Fot. HBO

Terapia po polsku. Cz. II (Bez tajemnic, S03)

Artykuł zawiera spoilery.

Sezon trzeci Bez tajemnic, o czym wspomniałem w części pierwszej artykułu, wciągnął mnie bez reszty. To produkcja naprawdę wysokiej jakości i – jak na polskie warunki – odważna. W programach informacyjno-publicystycznych trudne tematy przedstawiane są często w duchu taniej sensacji albo, co gorsza, wygodnego tematu zastępczego, gdy akurat trzeba odwrócić uwagę widowni od czegoś ważnego. Z kolei w telenowelach i innych serialach sprawy niełatwe są zwykle spłaszczane i łagodzone. A że problemy emocjonalne trudno uczynić sensacyjnymi albo ocukrować, najczęściej w ogóle ich w naszej telewizji nie ma.

Bez tajemnic nie tylko porusza te przemilczane kwestie, ale w dodatku stawia sobie dodatkowe wyzwanie: stara się je pokazać w formie dość trudnej w odbiorze. Wielu widzów po prostu znudzi się serialem, w którym ludzie tylko siedzą i rozmawiają. Ale dla mnie, może dzięki świetnej grze aktorskiej i umiejętnym budowaniu napięcia, jest on fascynujący. Nie od dziś wiadomo, że ograniczenia formy mają czasem dobroczynny wpływ na treść, bo zmuszają do większej kreatywności. A poza tym w „siedzeniu i rozmawianiu” na ekranie jest coś nieodparcie realistycznego. Przecież w prawdziwym życiu tak właśnie poznajemy większość historii – słuchając, jak opowiadają je inni.

Poprzednim razem omówiłem wątki pierwszej dwójki pacjentów, Jeremiego i Janiny – pora zająć się resztą.

Środa: Małgorzata

Fot. HBO

Fot. HBO

Wątek pani Janki był moim ulubionym, ale to wątek Małgorzaty jest w tym sezonie najlepszy. Pamiętam, że gdy oglądałem trzecią serię amerykańskiej wersji serialu, poczułem zawód – terapia stała się mniej głęboka, pacjenci dość banalni, zabrakło wyzwania, jakim były próby rozszyfrowania i zrozumienia bohaterów. Problemy Małgorzaty i jej leczenie przykuły mnie do ekranu. Kobieta cierpiąca na zaburzenia typu borderline, miotana gwałtownymi, sprzecznymi emocjami, autoagresywna, a wszystko to spowodowane faktem, że w dzieciństwie molestował ją ojciec. Byłem pod wielkim wrażeniem tak scenariusza, jak i fantastycznej gry aktorskiej Magdaleny Popławskiej.

Małgorzatę trudno lubić. Zupełnie się nie dziwiłem widocznemu wyczerpaniu jej męża, który w jednym z odcinków pojawia się w gabinecie Andrzeja – przypuszczam, że kochanie osoby, która nie potrafi panować nad własnymi emocjami, musi być bardzo trudne. Tak samo zresztą jak bycie taką osobą. Małgorzata ma oczywiście ważne powody, dla których tak się zachowuje, ale o nich dowiadujemy się późno – a ludzie, którzy, nie posiadając tej wiedzy, muszą z nią obcować na co dzień, traktują ją zapewne jak dopust Boży. Nawet Andrzej z trudem sobie z klientką radzi: ilekroć zbliżają się do bolesnych tematów, Małgorzata wpada w histerię, staje się agresywna, robi sobie krzywdę albo próbuje uciec z terapii. Psycholog trafia w sedno, kiedy na pierwszym spotkaniu mówi jej, że cała ta cierpiąca dorosła kobieta to w istocie skrzywdzone dziecko obudowane szańcami mechanizmów obronnych, które wymknęły się spod kontroli. Krzywdzenie siebie, by siebie ochronić: przewrotne to i gorzkie, lecz często – niestety – prawdziwe.

Fot. HBO

Fot. HBO

Moment, w którym poznajemy prawdę o potwornej krzywdzie, jaka spotkała Małgorzatę, to jedna z najbardziej wstrząsających scen, jakie zdarzyło mi się oglądać. Najpierw przez całą sesję uniki, wybuchy wściekłości maskujące strach, później krążenie po gabinecie w poszukiwaniu bezpiecznej kryjówki, wreszcie – wyszeptane zza kolumny wyznanie. I chwila absolutnej bezbronności, absolutnej rozpaczy, szloch, od którego i mnie ścisnęło w gardle. Nie doświadczyłem nigdy tak straszliwej traumy i nie próbuję nawet udawać, że umiem sobie wyobrazić, jak to jest żyć z taką raną na duszy. Wiem tylko, że zaufanie terapeucie na tyle, by po raz pierwszy w życiu wyznać prawdę, było dla Małgorzaty kluczowe.

Niemal równie mocne było dla mnie to, co stało się potem. Poczucie krzywdy, poczucie winy, bezsilność, złość – tłumione, kierowane przeciwko sobie – musiały w końcu znaleźć ujście, żeby Małgorzata mogła zacząć zdrowieć. Andrzej, zazwyczaj prowadzący terapię poznawczo-behawioralną, opartą na rozmowie, w tym wypadku zdecydował się na odegranie scenki, w której pacjentka może skonfrontować się z (dawno zmarłym) ojcem. Wspaniała scena. Była i początkowa niechęć do pomysłu, i coraz odważniej wygłaszane uczucia, i potęga dziecięcych lęków, które w krytycznym momencie zmieniają dorosłą kobietę w małą, przerażoną dziewczynkę – i potężne katharsis, kiedy Andrzej wkracza w odgrywaną scenkę jako obrońca i roztrzaskuje krzesło „ojca”. Niby nic, rozmowa dwójki ludzi, nastrój podkreślony banalnym zabiegiem pt. „nie ma prądu, by mrok podkreślił stan duszy bohaterki”, a jednak efekt jest porażający. Ten jeden moment uważam za cenniejsze przeżycie niż całe sezony innych seriali.

Fot. HBO

Fot. HBO

Molestowanie, którego ofiarą była Małgorzata, ma jeszcze jeden ważny – i odważny – aspekt. Ojciec-zboczeniec to słynny kompozytor, osoba powszechnie szanowana, a nawet uwielbiana. Ilekroć zła dopuszcza się osoba znana, bardzo łatwo przychodzi ludziom odrzucić przykre fakty na temat idola i ze wszystkiego go rozgrzeszyć, stąd rozumiem, jak trudno musiało być Małgorzacie mówić o tym, co zrobił ojciec. Matka uznała jej zwierzenia za kłamstwo, rodzina zerwała z nią kontakt, a gdyby prawda wyszła na jaw, opinia publiczna bez wątpienia szybciej potępiłaby ofiarę niż przestępcę. Kobieta bała się zaufać nawet własnemu mężowi; zdołała się otworzyć dopiero przed Andrzejem. Bardzo cenię wszystkie fabuły, w których osoba krzywdzona zdobywa się wreszcie na odwagę, by stawić czoła prześladowcom – i mam nadzieję, że wątek Małgorzaty trafi do widzów, którzy, tak jak ona, nie radzą sobie, żyjąc z piętnem ofiary. W Polsce wciąż zbyt wielu jest ludzi, którzy opacznie interpretują czwarte przykazanie i wierzą, że rodziców nie wolno nigdy krytykować ani mieć im czegokolwiek za złe. A może właśnie czasem trzeba?

Wątek do końca trzymał mnie w napięciu, a jego zakończenie – zaskoczyło. Gdy wiadomo, że z przyczyn pozascenariuszowych terapia danego pacjenta musi się zakończyć wraz z sezonem, trudno czasem zgrabnie zamknąć historię. A Małgorzata ewidentnie potrzebuje dalszego leczenia i chcąc jej dać względny „happy end”, trzeba to było jasno w serialu powiedzieć. Twórcy wyszli z sytuacji obronną ręką. Dali nam finał, w którym – gdy już się wydaje, że wszystko stracone i Małgorzata znów ucieknie od terapeuty oraz porzuci męża – napięcie zostaje rozładowane bolesnym wyznaniem i w ostatniej scenie widzimy płaczących, wtulonych w siebie małżonków. Nie lubię na ogół otwartych zakończeń, ale to zadziałało: możemy się domyślać, że leczenie będzie kontynuowane, być może już we dwójkę, a zarazem żegnamy się z jakoś domkniętym etapem w terapii Małgorzaty. Świetna rzecz.

Czwartek: Konrad

Fot. HBO

Fot. HBO

Zarówno w In Treatment, jak i w Bez tajemnic zanurzanie się w głębie psychiki pacjentów ciekawi mnie bardziej niż ich sytuacja życiowa. Kłótnie, rozwody, przeprowadzki – interesują mnie tylko o tyle, o ile wpływają na ekranie na proces leczenia. Z tego powodu początkowo trudno mi się było przekonać do wątku Konrada. Ksiądz zakochany w kobiecie – pewnie, trudna sytuacja, ale zapowiadała raczej dylematy moralne niż psychologiczne. Na szczęście, choć moje intuicje się sprawdziły, Konrad okazał się osobą na tyle złożoną, by wynagrodzić mi mniej głęboką terapię.

Czwartkowy pacjent postawił Andrzeja w nietypowej sytuacji. Sam terapeuta przyznaje pod koniec wątku, że początkowo zamierzał odesłać Konrada do któregoś z wierzących kolegów po fachu – lecz zmienił zdanie, gdy stwierdził, że ma do czynienia z problemami natury psychicznej, nie duchowej. Ale i tak kwestia wiary, tak ważnej w życiu Konrada, w końcu wypływa na wierzch. Romans z Ewą to nie pierwszy taki eksces ze strony kapłana – zawsze żył intensywnie, oddając się na przemian pracy misyjnej, ascezie, erotycznym przygodom, nauczaniu w szkole, opiece nad parafią. To, co w przypadku „cywila” byłoby łatwiejsze do zaakceptowania, u księdza budzi wątpliwości. Konrad musi dźwigać ciężar i społecznych oczekiwań względem księży, i własnej rogatej duszy. Nic dziwnego, że przejawia czasem lekkie skłonności autodestrukcyjne: wymaga od siebie, nawet gdy inni od niego nie wymagają.

Fot. HBO

Fot. HBO

Podczas terapii księdza Andrzej zmaga się z dwoma problemami. Pierwszy to wspomniana surowość, z jaką Konrad traktuje samego siebie: ilekroć da się porwać emocjom, zadziała spontanicznie, natychmiast się strofuje. W pewnym sensie wybrał najgorszą możliwą profesję – jego żywiołowy, niespokojny charakter bez przerwy ściera się z umiarkowaniem i statecznością, jakich wymaga się od kapłana. Konrad jest człowiekiem, który nie godzi się na kompromisy. Gdy Andrzej przypomina mu, że nie sposób być zarazem księdzem oraz mężem i ojcem, mężczyzna w ciągu kilku dni porzuca stan duchowny. Sprawia wrażenie, jakby wierzył, że jest w stanie stawić czoła całemu światu – ale już wkrótce przychodzi na terapię bliski łez, bo skrytykował go bliski przyjaciel, a innym razem mdleje w gabinecie, bo próbował odegnać stres, biegając aż do wycieńczenia. Głównym celem terapii staje się stopniowo skłonienie Konrada, by pozwolił sobie na okazanie słabości. Gdy w końcu się to zdarza i pacjent wybucha płaczem, przyznawszy, że zwątpił w Boga, ja też odetchnąłem z ulgą.

Drugi problem Konrada to właśnie wiara. Andrzej ma początkowo spory problem z zyskaniem zaufania pacjenta, bo ten momentalnie wychwytuje, że terapeuta nie wierzy. Ilekroć rozmowa dotyka tematów kapłaństwa, duchowości, wiary, Konrad wycofuje się i zarzuca Andrzejowi rozmaite typowe uprzedzenia względem Kościoła. Pewnie, to mechanizm obronny, ale jego przełamanie nie przychodzi łatwo, bo mężczyzna od razu ustawia siebie i terapeutę po przeciwnych stronach barykady (mimo podobieństwa ich zawodów). Jako ksiądz Konrad jest nieustannie „na świeczniku” i musi poświęcać wiele energii na zadbanie o to, jak się prezentuje światu zewnętrznemu. Sprawia to, że zamiast skupić się na tym, co przeżywa – a o to przecież chodzi w terapii – kapłan wciąż mówi o innych. Raz nawet przysyła do gabinetu swoją partnerkę, Ewę, by odbyła sesję za niego (choć, rzecz jasna, tłumaczy to sobie inaczej). Kryzys wiary, całkiem zrozumiały w trudnej sytuacji Konrada, jemu samemu wydaje się grzechem tak wielkim, że mężczyzna woli przed tą myślą uciekać – i potrzeba dopiero zapewnienia psychoterapeuty, że ludzie głęboko wierzący mogą wątpić, lecz zwykle do naturalnego dla nich stanu wiary powracają, by Konrad odważył się stawić czoła własnym emocjom.

Fot. HBO

Fot. HBO

Serialowa terapia Konrada także kończy się w sposób dość otwarty – ale pada wyraźna sugestia, że będzie kontynuowana „poza kadrem”. Przełom, który sam pacjent wziął za znak bliskiego kresu leczenia, był dopiero pierwszym z wielu ważnych kroków ku wyzdrowieniu. Ten niecierpliwy, popędliwy człowiek będzie się musiał nauczyć, że czasem, zanim zacznie się działać, trzeba się nad sobą zastanowić – by w ten sposób oszczędzić sobie i innym bólu. To bardzo ludzkie przesłanie sprawiło, że w ostatecznym rachunku lubię wątek Konrada. Dla wielu Polaków ksiądz to postać niemal mityczna, wywyższona; dla wielu innych – synonim zepsucia i podłości. Bez tajemnic pokazało go po prostu jako człowieka i spodobał mi się ten zniuansowany, złożony portret, uwiarygodniony jeszcze przez ciekawą grę Piotra Głowackiego. Da się ksiądz lubić, proszę księdza.

W części trzeciej i ostatniej – wątek Andrzeja.

Bez tajemnic
psychologiczny, obyczajowy
HBO, 2011–

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.