Fot. Showtime

Sztuczki pamięci (The Affair, PREMIERA: S01E01–04)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Książka, film, serial. Uczymy się wierzyć, że przedstawiona na ekranie lub na kartach powieści historia jest w swych granicach prawdziwa. To, co zobaczyliśmy – wydarzyło się naprawdę. A jeśli było majakiem, snem, też szybko i skrupulatnie zostanie nam wyjaśnione, odgrodzone od faktów. Klarowne, zgodne z zasadami. Tymczasem historie w rzeczywistym świecie opierają się na tym, co zawodne – na ludzkiej pamięci. A każdy pamięta inaczej.

The Affair to nowy serial osnuty właśnie na zagadnieniu pamiętania, stawiający je w centrum fabuły, w związku z czym obfituje w eksperymenty formalne, ma budowę szkatułkową i za sprawą powolnej narracji przypomina trochę inne, klimatyczne produkcje ostatniego roku, takie jak True Detective czy Intruders.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Nadmorskie miasteczko. On i ona spotykają się przypadkiem i zakochują od pierwszego wejrzenia. Oboje są zamężni, związani, dorośli. On ma czwórkę dzieci, jej dziecko zmarło, zostawiając po sobie nieukojony ból. Ale tak naprawdę miasteczko jest tylko scenerią ze wspomnień tej samej pary, czy może raczej dwójki osób, opowiadającej swoje cząstki historii, z perspektywy czasu, w gabinecie, a może w sali przesłuchań? Śledzimy historię ich zakazanego związku, ich romansu, przeczuwając, że musiało się w toku rozwoju akcji stać coś wymiernie złego, strasznego, brzemiennego w skutki, wykraczającego poza małżeńską zdradę – w przeciwnym wypadku czemu by ich przesłuchiwano?

Każdy odcinek dzieli się na połówki – swoją wersję zdarzeń opowiadają kolejno Noah i Alison. On jest pisarzem, ma pewne skłonności do koloryzowania, snucia opowieści niekoniecznie wiarygodnych i zgodnych z prawdą, kusi go suspens i ma ochotę na cliffhangery. Jest też mężczyzną i romantykiem, niektórzy nazywają go z przekąsem idealistą. Kochanka nosi w jego wspomnieniach zawsze kusą sukienkę i ma frywolnie rozpuszczone włosy. Jego monolog pełen jest uśmieszków, żarcików, dygresji i bon-motów, a dialogi w tej wersji historii są znacznie bardziej filmowe, prowadzące do wyrazistych scen. Jego ego jest mocno rozdęte, a kompleksy odbijają się na codziennym zachowaniu. Ciągle widzimy go z dzwoniącym telefonem w dłoni albo z portfelem w ręku, gdy za coś płaci. Tylko za co?

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Jej język mówienia i porozumiewania się ze światem jest z kolei poetycki, refleksyjny, z dużą ilością detali, zbliżeń, introwertycznych obserwacji rzeczywistości i ze sporą dawką milczenia. Alison stara się wtopić w krajobraz, Noah narzuca światu swoją perspektywę. Ona jest lokalna, on należy do kategorii „summer people”, letników przetaczających się przez miasteczko w sezonie, siejących kontrolowane sputoszenie; jak huragan, jak letnia burza, jak sen.

Właśnie tak, stylowo, od piosenki Fiony Apple, zaczyna się ta opowieść i płynie zgrabnie przez wspaniałą obsadę (Dominic West, Ruth Wilson, Josh Jackson, Julia Goldani Telles, czyli Sasha z Bunheads), poprzez fabułę wspartą o solidne konsultacje psychologiczne, po spójną kolorystykę tła. Kolor The Affair to kolor morza, nieba i chmur, czyli niebieski. A blue po angielsku oznacza więcej niż nazwę jednej z barw – oznacza także smutek. I powiem Wam, miło jest oglądać coś, co ktoś solidnie przemyślał, z szacunkiem dla naszego czasu oraz intelektu.

Wszystko jest tu na swoim miejscu. Woda, pływanie, pluskanie się, fale, bieganie brzegiem morza, spadanie z klifu, morska latarnia, statki, piasek i wilgoć, kamienie. Upływ czasu, małe rzeczy, które dużo znaczą. Woda to żywioł, ale też stałość. A czas jest wehikułem pamięci. Drobne wymiany zdań, scenki, urywki dialogów, które mówią o wiele więcej niż się wydaje, wklejone zostały właśnie tam, gdzie trzeba. Gorąca kawa wylana na koszulę. Freudowskie pomyłki. Żona pyta, którą sukienkę ubrać. Koleżanka córki, ładna szesnastolatka, opiera się o Noah, przechodząc, a napięcie skacze jak szalone. Pobudzenie i lęk. Równocześnie szkatułkowa konstrukcja narzuca rygor, dyscyplinuje, nie pozwala by się rozlało, rozeszło w szwach. Byśmy zdryfowali na manowce.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Oczywiście uczynienie bohaterem pisarza, borykającego się z twórczą blokadą, pracującego nad książką toczącą się w tym właśnie sennym, wakacyjnym miasteczku, książką opowiadającą o romansie kelnerki i rybaka… Pisarza zbierającego materiały, streszczającego na ekranie swoje zamysły rodzinie, agentowi, nam – jest zabiegiem celowym i wzmagającym wielopoziomowość. Buduje perspektywę meta, puszcza do widza oczko – ja wiem, że ty wiesz, że ja wiem. Wyjdźmy więc razem odważnie poza kadr.

Co dalej? Historia toczy się, zwykła i równocześnie niezwyczajna. Opowieści kochanków przecinają się, by się zaraz rozdzielić. Mają zaskakujące punkty wspólne, jest wiele niedopowiedzeń i drobnych rozwarstwień, przemilczeń, na niektóre sceny nie ma miejsca w jej wersji historii, on też zapomniał już o wielu sprawach. Czasem zresztą ten sam obiekt ma dla Alison i Noah odmienne znaczenie symboliczne – punktem porozumienia bohaterów jest na przykład Piotruś Pan, ale książka przypomina Ali chwile, kiedy czytała bajkę zmarłemu synkowi, podczas gdy niespełniony pisarz kojarzy tytułową postać ze sobą, wiecznie nienasyconym chłopcem, nawet jeśli równocześnie jest mężem i ojcem czwórki dzieci. Piotruś Pan i Lilia Tygrysia. Ten motyw wraca w serialu kilka razy. Na ekranie pojawiają się też sytuacje, które ciężko wyjaśnić sztuczką pamięci, różnice zdawałoby się niemożliwe do pogodzenia. Fundamentalne. Kto kogo namówił do zdrady? W jakich okoliczościach odbył się „pierwszy raz”? Te dysonanse zmuszają nas do wyjścia z pozycji „zawieszenia niewiary” i zadania sobie pytania: kto mówi prawdę?

Fot. Showtime

Fot. Showtime

I musimy zapytać jeszcze, o co naprawdę chodzi w romansie, w miłości, w zdradzie? Obydwa małżeństwa są szczęśliwe, ale nasi bohaterowie, choć zakorzenieni w monogamicznych i uświęconych, zdrowych związkach, oferujących bliskość psychiczną i fizyczną, nie dają sobie rady z natłokiem myśli, są nieszczęśliwi w środku. Dlatego szukają czegoś więcej, a gdy to zobaczą, mimo prób nie potrafią się oprzeć pokusie. Wakacje usprawiedliwiają wszystko, twórcze poszukiwania są zasłoną dymną, oniryczne miasteczko rozkleja moralne zasady. Przypływy i odpływy, krople drążące skałę. Zdrada ma charakter egzystencjalny. Towarzyszy jej smutek utraconych szans, desperackich prób zmazania porażek i nadania sensu codzienności. Trudno nie rozumieć bohaterów, co więcej, trudno im nie kibicować. Z drugiej strony rozumiemy, że robią coś złego. A pytanie, kto mówi prawdę, staje się stopniowo pytaniem o prawdę emocjonalną.

Serial zmusza nas bowiem do zapamiętywania, wychwytywania podobieństw i różnic na obrazku, do czujności i skupienia. Ogląda się go z uwagą, nie odrywając wzroku od ekranu – każdy detal, skrzywienie ust, ruch dłonią, ukradkowe spojrzenie – może się okazać wskazówką. W związku z powyższym my też prowadzimy śledztwo, nasze prywatne dochodzenie, co znów zwrotnie sprawia, że „szkatułkujemy”, towarzyszymy detektywom przesłuchującym parę głównych bohaterów. A może oni reprezentują nas?

Fot. Showtime

Fot. Showtime

I czy to na pewno jest śledztwo? Serial kryminalny skupiony na zagadce morderstwa? Bo przyglądając się uważniej, praca detektywistyczna przypomina raczej „terapię par”, podejmowaną przecież często oddzielnie, taką, podczas której każda ze stron ma szansę opowiedzieć i wybronić swoją stronę historii. Dzielenie odcinków na dwie odrębne „sesje”, dwie różne perspektywy patrzenia, rozkładania akcentów, to wszystko wzmacnia w nas, widzach, uczucie introspekcji, do której się zmuszamy w celu uleczenia, rozplątania sytuacji.

A sam sposób podania opowieści, zabiegi wymuszające odejście od banału i pokazanie zgranego motywu małżeńskiej zdrady w wymiarze szekspirowsko tragicznym i ewidentnie uniwersalnym, sprawia, że nie możemy się oderwać od The Affair. Tak, dostajemy trochę teatru, trochę moralitetu, mitu, baśni. Ale czyż nie tym właśnie jest w swej esencji terapia? Próbą opowiedzenia historii na nowo, tak, by pasowała do naszego życia i do nas samych?

Fot. Showtime

Fot. Showtime

 The Affair
drama
Showtime, 2014–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.