak zawsze w Supernaturalu, nie zabrakło ducha przygody, dla którego w końcu ten serial oglądam. Czy śmieszno, czy straszno, ani przez moment nie wątpiłem, że warto oglądać dalej, bo po prostu świetnie się bawiłem. A to chyba największy komplement, jaki produkcja rozrywkowa może usłyszeć.

Sezonie dziesiąty, przybywaj!

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.