Fot. CBS

Seryjnie najlepsi (Criminal Minds, PREMIERA: S10E01–02)

Artykuł zawiera spoilery.

 

It doesn’t take a lot of strength to hang on. It takes a lot of strength to let go. – J.C. Watts

Mój ukochany procedural wreszcie powrócił! Wystarczyła pierwsza w tym sezonie przyjacielska pogawędka między Derekiem a Penelope, żeby gęba uśmiechnęła mi się sama jak na widok starych przyjaciół. To aż idiotyczne, jak bardzo polubiłem serial o chwytaniu seryjnych morderców.

Sezon dziesiąty póki co w najmniejszym stopniu nie odstaje jakością od poprzednich. To zresztą fenomen Criminal Minds: serial konsekwentnie utrzymuje wysoki poziom i nawet nieliczne słabsze odcinki przykuwają do ekranów tysiące widzów. Magia! Zupełnie nie widać oznak starzenia i jeśli o mnie chodzi, to twórcy mogą nakręcić choćby i milion sezonów – wszystkie obejrzę z równą przyjemnością.

Innymi słowy: wszystko po staremu. Są psychole, są zbrodnie i tortury, jest nieunikniony w większości przypadków triumf dobra nad złem oraz, przede wszystkim, ulubieni bohaterowie. A skoro tak, to zacznijmy od najnowszego dodatku do dzielnej drużynki, Kate Callahan granej przez Jennifer Love Hewitt.

Fot. CBS

Fot. CBS

Agentka specjalna Kate od razu przypadła mi do gustu. W scenie wprowadzającej widzimy ją podszywającą się pod amatorkę dziecięcej pornografii, by schwytać na gorącym uczynku prawdziwego pedofila – co od razu sugeruje, że zajmowanie się naprawdę ohydnymi przestępstwami to dla niej chleb powszedni. W porównaniu z dość poważną i wyciszoną agentką Blake, którą przyszło jej zastąpić, Kate wnosi dla mnie do zespołu energię i humor. Przyjacielska rozmowa z Rossim, podczas której „świeżynka” z rozbrajającą beztroską przyznaje, że nie ma nic przeciwko lekkiemu maltretowaniu aresztowanych zboczeńców przez policję, pokazuje, że Kate nie będzie raczej mieć problemu ze znalezieniem wspólnego języka z bardziej doświadczonymi kolegami/koleżankami. Umówmy się zresztą, że role „niewiniątek” są w drużynie dawno obsadzone przez Penelope i Spencera Reida, podobnie jak role nieco cynicznych weteranów (Rossi, czasem Hotch). Kate przypada miejsce pośrodku, pomiędzy tymi skrajnościami – zło nie robi na niej wielkiego wrażenia, bo sporo już go widziała, ale nastoletnia córka mocno ją „zmiękcza”. Wszystko to sprawiło, że Kate gładko i bezproblemowo zajęła zwolnione przez Blake krzesło.

Trudno też nie zauważyć, że Jennifer Love Hewitt zdecydowanie potrafi przykuć wzrok swą urodą. Kto wie, może Derek Morgan wreszcie porzuci swą nudną, irytującą partnerkę i zainteresuje się koleżanką z pracy…

Fot. CBS

Fot. CBS

Fabularnie pierwsze dwa odcinki sezonu mnie nie zawiodły. Premierowy, poświęcony zagadce porzucanych tu i ówdzie odrąbanych części ciała, sprawnie wodził widzów za nos, wyciągając co jakiś czas dywan spod nóg i zmieniając „pewnych” podejrzanych w ślepe uliczki śledztwa. Była też duża dawka krypności – jak choćby budzący dreszcze widok mężczyzny gładzącego lubieżnie odciętą ludzką nogę. Strach pomyśleć, że ten fetysz istnieje naprawdę, podobnie jak ukryty internetowy rynek handlu ludzkimi ciałami. W dość interesujący sposób rozegrano w X temat wolnej woli. Z jednej strony mamy rozmowę między JJ a Kate o tym, że niektórzy seryjni mordercy nigdy nie mieli szans uniknąć swego losu, bo przegrali w genetycznej loterii, dziedzicząc skłonności, nad którymi człowiek nie jest w stanie zapanować (co jest, swoją drogą, bardzo smutną myślą). Z drugiej strony zakończenie odcinka pokazało nam ludzi dobrowolnie porywających ofiary, by później z zyskiem sprzedać je psychopatom na aukcji – oraz samych psychopatów z namysłem przeglądających przerażające oferty kupna. Niektórzy mordercy mogą nie mieć wyboru, ale ludzie ułatwiający im zabijanie to całkiem inna para kaloszy.

Chciałbym też, tradycyjnie już, wyrazić moje uznanie dla „ofiary odcinka”, która tym razem, co się niestety zbyt rzadko zdarza, zdołała samodzielnie wyprowadzić porywacza w pole i uciec. Nie chcę przez to powiedzieć, że ofiary, które „tylko” błagają o życie, są w jakiś sposób gorsze; kibicuję po prostu tym, którzy nawet w tak trudnej sytuacji potrafią walczyć. Mam nadzieję, że ta odwaga i przedsiębiorczość w obliczu zagrożenia w jakiś sposób ułatwia im później wielomiesięczne lub wieloletnie powracanie do równowagi psychicznej po traumie…

Fot. CBS

Fot. CBS

Odcinek drugi, Burn, trochę zbił mnie z tropu, choć oglądało się go dobrze. Wątek mordercy wzorującego się na Boskiej Komedii Dantego wydaje mi się trochę zbyt fajnym pomysłem, żeby go tak „zużyć” już na początku sezonu – to materiał na finał! Na pozór niezwiązane ze sobą ofiary, różne przyczyny śmierci, rzymskie cyfry wyryte na podniebieniach… Reid nie miał nawet okazji pobawić się w analizowanie tekstu poematu w poszukiwaniu wskazówek! Ale cóż, odkładając żale na bok – morderca tak wyrafinowany wypadł całkiem przekonująco, a w dodatku twórcom udało się sprawić, że zrobiło mi się go żal, kiedy wyszło na jaw, że zabójca próbował się w ten sposób symbolicznie zemścić na okrutnym ojcu. Smutny psychopata złamany przez lata cierpienia, uwięziony w halucynacjach i obsesjach. Łza się w oku kręci, chociaż zaraz wysycha, no bo jednak bez przesady.

Drugim powodem trochę mieszanych uczuć, jakie żywię względem Burn, jest wątek Garcii szukającej zrozumienia – przebaczenia? rozgrzeszenia? – u człowieka, którego pomogła skazać na karę śmierci. Nawet z uzasadnieniem w postaci zespołu stresu pourazowego ta desperacka eskapada wydała mi się ciut naciągana, nie wspominając zresztą, że niemądra, co słusznie od początku wytykał przyjaciółce Derek. Na szczęście mocne zakończenie tego wątku, z Penelope decydującą się na trudne doświadczenie towarzyszenia mordercy w ostatnich chwilach życia, trochę odcinek zrehabilitowało. A przy okazji podróż agentki do stanowego więzienia dała nam dwie świetne sceny: sen z samą Penelope prowadzoną na śmierć oraz przezabawną rozmowę z kobietą odwiedzającą siedzącego za kratami ukochanego. Miłość potrafi być tak strasznie ślepa… Podobnie zresztą jak poczucie winy. Mam wielką nadzieję, że cała ta bolesna przygoda i wielki płacz w ramionach Dereka pomogły Garcii ruszyć emocjonalnie z miejsca i nie będziemy już do tej sprawy wracać. Po niektórych ludziach płakać doprawdy nie warto.

Fot. CBS

Fot. CBS

Podsumowując – mocne otwarcie sezonu i ciut słabszy, lecz wciąż o lata świetlne wyprzedzający konkurencję odcinek drugi. Dziesiąta porcja przygód agentów FBI zapowiada się znakomicie. Na razie trudno jeszcze powiedzieć, czy pokazana w zakończeniu X siatka handlarzy ludźmi była tylko straszakiem, czy może początkiem wątku przewodniego. Ale mniejsza z tym. Ważne, że Criminal Minds powróciło – i to w wielkim stylu. Poproszę dokładkę!

Criminal Minds
S10E01: X, emisja: 1.10.2014
S10E02: Burn, emisja: 8.10.2014

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.