Fot. via adrianalexanderswriting.blogspot.com

We’re here, we’re queer – postaci LGBTQ w serialach fantastycznych

Artykuł zawiera spoilery.

Wprowadzenie

Kilka uwag na początek. Po pierwsze: przez większość czasu do określenia gejów, lesbijek, biseksualistów (tak, oni istnieją!) czy „transów” będę używać dla wygody zbiorczego terminu „queer” w znaczeniu „nieheteronormatywny”. Nie jest to do końca prawidłowe, ale mnie ułatwi pisanie. Pozwoliłam sobie również na pewne nadużycia (np. Ivanowa została przez mnie zaklasyfikowana jako les, wybrałam jedną interpretację historii Delenn itp.), wszystko dla ciągłości argumentacji. Po drugie: spora część prelekcji to historia kina. Już tłumaczę: obszernie tematyka queer w serialach pojawiła się dosyć późno, bo dopiero w latach 90. XX wieku, ale żeby zobaczyć, jak dokonała się ta rewolucja, musimy sięgnąć aż do lat 30. XX wieku – a wtedy telewizja w kształcie mniej więcej współczesnym nie istniała; jej rolę rozrywkową w dużej mierze realizowały filmy kinowe. Opowiem więc trochę o tym, jak tematyka queer zeszła do podziemia w wyniku implementacji Kodeksu Haysa i jak wykorzystał to w swojej twórczości Alfred Hitchcock. Potem przejdziemy do typowych ról, w których postaci queer były obsadzane. Pokrótce omówię też fantastykę jako gatunek przed latami 60. i po latach 60., skupiając się przede wszystkim na roli feminizujących autorek Nowej Fali, czyli Ursuli LeGuin, Joannie Russ i Jamesie Tiptree Jr. tworzących pod wpływem rewolucji obyczajowej, która wtedy nastąpiła i jaki miało to efekt w serialach na przykładzie Star Treka Gene’a Rodenberry’ego i brytyjskiego serialu Blake’s 7. W trzeciej części przejdziemy wreszcie do przykładów z seriali z lat 90., które pokrótce omówię; a zakończę temat podsumowując doroczne raporty GLAAD (czyli Gays and Lesbian Alliance Against Defamation) dotyczące reprezentacji osób queer w serialach telewizyjnych. O wielu popularnych serialach nie wspomnę: częściowo dlatego, że ich nie oglądam, a częściowo dlatego, że ich queerowi bohaterowie niewiele wnoszą do dyskursu.

Kodeks Haysa jako kamień milowy

W 1930 w efekcie skandali, w które zamieszane były gwiazdy Hollywood, stworzony został dokument o nazwie Kodeks Haysa. Na pewno o nim słyszeliście, może nawet go czytaliście, nie jest długi, a jest fascynującą lekturą z uwagi na nieco bełkotliwy język, który do tej pory ma się dobrze w ustach co poniektórych prawicowych polityków. Jego powołanie było przynajmniej częściowo próbą powrotu do „tradycyjnych” wartości takich jak rodzina, miłość, patriotyzm, spowodowanych Wielkim Kryzysem z roku 1929 – jest to naturalny mechanizm społeczny, który sprawia, że źródła problemów upatruje się dokładnie nie tam gdzie trzeba. Zamiast więc uznać, że powodem kłopotów jest krach na giełdzie, postanowiono zaatakować niemoralne filmy. Logiczne, prawda? Kodeks Haysa zabraniał pokazywania na ekranie m.in. zdrad małżeńskich, mieszanych rasowo par, idealizowania gangsterów, przeklinania czy tańca (bo jak wiemy z Doctora Who, taniec to metafora seksu), by nie zachęcać widzów do grzechu.

Marlene Dietrich. Fot. Wikipedia

Marlene Dietrich. Fot. Wikipedia

Nie znaczy to oczywiście, że przed Kodeksem Haysa queers w kinie mieli się jak pączki w maśle, bo to nieprawda. Powstawały z nimi filmy, ale ich wizerunek na ekranie był bardzo sztampowy. Wszyscy geje mówili wysokimi głosami, byli bardzo sfeminizowani; lesbijki to były potężne, męskie z urody kobiety w typie enerdowskich pływaczek. Eksploatowano najgorsze stereotypy. W dodatku queers byli relegowani do roli postaci charakterystycznych. Spory skandal wywołała otwarcie (jak na tamte czasy) biseksualna Marlene Dietrich, pojawiając się na premierze filmu w 1932 roku ubrana we frak, z laseczką i w cylindrze. Hays dostał takiej piany, że w 1933 zabronił pojawiania się gejów na ekranie. Jak Kodeks Haysa ma się do tematu artykułu? Queers jako tacy nie zostali w dokumencie wspomniani, ale jest ustęp poświęcony tzw. „sexual perversions” – termin na tyle szeroki, by obejmował absolutnie wszystko od fetyszy bieliźnianych poprzez crossdressing aż do orientacji seksualnych innych niż „jedyna słuszna”. W gruncie rzeczy Hays i jego biuro bardzo przypominali posłankę Pawłowicz i jej podobnych współczesnych polskich oszołomów. Dzięki temu filmy takie jak A Woman (1915) z Charliem Chaplinem, gdzie aktor przebiera się za kobietę i wykorzystuje zainteresowanie mężczyzn swoją osobą, przestały być przez pewien czas kręcone. Co prawda Kodeks Haysa nie był dokumentem prawnym per se, ale studia filmowe też zostały doświadczone przez kryzys i chciały zarobić, a wprowadzanie do kin filmów uznanych za niemoralne po roku 1934 było utrudnione. Łatwiej było dostosować się do wytycznych Kodeksu niż obawiać się finansowej klapy najlepszego nawet filmu.

Evil gays

Efekty Kodeksu Haysa były więc dla queers katastrofalne, ale kwestią czasu było pojawienie się może nie tyle rozwiązania, co obejścia problemu. Gejów na ekranie nie wolno było pokazywać, ale przecież można było wykorzystać pewne powszechnie kojarzone gesty czy zachowania, by coś zasugerować. Celował w tym przede Alfred Hitchcock, który bardzo często do ról w swoich filmach zatrudniał aktorów-gejów (będących w szafie, ale plotki w Hollywood zawsze były powszechne), by osiągnąć na ekranie specyficzny efekt zmanieryzowania.

Rezultatem tego procederu było to, że na wiele, wiele lat queers zostali relegowani do roli tych złych. Przykłady? Proszę bardzo: Joel Cairo z Sokoła maltańskiego (1941), Norman Bates z Psychozy (1960), baron Vladimir Harkonnen z Diuny (1984), Buffalo Bill z Milczenia owiec (1991), Catherine Tramell z Nagiego instynktu (1992), książę Edward z Walecznego serca (1995), Tom Ripley z Utalentowanego pana Ripleya (1999) czy Raoul Silva z Skyfall (2012) – przy czym Raoul Silva dosyć wyraźnie pokazuje, że rewolucja już się dokonała/dokonuje się, bo „źli queers” byli zazwyczaj wprowadzani jako fabularny punkt ciężkości wobec machismo głównego bohatera (Humphrey Bogart w Sokole maltańskim czy Mel Gibson w Braveheart), by ten mógł się słusznie oburzyć na ich styl bycia i poczuć się moralnie wywyższonym, a ile pamiętacie, w filmie James Bond sugeruje, że jemu też nieobce są stosunki męsko-męskie.

Baron Harkonnen z "Diuny". Fot. Universal Pictures

Baron Harkonnen z „Diuny”. Fot. Universal Pictures

Kodeks Haysa został obalony oficjalnie w połowie lat 50. i zastąpiony używanym do dziś systemem oznaczeń od G do NC-17, ale dopiero w latach 60. dokonała się rewolucja obyczajowa, która znalazła swoje odzwierciedlenie na ekranie. W jej efekcie queers przestali być źli, a zaczęli być smutni z tendencjami samobójczymi – przynajmniej na ekranach kinowych. W latach 80. i 90. głównym problemem była epidemia AIDS (Filadelfia z 1993 czy z tego samego roku znakomita sztuka Anioły w Ameryce, zekranizowana w 2003), ale właściwie queers zostali „oswojeni” w kinematografii, czego przykładem może być film Cztery wesela i pogrzeb z 1994 roku.

Tymczasem na małym ekranie

Jak to wszystko ma się do seriali telewizyjnych? Trochę ma. Seriale istniały w telewizji właściwie od początku jej istnienia, początkowo jako obrazkowe wersje słuchowisk radiowych. Telewizja w kształcie, jaki znamy teraz, pojawiła się dopiero w latach 50., wtedy zaczęto emitować pierwsze sitcomy (I Love Lucy) czy talk showy, głównie dlatego, że nowo powstające kanały telewizyjne szukały coraz to nowych sposobów na odciągnięcie widzów od konkurencji. Po tej stronie oceanu sytuacja wyglądała świetnie: już w 1959 roku ITV wyemitowało pierwszy gejowski dramat South. Wcześnie, prawda? Ale rewolucja obyczajowa tak naprawdę jeszcze się nie zaczęła. Więcej powiem, w 1954 roku zaszczuty Alan Turing popełnił samobójstwo. Dopiero za 10 lat będą miały miejsce nowojorskie zamieszki po ataku policji na Stonewall Inn.

Na prawdziwy przełom telewidzowie musieli czekać aż do 1991 roku, gdy w amerykańskiej telewizji, w serialu L.A. Law pokazano po raz pierwszy pocałunek między dwoma kobietami. Flegmatyczni Anglicy poczekali z tym aż do roku 1994: jedną z całujących się kobiet była Anna Friel (znana z Pushing Daisies, gdzie grała „a girl named Chuck”), a serialem była opera mydlana zatytułowana Brookside. Od tej pory wydarzenia potoczyły się lawinowo; dość powiedzieć, że już w 1996 mamy pierwszy ślub pomiędzy lesbijkami na ekranie w jednym z najpopularniejszych sitcomów wszechczasów, czyli Przyjaciołach.

Czy to jednak znaczy, że między rokiem 1959 a rokiem 1991 queers w świadomości widzów nie istnieli? Nie, mamy mocne dowody na to, że mimo iż nie pojawiali się na ekranie zbyt często, zajmowali całkiem sporo miejsca w wyobraźni widzów – przynajmniej tych z fandomu fantastyki.

Fantastyka jako domena mężczyzn

tumblr_mis79mEx2p1qfw572o4_500

Brytyjska autorka Nicola Griffith, u nas zupełnie nieznana, a będąca przecież laureatką wielu nagród: Nebuli, nagrody im. Jamesa Tiptree Jra., World Fantasy Award, doceniona nawet przez mainstream (sześć nagród Lambda piechotą nie chodzi), ma taką teorię, że ponieważ SF było głównie skierowane do mężczyzn, było przede wszystkim heteronormatywne. Queers zmuszeni byli identyfikować się z obcymi czy mutantami (jest to bardzo zabawne, jeśli ktoś czyta współczesny komiks Young Avengers, w którym ze świecą szukać choćby jednej heteroseksualnej postaci). Sytuacja zmieniła się w latach 60. (zwróćcie uwagę na korelację z obalonym Kodeksem Haysa), gdy w ramach tak zwanej „Nowej Fali” literatury fantastycznej pojawiło się feministyczne i genderowe SF. Autorki takie jak Ursula LeGuin (Lewa ręka ciemności z 1969), Joanna Russ (The Female Man z 1975 i mnóstwo feministycznych esejów) czy Alice Sheldon (pisząca pod pseudonimem James Tiptree Jr) wprowadziły science fiction na nowe tory. Gdyby nie one, o wiele trudniej byłoby się przebić np. Lois McMaster Bujold czy Ann Leckie z ich space operami.

Space, the final frontier

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z faktu, że do lat 60. właściwie nie było pisarek science fiction. Była to faktycznie domena mężczyzn. Jest jednak jeden obszar fanowskiej twórczości, gdzie od lat 60. właśnie dominują kobiety – czyli fanfiki. Dlaczego o tym wspominam? Przede wszystkim dlatego, że pierwsze fanfiki gejowskie powstały jako „uzupełnienie” serialu science fiction. Widzowie (widzki) oryginalnego Star Treka z 1966 roku gremialnie uznały, że kapitan Kirk i oficer naukowy Spock na pewno ze sobą sypiają (campowy nastrój serialu wspomagał to wrażenie). Co ciekawe, oceniany powszechnie jako bardzo postępowa franczyza Star Trek w serialach nie ma ani jednej homoseksualnej postaci, mimo iż Gene Rodenberry planował jej wprowadzenie w roku 1987. Myślę, że George Takei ma o to żal do scenarzystów.

W Wielkiej Brytanii też istniał serial, który pobudzał twórcze soki autorek fanfików; było to Blake’s 7, bardzo polityczna space opera. W przeciwieństwie jednak do Star Treka ekstrapolacja wątków z serialu do seksualnych relacji w fanfikach była tu o tyle zasadna, że zgodna z charakterami wiecznie knujących i zmieniających sojusze postaci.

The dream of the nineties is alive (in Portland)

Momentem przełomowym dla queers na małych ekranach okazały się być lata 90. XX wieku. Wspomniałam już o tym, jakie rewolucyjne zdarzenia miały miejsce w bardziej mainstreamowych, czyli takich o zdecydowanie większej publiczności, serialach – przetarły one drogę tematyce LGBTQ w serialach fantastycznych. Co ciekawe, również tutaj na pierwszy ogień poszły lesbijki, co w pewnym sensie potwierdza teorię o science fiction jako literaturze skierowanej przede wszystkim do mężczyzn.

Wielka trójca lesbijskich romansów

Po pierwsze więc, J. Michael Straczynski w swoim epickim dziele Babylon 5 z 1994 roku (o którym jeszcze raz wspomnę) wprowadził romans pomiędzy Susan Ivanową i Talią Winters – przy czym zrobił to w taki sposób, że wystarczyło mrugnąć w trzech momentach i można było całość związku przegapić, zwłaszcza, że „oficjalnie” obie panie za sobą nie przepadały, głównie z powodu uprzedzeń Ivanowej wobec telepatów. Była oczywiście scena, gdzie na krótki okres czasu Talia musi wprowadzić się do kwater Ivanowej, śpi w jej łóżku, budzi się i dosyć wyraźnie przetacza się na bok z uśmiechem na twarzy, oczekując na drugiej połowie łóżka gospodyni – której już tam nie ma. Raz widzimy obie bohaterki w restauracji na kolacji. Pewne potwierdzenie ich relacji uzyskujemy dopiero w sezonie trzecim, gdzie podczas minbarskiej ceremonii Susan mówi: „I think I loved Talia” – Talii jednak już w tym czasie na stacji Babylon 5 nie ma.

Po drugie, Xena, wojownicza księżniczka (1995). Serial powstał jako spin-off popularnego Herculesa i powtarzał jego schemat fabularny: główna bohaterka-wojowniczka i jej towarzyszka. Trudno powiedzieć, czy serial od początku planowany był jako taki z lesbijskimi podtekstami, ale pomiędzy Lucy Lawless i Renee O’Connor, czyli odtwórczyniami ról Xeny i Gabrielle była taka chemia, że już w drugim sezonie, w epizodzie zatytułowanym The Quest bohaterki się całują, fanki (serial miał głównie fanki) szaleją z radości, a twórcy oczywiście wycofują się rakiem z całego pomysłu aż do sezonu szóstego i ostatniego (oczywiście rzucając od czasu do czasu teasery w postaci kąpieli z bąbelkami czy tanga – queer baiting at it’s best).

Fot. Mutant Enemy Productions (GRR! ARGH!)

Fot. Mutant Enemy Productions (GRR! ARGH!)

Trzeba jednak pamiętać, że choć fani widzieli małżeństwo dwóch kobiet na ekranie, twórcy nigdy tego oficjalnie nie potwierdzili. Na oficjalną parę lesbijek trzeba było poczekać jeszcze kilka lat, aż do Buffy (1997). Willow i Tara są ważne dokładnie z tego względu: po raz pierwszy związek dwóch kobiet w serialu fantastycznym został pokazany wprost, a nie tylko zasugerowany i nikt się z niego nie wycofał. Niestety Buffy zapoczątkowuje nowy trop: zabijania postaci queers. Po śmierci Tary Willow realizuje również, przynajmniej chwilowo, stereotyp „evil gay”.

Potem niestety związki lesbijskie w fantastycznych serialach telewizyjnych stały się sztampowe, ciekawą iterację stanowi dopiero Doctor Who i to bynajmniej nie dlatego, że madame Vastra jest jaszczurką z początku czasu, a Jenny jej pokojówką, ale dlatego, że ich ich związek bardzo wyraźnie nosi znamiona dom/sub – choć znowu jest to raczej zasugerowane niż pokazane wprost; i w ten sposób doszliśmy do DW.

Queer as Folk

Fot. BBC

Fot. BBC

Pewnie już się zorientowaliście, że tytuł prelekcji został zaczerpnięty z fantastycznego serialu Queer as Folk (wersji brytyjskiej z 1999), który to serial uwielbiam i często cytuję przy najróżniejszych okazjach. Jego twórca, Russel T. Davies, następnie reaktywował Doctora Who i to w trakcie jego kierowania tym serialem wprowadzono postać kapitana Jacka Harknessa, „reklamowanego” jako postać omniseksualna, co brzmi lepiej, zanim człowiek zda sobie sprawę z pełnych implikacji terminu. Jack Harkness flirtuje na potęgę z absolutnie wszystkim (przy czym należy pamiętać, że nie jest pierwszą taką postacią w serialach SF, wcześniej pojawiła się Chiana z Farscape z 1999 roku) i w końcu dostaje własny serial, czyli „bloody Torchwood”. Wspominałam o tym, jak w komiksie Young Avengers wszystkie postaci są queers? No więc podobnie jest w Torchwood. Jack sypia ze swoim pracownikiem Ianto, Gwen i Toshiko całują się z kobietami, Owen wykorzystuje obcą technologię, by przespać się z dziewczyną i jej chłopakiem. Torchwood był spin-offem skierowanym do dorosłej publiczności i jako taki mógł poruszać tematy, które w Doctorze Who po prostu by nie przeszły. Czy wyszło to serialowi na dobre, pozostaje kwestią sporną.

I’m just a sweet transvestite (from transsexual Transylvenia)

(Nie, nie mogę się też powstrzymać od cytowania The Rocky Horror Picture Show.)

Doctor Who miał też coś do powiedzenia w kwestii osób trans, gdy w 1999 Doktor zmienił się w kobietę. Pewnie, miało to miejsce w humorystycznym epizodzie z okazji Red Nose Day pod tytułem The Curse of the Fatal Death, ale od tego czasu zdążyło stać się kanonem: najpierw za sprawą sugestii w odcinku Neila Gaimana The Doctor’s Wife, a niedawno za sprawą kolejnej, cudownej i wspaniałej inkarnacji Mastera/Missy.

Konwencja SF pozwala na pokazanie osób trans w odrealniony sposób, ale tak naprawdę prawdziwych trans w serialach nie ma (wyjątek: Tony Sawicki z Orphan Black). Pod koniec pierwszego sezonu Babylon 5 Delenn przepoczwarza się z Minbari w hybrydę Minbari i człowieka. Jest to o tyle interesujące, że w oryginalnym zamyśle Straczynskiego Delenn miała należeć początkowo do trzeciej płci, a dopiero po przemianie stać się kobietą; niestety zamysł został zarzucony po tym, jak oprotestowała go grająca Delenn Mira Furlan. W sumie szkoda, bo w ten sposób B5 zostawiłby inne seriale daleko w tyle, jeśli chodzi o progresywne przedstawienie seksualności.

Humorystycznie potraktowany temat zmiany płci jest też w serialu Misfits: w trzecim sezonie na jeden odcinek Curtis zyskuje moc zmiany płci. Oczywiście Misfits to serial specyficzny, raz nawet chcieli zabić Hitlera (serio, obsesja Brytyjczyków na tym punkcie jest zadziwiająca), więc Curtis oczywiście zachodzi w ciążę. Sam ze sobą. Od masturbacji. Serio, serio, twarz na tym odcinku aż boli od facepalmów.

Fot. CBS

Fot. CBS

Wspomniałam, że Star Trek wcale nie był tak postępowy, jak wierzymy, że był, przynajmniej w kwestii postaci queer, ale w Deep Space 9 pojawia się wątek jakby trans. Jadzia Dax jest nosicielką symbiontu i w pewnym momencie spotyka nosicielkę innego symbiontu, z którym jej symbiont pozostawał kiedyś w związku małżeńskim (to znaczy poprzedni nosiciele byli w związku małżeńskim, więc i Lenara, i Jadzia posiadają ich wspomnienia i emocje). Uczucie pomiędzy nimi nie wygasło, ale prawo Trill zakazuje związku pomiędzy nowymi nosicielami, więc kończy się na pocałunku. Trill są wykorzystani również w The Next Generation, gdzie Beverly Crusher romansuje z nosicielem, nosiciel ginie, a kolejny jest kobietą, co dla pani doktor jest powodem do zakończenia związku.

Bisexual? There’s no such thing

Wszyscy wiemy, że biseksualność to tylko taka faza. Ale okazuje się, że w serialach SF całkiem sporo osób przez nią przechodzi: w Torchwood Ianto, Tosh, Gwen i Owen, w Battlestar Galactica Felix Gaeta, w Doctorze Who Doktor, w Teen Wolfie Stiles i Caitlin (grana przez Zeldę Williams), w Grze o tron Oberyn Martell. Jest to o tyle ciekawe, że z fabularnego punktu widzenia biseksualność tworzonych postaci powinna być dla scenarzystów pożądana, bo pozwala na więcej konfiguracji związków emocjonalnych, co jest ważne nie tylko w telenowelach. Zazwyczaj jednak jest tylko wspominana, po czym zamiatana pod metaforyczny dywan, a w jednym ekstremalnym przypadku (Constantine!) została nawet intencjonalnie wykreślona z charakterystyki bohatera.

Bury your gays

Wspomniałam przy okazji Tary, że queers z „tych złych” zmienili się w „tych, którzy najczęściej umierają”. Jest w tym oczywiście pewna przesada, ale Dominic Mitchell potraktował to dosyć dosłownie i uśmiercił gejów. Co prawda zaraz potem ich ożywił jako zombie i dzięki temu dostaliśmy dwa fantastyczne sezony In the Flesh, gdzie geje faktycznie są zombie, ale przy okazji zombiactwo jest jedną wielką metaforą wykluczenia ze społeczeństwa, czy to ze względu na orientację seksualną czy np. chorobę – przy czym ponieważ jest to serial produkcji BBC, całość jest bardzo subtelnie potraktowana. Jest to jeden z moich ukochanych seriali i serdecznie go polecam.

Fot. HBO

Fot. HBO

It’s not porn, it’s HBO

Na drugim końcu spektrum są oczywiście seriale HBO, gdzie orientacja seksualna bohaterów służy przede wszystkim temu, by móc pokazać na ekranie niestandardowe pary w łóżku – bo te standardowe w serialach takich jak Czysta krew czy Gra o tron po pewnym czasie zaczynają się po prostu widzom nudzić. Czy oznacza to, że queers na ekranach telewizyjnych sa już powszechni?

Dużo nas do pieczenia chleba?

GLAAD (Gays and Lesbians Alliance Against Defamation) co roku publikuje raport o queers w telewizji. W sezonie 2011/2012 na małych ekranach pojawiły się 53 osoby homo/bi, co stanowiło 2,9% wszystkich postaci serialowych. 14 z tych postaci pojawiło się w serialach fantastycznych, co stanowiło 26% postaci w tych serialach. Wydaje się więc, że queers znaleźli swoje miejsce w fantasy i SF i już nie muszą utożsamiać się z mutantami, bo ich reprezentacja jest silna. Szkoda jednak, że ich wysoki udział nie znajduje odzwierciedlenia we współcześnie osadzonych serialach obyczajowych. Łatwo jest udawać, że problem homofobii nie istnieje w XXV wieku lub nieistniejącym Beacon Hills, ale we współczesnym świecie nadal potrzebne są uświadamiające kampanie społeczne.

 

P.S. W sezonie 2012/2013 liczba queers w serialach spadła.

P.S. 2 Naprawdę chciałam powiedzieć coś więcej o Teen Wolfie, ale kurczę, wbrew pozorom to wcale nie jest jakiś wyjątkowy pod względem queers serial – chyba że tylko w tym aspekcie, że w świecie przedstawionym homofobia nie istnieje. Może to jest przyszłość queers w telewizji – na pewno coś, do czego warto dążyć.

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu Fangirl’s Guide To The Galaxy.

Rusty Angel: osoba prowadząca istniejący od roku 2011 bloga Fangirl’s Guide to the Galaxy. Rusty koncentruje się fanowskim (fangirlowym :P) podejściu do fantastyki (lecz nie tylko, nie lubi się ograniczać). Omawia filmy, seriale, książki, komiksy, musicale oraz przedstawienia teatralne. Jest fanką Doctora Who, In the Flesh, Teen Wolfa oraz MCU, czyta sporo SF. Uwielbia wielkie roboty. Oprócz recenzji pisuje też złośliwe teksty o Julie Taymor.