Fot. Disney

Iskra rebelii, iskra nadziei (Star Wars Rebels, PREMIERA: S01E01–03)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Serial Rebelianci już od samego początku wzbudzał wiele kontrowersji wśród fanów. Jako że miał pochodzić ze stajni Disneya, obawiano się przede wszystkim nadmiernej infantylizacji opowieści, podobnie jak stało się to z Wojnami klonów, sporej ilości głupich gagów oraz historii, która raczej nie zainteresuje starszego fana. Niepokoje podsycał fakt, że głównym bohaterem miał stać się 14-letni Ezra, a to raczej nie zapowiadało specjalnie poważnej tematyki i sugerowało problemy egzystencjalne na poziomie gimnazjalisty.

Przyznam szczerze, że mocno mnie to zaniepokoiło. Jestem raczej fanem umiarkowanym, nie rzucam się na wszystko oznaczone logiem Star Wars, bo zwyczajnie szkoda mi czasu i pieniędzy. Spektakularnie zlekceważyłam Wojny klonów właśnie ze względu na ich docelową widownię, miałam jednak szczerą nadzieję, że wyrwanie Gwiezdnych wojen z rąk Faceta We Flanelowej Koszuli i przejęcie ich przez wyjątkowo prężną wytwórnię spod znaku Myszki Miki ruszy jakoś ten świat, pożerający już z wolna własny ogon. Serial animowany daje spore możliwości, zwłaszcza ze względu na szansę szerokiego pokazania świata, czasem mocno ograniczone przez budżet filmu normalnego. To plus fakt, że akcja serialu miała się rozgrywać w czasach przed Epizodem IV, stosunkowo jeszcze mało eksploatowanych nawet w Expanded Universe, dawało sporą nadzieję, na którą jednak wciąż rzucał cień wybór głównego bohatera.

Fot. Disney

Fot. Disney

Potem jednak pacnęłam się mocno w głowę. Serial jest kierowany do dzieci, więc trudno wymagać, by jego główną osią fabularną były przygody dwudziestolatka czy wręcz innego zgrzybiałego starca. Jasne, mogą pojawić się jako postaci poboczne i drugoplanowe, ale w roli głównej nigdy w życiu nie zainteresowałyby dzieciaków. Ponadto poczytałam sobie nieco więcej o załodze statku „Ghost”, w którym młodemu Ezrze miało przyjść przeżywać swoje niecodzienne przygody i zrobiło mi się nieco lepiej. Wprawdzie niezmiennie drażnią mnie rycerze Jedi, którzy tuzinami przeżyli Rozkaz 66, tak jednak jeśli opowieść miała zachować klimat SW, nie mogło tam zabraknąć i Jedi – a pomysł renegata, który podróżuje z innymi najemnikami i usiłuje znaleźć sposób, by Imperium zaszkodzić, jest wprawdzie nienowy (kłania się tutaj postać Dassa Jennira z serii komiksów Mroczne czasy), ale obiecujący i wielce przydatny fabularnie.

Dodatkowo obecność na pokładzie Kanana Jarrusa, przemytnika, który kiedyś szkolił się na Jedi, niedwuznacznie sugeruje, że jeśli twórców najdzie ochota na tematy niejako poważniejsze, jest jak znaleźć dla nich punkt zaczepienia. Twi’lekanka Hera, właścicielka i pilotka statku, to postać równie obiecująca, przede wszystkim dlatego, że już w zapowiedziach miała stanowić coś w rodzaju rozjemczyni pomiędzy członkami załogi i ostoję rozsądku. Coś mi mówiło, że będzie to niezbędne, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę następną bohaterkę – Sabine, Mandaloriankę, specjalistkę od materiałów wybuchowych o dosyć niecodziennym hobby: malowaniu grafitti. Wprawdzie wizja Mandalorianki w różowym hełmie malującej antyimperialne hasła na murach w przerwie między jedną akcją a drugą nieco mnie przeraziła, postanowiłam jednak, jakby co, po prostu zlekceważyć jej istnienie. Oczywiście załoga statku przemytniczego w świecie Gwiezdnych wojen nie może się obejść bez wookiepodobnego członka i tę rolę spełnia Zeb Orrelios, przedstawiciel gatunku Lasatów. Aluzja jest o tyle potężniejsza, że jego wygląd oparty został na jednym z pierwszych szkiców koncepcyjnych Chewiego autorstwa Ralpha McQuarrie (zresztą to nie jest jedyny element serialu, który z tychże szkiców zapożyczono). Dodajmy do tego droida astronawigacyjnego i mamy typową drużynę, jakby rodem z gry Knights of the Old Republic czy klasycznych erpegów.

Wrażenie erpegowości nasiliło się we mnie po opublikowaniu w sieci pierwszych kilku minut odcinka premierowego. Kiedy zobaczyłam, co wyprawia Ezra i reszta załogi „Ghosta”, poczułam się jak na sesji RPG w wydaniu mojej drużyny. Kiwanie szturmowców, pościgi, kradzieże skrzynek z towarem, bo może się przydać… Zabrakło jeszcze faceta w kantynie, który dałby na te skrzynki zlecenie! Poza tym, co ważniejsze, poczułam klimat przygody, tej pierwszej gwiezdnowojennej przygody, gdzie łatwo było powiedzieć, kto jest dobry, a kto zły, a wszyscy dobrzy właściwie znaleźli się w tym samym miejscu prawie że przypadkiem… znaczy nie przypadkiem, a Mocą. Wrażenie umacniała ścieżka dźwiękowa z elementami oryginalnych utworów Johna Williamsa. Rzecz jasna, hardcorowi fani zarzucali jej wtórność, ale dla mnie to po prostu bomba, bo przecież i dostałam coś nowego, i jednocześnie czułam się jak za dawnych dobrych czasów. Właśnie o cos takiego mi chodziło! Doszłam do wniosku, że jeśli historia nie postanowi się koncentrować na naśmiewaniu się ze szturmowców, to będzie naprawdę dobrze.

I co? I jest rzeczywiście dobrze! Do momentu, kiedy piszę te słowa, zobaczyliśmy już trzy odcinki serii, która, jak każde początki, chwilowo zajmuje się rozkręceniem akcji i przedstawianiem postaci, ale robi to naprawdę nieźle. Bohaterowie są charakteryzowani poprzez działanie i już w tych czterech odcinkach widać, jak się zmieniają, jak kształtuje się przyjaźń i współpraca. Obawiałam się nawet w pewnym momencie, czy to wszystko nie jest zbyt powolne, bo kiedy po dwóch pierwszych odcinkach dostaliśmy epizod poświęcony zakupom i kradzieży imperialnego myśliwca, który nie powalał, zastanawiałam się, czy po wielkim otwarciu nie zrobi się nudno i w myślach życzyłam sobie wprowadzenia porządnej osi fabularnej, wokół której całość będzie się kręciła. Dostałam. Ostatni odcinek, Rise of the Old Masters, to przygoda gwiezdnowojenna w najlepszym wydaniu, włącznie z porządnym pojedynkiem na Moc i miecze świetlne, w dodatku wprowadzająca główny, jak sądzę, czarny charakter, imperialnego Inkwizytora. Podejrzewam siebie nieśmiało o kibicowanie tej postaci, bo jestem zagorzałą fanką „tych złych”, poza tym głos podkłada pod niego Jason Isaacs, ale poza tym czuję do Inkwizytora olbrzymią sympatię, bo to wszak element zapożyczony z odsuniętego na drugi plan Expanded Universe i to w dodatku nie wrzucony jako oczko do fanów albo dowcip sytuacyjny, ale doskonale zaplanowany i wykorzystany. Brawa!

Fot. Disney

Fot. Disney

Oczywiście jest też trochę elementów, które drażnią starszego odbiorcę, bo ile można robić w balona imperialnych tudzież ganiać się jak smarkacze po statku, bo ktoś kogoś zirytował, warto jednak pamiętać o tym, że serial skierowany jest przede wszystkim do dzieci. Nie rozumiem również nieustannych zarzutów o wtórność. Czytałam opinie, że Disney wyciąga z SW co najciekawsze i podaje widzom esencję tego, co w nich zawarte. To prawda, ale nie pojmuję, dlaczego to miałoby być złe, mam wrażenie, że bronimy Gwiezdnych wojen przed nimi samymi. Wszak to właśnie rycerze Jedi, Moc, strzelanki i przemytnicy uwikłani w wielką historię Galaktyki w tle stanowili o tym, że Nowa nadzieja, wtedy jeszcze dystrybuowana pod tytułem Gwiezdne wojny, odniosła sukces! Nic zatem dziwnego, że autorzy Rebeliantów korzystają dokładnie z tego samego schematu i jeśli o mnie chodzi, jestem za. A kiedy w ostatnim odcinku Kanan rugał Ezrę za brak kontroli oraz przyznawał, że nie rozumie sensu kultowego „Do or do not, there is no try”, przyznam, że śmiałam się całą duszą z tego, że twórcy kpią z samych siebie i kpią inteligentnie. Jeśli o mnie chodzi, na taką kontynuację Gwiezdnych wojen czekałam i sposób, w jaki serial jest dotychczas prowadzony, daje mi wielką nadzieję na to, że świat gwiezdnowojenny pod rządami Disneya będzie sprawiał mi taką samą frajdę jak wtedy, gdy, mając dziesięć lat, po raz pierwszy usłyszałam magiczne „Niech Moc będzie z tobą”.

Star Wars Rebels
S01E01: Droids in Distress, emisja: 13.10.2014
S01E02: Fighter Flight, emisja: 20.10.2014
S01E03: Rise of the Old Masters, emisja: 27.10.2014

Cathia

Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.