Fot. History Channel

Mieszczańskie disaster porn (Life After People)

Artykuł zawiera spoiler: wszyscy umrzemy.

Wujaszek Freud napisał kiedyś, że w człowieku obecne są dwa przeciwstawne popędy: ku miłości i ku śmierci. Pierwszy, skojarzony z bogiem Erosem, oznacza dążenie do przetrwania, rozmnażania, rozwoju, tworzenia; drugi, związany z bogiem Thanatosem, to pociąg ku śmierci, autodestrukcji, rozpadowi. Na ile ten pomysł na zrozumienie człowieka okazał się trafny, to osobna kwestia, ale Freud był z pewnością jednym z pierwszych, którzy dostrzegli, że w każdej istocie ludzkiej znajduje się upodobanie do zgonów i katastrof. Nieprzypadkowo zarówno kino katastroficzne, jak i wątki postapokaliptyczne oraz historie o zombie cieszą się od dawna niesłabnącą popularnością; ukuto nawet termin disaster porn, dobrze podsumowujący naszą niezdrową fascynację obrazami widowiskowego zniszczenia. Na co dzień rozsądni, odpowiedzialni, kulturalni, wieczorami z wypiekami na twarzy oglądamy obracane w proch miasta i ludzi przemienionych w bestie.

Naprzeciw tej mrocznej potrzebie wyszła w latach 2008–2010 amerykańska stacja History Channel, wypuszczając dwa sezony serialu dokumentalnego pt. Life After People. Pomysł jest bardzo prosty. Co by się wydarzyło, gdyby ludzkość pewnego dnia po prostu zniknęła? Jak wyglądałaby Ziemia w dzień, tydzień, miesiąc, rok, wiek po takim wydarzeniu? Które ze stworzonych przez Homo sapiens artefaktów przetrwałyby najdłużej? Życie po ludziach całkowicie pomija najczęstszy temat katastroficznych rozważań, czyli przyczyny i sposób wyginięcia istot ludzkich; zamiast tego otrzymujemy fascynujące studium rozkładu wszystkiego, co człowiek po sobie pozostawił.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Rzecz zaintrygowała mnie już samym pomysłem, bo nawet w produkcjach dokumentalnych rzadko się zdarza, by człowieka tak zupełnie pominięto. Co to za serial bez bohatera, choćby zbiorowego? A jednak Life After People twardo trzyma się przyjętego założenia. Ludzi widzimy na ekranie tylko w trakcie krótkich przebitek ze współczesności: są to eksperci z różnych dziedzin, od geologii po inżynierię materiałową, wyjaśniający, jak potoczy się historia, gdy nas już zabraknie. Całą resztę programu wypełniają obrazy niszczejących miast, dziczejących zwierząt, natury przejmującej na powrót zagarnięte przez ludzkość tereny.

Każdy odcinek poświęcony jest innemu aspektowi pustej Ziemi. Raz przyglądamy się słynnym dziełom sztuki, innym razem losom oswojonych zwierząt, jeszcze kiedy indziej zapoznajemy się z niewesołą przyszłością nadmorskich kurortów lub zaglądamy pod ziemię, do zamkniętych hermetycznie bunkrów i kapsuł czasu. Skala czasowa jest bardzo szeroka, od jednego dnia po zniknięciu ludzi do milionów lat po tym wydarzeniu – geograficznie zaś, jako że produkcja powstała w Stanach Zjednoczonych, pozostajemy przeważnie na terenie USA, choć zdarzają się też wycieczki do Francji, Japonii, Indii itd., a nawet w kosmos. Kompleksowość wizji jest godna podziwu, nie pominięto chyba żadnej istotniejszej kwestii, choć pod koniec serial zrobił się wtórny, bo niektóre tematy, jak choćby wpływ morza na budowle oraz rzeki, które wymknęły się spod kontroli, siłą rzeczy są do siebie podobne.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Sądzę, że większość widzów przyciągnęła do Life After People wspomniana wcześniej nadzieja na disaster porn – i rzeczywiście jest czym nacieszyć oko. Praktycznie każdy bardziej znany obiekt na terenie USA, od Statuy Wolności po Gateway Arch w Seattle, zostaje na ekranie zniszczony przez podeszły wiek i działanie sił natury. Animacje komputerowe, których użyto do zobrazowania tych katastrof budowlanych, nie są niestety zbyt zachwycające; bardzo po nich widać niski telewizyjny budżet. Serial nadrabia te braki samą ilością zniszczeń, jakie się nam pokazuje, oraz wnikliwą analizą tego, w jaki sposób rozpadają się różne obiekty. Dowiedziałem się np., która część mostu Golden Gate zarwie się jako pierwsza oraz dlaczego niektóre z nowojorskich drapaczy chmur złożą się jak domki z kart już po kilku latach, a inne przetrwają stulecia. Dość fascynujący (i przygnębiający) jest przy tym wgląd w wytrzymałość różnych materiałów – okazuje się, że jednym z najtrwalszych ludzkich artefaktów będzie Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, unoszące się na środku Oceanu Spokojnego skupisko plastikowych odpadków, które będą tam jeszcze pływać na długo po tym, jak upadną ostatnie wieżowce.

Dodatkowym atutem programu są liczne przykłady współcześnie niszczejących obiektów. Zgadując, co się będzie działo na Ziemi za kilka setek czy tysięcy lat, eksperci opierają swoje przewidywania na dobrze zbadanych losach miejsc takich jak opuszczone wskutek podziemnego pożaru miasteczko Centralia w Pensylwanii (które stało się pierwowzorem słynnego Silent Hill) czy od stuleci atakowana przez dżunglę świątynia Angkor Wat. Te przykłady nie tylko znakomicie osadzają cały serial w rzeczywistości, ale też dobrze wyjaśniają omawiane zjawiska fizyczne. Kto by pomyślał, jak ogromnych zniszczeń mogą dokonać pnącza, pleśń czy gołębie, jeśli tylko dać im wystarczająco dużo czasu!

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Tyle, jeśli chodzi o samą treść serialu – ale równie ciekawe są płynące z niego wnioski. Life After People przypomniało mi o bardzo trafnym zdaniu, jakie kiedyś przeczytałem: człowiek najpierw przekształca swoje środowisko naturalne, a następnie przystosowuje się do życia w tak stworzonej niszy. Produkcja History Channel dobitnie pokazuje, jak silnie Homo sapiens przekształcił wielkie obszary planety oraz jak wiele wysiłku wkłada w to, by ów „nienaturalny” stan utrzymać. Większość amerykańskich metropolii zbudowano na pustyni bądź na bagnach; samo nawadnianie ogrodów Los Angeles czy regulacja rzek Waszyngtonu pochłania rocznie miliony dolarów oraz daje stałe zatrudnienie setkom tysięcy ludzi. Życie bez ludzi pokazuje, jak szybko bez tej nieustającej, niewidocznej mrówczej pracy Matka Natura przywróciłaby wszystko do stanu wyjściowego. Monumentalne budowle i zachwycające dzieła sztuki też wymagają ciągłej konserwacji, często niemożliwej bez zaawansowanej technologii: wystarczy, że na kilka tygodni zabraknie prądu, a mumie egipskie, które w suchych, chłodnych kamiennych kryptach przetrwały tysiące lat, w londyńskim muzeum zgniją do szczętu.

W wątek ekologiczny wpisuje się też przedstawiony w serialu los zwierząt i roślin. Z tego punktu widzenia śmierć człowieka oznaczałaby zwycięstwo życia. Udomowione psy i koty szybko by zdziczały, wracając do polowania na wzór przodków. Drzewa i trawy, jak to one, z radością przejęłyby na powrót stworzone przez nas betonowo-asfaltowe pustynie. Bliskie wyginięcia gatunki pod nieobecność najgorszego z drapieżników powróciłyby do pełni sił. Ale, co ciekawe, wyginięcie ludzkości oznaczałoby też koniec kilku innych gatunków – przede wszystkim pasożytów takich jak wesz czy glista ludzka, które bez nas po prostu zagłodzą się na śmierć. Nagłe zniknięcie ludzkości oznaczałoby też masową zagładę dla zwierząt hodowlanych, zamkniętych w oborach czy chlewach i uzależnionych od dostarczanej przez ludzi paszy. (Nie żeby ich obecny los był do pozazdroszczenia!)

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Life After People spełnia rolę współczesnego memento mori: pokazuje nam, że jeśli sięgnąć myślą wystarczająco daleko w przyszłość, nie przetrwa absolutnie żadne z naszych osiągnięć. Hermetycznie zamknięte kapsuły czasu zostaną w końcu zmiażdżone przez ruchy tektoniczne. Pomniki historii porosną bluszczem i zmienią się w pył. Nawet posłana w przestrzeń międzygwiezdną sonda Voyager, niosąca na pokładzie przesłanie od ludzkości, po milionie lat zderzeń z kosmicznym pyłem zacznie się rozpadać na kawałki. Marność nad marnościami i wszystko marność! Biblijne skojarzenia nasuwają się same; pierwszy odcinek serialu kończy się obrazem skamieniałych kości ludzkich, jedynego śladu po nas, jaki przetrwa miliony lat, jak żywo przypominając średniowieczne przedstawienia danse macabre.

A jednak, mimo trudnego tematu i poważnego przesłania, jest w Life After People dziwny brak odwagi, mieszczańska pruderia. Choć oglądamy przygnębiający kres ludzkości, przedstawiona katastrofa nigdy nie przytłacza, nigdy naprawdę nie przeszywa dreszczem. Skąd ten brak mocy? Chyba stąd, że przemilczano myśli naprawdę bolesne. Głos narratora wspomni smutno o pieskach królowej Elżbiety, zamkniętych bez jedzenia i wody w pałacu, ale nie powie wprost, że umrą z głodu; zobaczymy na ekranie sypiące się w gruzy budowle, ale już nie porzucone dziecięce zabawki, nie pokryty kurzem stół zastawiony do posiłku. Usuwając człowieka z Ziemi, twórcy serialu usunęli go też z ekranu, zamietli uprzejmie pod dywan, żeby nie straszyć i nie smucić widza. Śmierć ludzkości jest tu na miarę XXI wieku: szybka, elegancka, zdezynfekowana, niewidoczna i przez to jakoś bezbolesna.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

A może na rzecz należy spojrzeć głębiej? Może kiedy brak człowieka, po prostu nie ma też tragedii? Mogę bać się własnej śmierci, ale nie potrafię objąć jej myślą, wyobrazić sobie i dlatego w jakiś sposób moja własna śmierć mnie nie dotyczy, jest gdzieś poza mną. Może obojętność, z jaką patrzyłem na śmierć cywilizacji w Life After People, wypływa z tego samego źródła, co trudność ze stworzeniem w science fiction kosmitów naprawdę obcych – z faktu, że człowiek nie potrafi wyjść myślą poza to, co ludzkie?

Life After People
dokumentalny
History Channel, 2008–2010

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.