Pionowa składowa dziejów, czyli dlaczego magia jest najgorszą rzeczą, jaka mogła przydarzyć się Westeros? Część I

DISCLAIMER : Choć po przeczytaniu poniższej analizy można odnieść zgoła inne wrażenie, autorka jest wielką fanką Pieśni Lodu i Ognia oraz jej serialowej adaptacji. Tekst jest wypadkową jej nieuleczalnego krukoństwa oraz nałogowego szukania dziury w całym.

DISCLAIMER 2: Choć analiza jest ogólnikowa, spoilery do całego cyklu trafiają się tu i ówdzie. Ye be warned.

Jedną z wielu niepotrzebnych umiejętności, jakich nabywa się na studiach humanistycznych, jest analiza tekstu kultury „pod włos”, czyli zwracając uwagę nie na centralny wątek utworu, ale na to, co dzieje się na jego obrzeżach: rzeczy wspominane mimochodem, postaci i wydarzenia w tle, drobne cegiełki budujące utwór, którym w normalnej lekturze/oglądaniu poświęca się niewiele uwagi lub zupełnie się ich nie zauważa. Tę technikę analizy można zastosować do dowolnego elementu utworu, jednak szczególnie ciekawe rezultaty uzyskuje się, gdy wsadzi się nos w konstrukcję świata przedstawionego, zwłaszcza światów fikcyjnych.

W większości uniwersów fantasy świat przedstawiony jest przeważnie ładnym, nieprzeszkadzającym w lekturze tłem, na którym rozgrywają się wydarzenia książki, miejscem, które bohaterowie mogą przemierzać podczas epickich questów. Na obrzeżach tych światów zwykle niewiele jest do znalezienia, co jest poniekąd zrozumiałe: nie każdy autor musi być Tolkienem, opisującym miłośnie każdą wieżyczkę Gondolinu. Zdarzają się jednak utwory, które w całości rozgrywają się na tych obrzeżach, przy okazji kontestując sam fakt rozróżnienia na to, co jest w centrum uwagi, i na to, co zostało zmarginalizowane. Książką, o której mowa, a która była natchnieniem do poniższej analizy (oraz paru innych przemyśleń), jest Ostatni władca Pierścienia Kiryła Yeskova. Ten genialny retelling Tolkienowskiego eposu przedstawia Mordor jako prężnie rozwijającą się cywilizację u progu rewolucji przemysłowej, którą elfy do spółki z Gondorem chcą przy pomocy Wojny o Pierścień zawrócić do technologicznego średniowiecza i zaprowadzić rządy oparte na magii. Książka ma swój odpowiednik Froda, biologa i lekarza wojskowego, którego do misji ocalenia świata opartego na wiedzy i nauce namawia się następującymi słowy:

Magiczne moce przebudują ten świat wedle swego gustu i nie będzie w nim już miejsca na technologiczne cywilizacje podobne mordorskiej. Trójwymiarowa spirala Historii straci pionową składową i opadnie w zamknięty cykl. Miną wieki i tysiąclecia, ale zmieniać się będą tylko imiona królów i wygranych przez nich bitew. […]

[T]ylko w zmieniającym się świecie śmiertelny może zmienić swe przekleństwo w błogosławieństwo i doskonaląc się w łańcuchu pokoleń, wzbić się ponad nieśmiertelnych.[T]en [magiczny] świat będzie całkiem niegłupi – stojący staw […] w sensie estetycznym przegrywa ze strumieniem, ale kwitnące na jego powierzchni nenufary są naprawdę przepiękne…

Przenieśmy się teraz z tego alternatywnie ujętego Śródziemia do bardziej popularnego uniwersum, jakim jest Westeros George’a R. R. Martina. To świat noszący wszelkie cechy późnego zachodnioeuropejskiego średniowiecza (a konkretniej XV-wiecznych Wysp Brytyjskich), w którym przeznaczeniem mężczyzn z wyższej sfery jest rządzić lub czasem zginąć w boju, tych z niższej sfery – pracować w polu lub rzemiośle i czasami również zginąć w boju pod przywództwem tych wyżej, zaś kobiet, niezależnie od stanu – cementować rodowe alianse i rodzić dzieci. Duchowieństwo to, sądząc po nielicznych opisach, opcja pozbycia się młodszych lub nadmiarowych (a więc zbędnych) synów albo nieładnych (a więc zbędnych) córek (pomijam tu kwestię indywidualnego powołania). Wśród siedmiu bóstw głównej religii tej krainy nie ma żadnego, które opiekowałoby się ludźmi zajmującymi się sprawami ducha i intelektu, chyba że uznamy za takowe Nieznajomego, który jest również kojarzony ze śmiercią – pięknie dziękuję za takiego patrona.

Szare eminencje Westeros

Do tego paraśredniowiecznego uniwersum Martin wrzucił jednak klasę ludzi, którzy zdają się stać na zewnątrz tego trójpodziału społecznego. Pozycja i rola zakonu (bractwa?) maestrów jest w tym świecie cokolwiek nieustalona – ni to lekarze, ni to historycy, ni to nauczyciele i skrybowie, ci odziani w szare szaty ludzie z łańcuchami na szyjach spotykani są na każdym ważniejszym dworze i dworku jak Westeros długie i szerokie. Jako specjaliści od wszystkiego po trosze z jednej strony otaczani są szacunkiem za wiedzę i umiejętności, z drugiej strony trochę się ich lekceważy jako stojących w hierarchii niewiele wyżej niż reszta domowej służby (maestrowie świetnie dogadaliby się w tej kwestii z XIX-wiecznymi guwernantkami). Znamienna jest tutaj reakcja Randalla Tarly’ego na wyrażoną przez jego syna i dziedzica chęć zostania jednym z nich – inklinacje Sama i jego oczywiste intelektualne predyspozycje nie są dla pana na Horn Hill istotne, ważniejsze jest zachowanie rodowej tradycji każącej mężczyznom władać ziemią i mieczem oraz w razie potrzeby ginąć zaszczytnie. Służba nauce w tym świecie najwyraźniej zaszczytem nie jest.

Gra o tron – maester Luwin

Geografia, historia i wychowanie obywatelskie naraz.| Fot. HBO via gameofthrones.wikia.com

Bardzo zresztą niesłusznie – w czasie, w którym rozpoczynają się wydarzenia AsoIaF, Westeros przeżywa swój odpowiednik średniowiecza, ale bohaterowie często wracają w opowieściach do heroicznych czasów przywodzących na myśl raczej epokę brązu lub żelaza: małe kamienne forciki, małe biedne osady, niewystarczające żniwa, głód, zimno – i żadnego sposobu na walkę z nimi. Oczywiście część bohaterów (*khem* Sansa *khem*) patrzy ten okres z zachwytem jako na epokę heroiczną i złoty wiek, zaludniony przez szlachetnych rycerzy dokonujących śmiałych czynów, smoki, piękne damy, rycerski honor i resztę parafernaliów średniowiecznych romansów, jednak między wierszami da się wyczytać, że życie codzienne w tamtych czasach nie wyglądało raczej zbyt różowo.

Założę się o wiele, że większość z osiągnięć westeroskiej medycyny, chemii, architektury czy tkactwa, które widzimy w ASoIaF, jest dziełem pokoleń bezimiennych maestrów czy alchemików, ślęczących nad próbówkami z odczynnikami czy barwnikami, hodujących jedwabniki, obliczających kąty łuków lub obciążenia ścian nośnych, czy też po prostu obserwujących i notujących swoje spostrzeżenia dla przyszłych pokoleń. Niemałą rolę musiała tu też odegrać umiejętność czytania i znajomość języków, pozwalająca na zapoznanie się z dorobkiem naukowym krain zza Wąskiego Morza i wprowadzenie nowinek technicznych w Westeros. Świat popychają do przodu nie dzielni rycerze w pełnej płycie szarżujący na wroga pod barwnymi sztandarem, choć to o nich będzie się pisać w kronikach, i o nich maestrzy będą uczyć przyszłych lordów od Dorne po Mur – zmianę i postęp świat zawdzięcza zawsze tym mniej lub bardziej bezimiennym ludziom, którzy zamiast zabijać lub dać się zabić w przepychankach o ziemię czy władzę, siedzą w wieżach z kości słoniowej (czy też Cytadeli) i dłubią w swoich szalonych projektach. Z tym że, jak widać, w Westeros poświęcenie się nauce, a także praktykowanie tej nauki w służbie innym, nie jest powodem do dumy ani przesadnie prestiżowe, co na pewno oddziałuje na ilość adeptów. A szkoda – maestrowie to taka wielka, niewykorzystana szansa! Wykształceni, wyszkoleni w wielu kunsztach ludzie należący do jednej organizacji, rozsiani po dworach całego Westeros, mający posłuch u wszystkich ważniejszych figur na politycznej planszy oraz dostęp do ich korespondencji… czy tylko ja widzę tutaj podaną jak na srebrnej tacy okazję do dyplomatycznych knowań na taką skalę, że kardynał Richelieu popłakałby się ze szczęścia? Jeden Pycelle w końcu wiosny nie czyni.

Toksykolog i polityk-intrygant w jednym. | Fot. HBO via gameofthrones.wikia.com

Toksykolog i polityk-intrygant w jednym. | Fot. HBO via gameofthrones.wikia.com

Przejdź do drugiej części artykułu.

Narvienn

Chaotic Good, Krukonka, anglistka i tłumacz z wykształcenia, przewodnik górski z zamiłowania. Interesuje się wszystkim od martwych języków po geologię, świetnie sprawia wrażenie, że zna się na wielu rzeczach, a w wolnych chwilach parodiuje ulubione obiekty swojego fanowstwa (np. Ksiądz Kto czy Drużyna K) i kaligrafuje. Od lat stara się wpaść na pseudonim, który umiałby wymówić ktokolwiek poza nią, na razie bez powodzenia.