Fot. Wikipedia

Trzy odcinki, dobrzy aktorzy i prawdziwi ludzie, czyli 10 znaków, że oglądasz brytyjski serial

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Zwierz, jak wiecie, bawił w weekend na Serialkonie i obiecał, że napisze dla was wpisy na podstawie swoich dwóch prezentacji. Ponieważ prezentacja o serialach brytyjskich cieszyła się sporą popularnością i jak zwierz słyszy, całkiem przypadła słuchaczom do gustu, zwierz chętnie przeniesie ją na bloga. Zamysł prezentacji był dość prosty – wskazać kilka cech charakterystycznych dla brytyjskich seriali, które sprawiają, że kiedy raz zacznie się je oglądać, to trudno przestać. Nie jest to wpis obejmujący całość fenomenu, jakim jest brytyjska telewizja i nie jest to wpis obiektywny, to znaczy zwierz w pełni świadomie gloryfikuje brytyjską popkulturę, odwracając oczy od tego, czego widzieć nie chce. Niemniej taki już jest koncept tego wystąpienia. Czyniąc te założenia, zwierz zaprasza was do przechadzki po świecie, gdzie odcinków jest mało, sezony są krótkie, a seriale czasem bywają na antenie.

Dziś zgodnie z zapowiedzią zwierz streszcza wam swoją prelekcję o brytyjskiej telewizji

Fot. Zwierz Popkulturalny. Dziś zgodnie z zapowiedzią zwierz streszcza wam swoją prelekcję o brytyjskiej telewizji

Nie tylko BBC – zwykle kiedy mówimy o brytyjskich serialach, natychmiast myślimy o kilku kanałach BBC, w tym najważniejszym BBC One, na którym leci Doktor Who czy Sherlock. Ale to tylko część świata brytyjskiej telewizji. Mamy głównego konkurenta BBC, czyli ITV, które produkuje Downton Abbey, ale także Mr. Selfridge (serial o prowadzeniu domu handlowego przy Oxford Street od początku XX wieku), znakomite Scott & Bailey (jeśli nie oglądajcie, zacznijcie) czy teraz nadaje pierwszy sezon serialu kryminalnego rozgrywającego się w latach 50. – Grantchester (zwierz właśnie zaczyna oglądać, jak będzie fajne, to wam poleci). Mamy też telewizję Sky (przez pewien czas polskie kablówki pokazywały Sky News) – tam znajdziemy np. This is Jinsy – serial komediowy, który jest dość surrealistyczny, Mr. Sloane z doskonałą rolą Nicka Frosta, Fleminga – miniserial z Dominicem Cooperem w roli autora Bonda. Jest w końcu Channel 4 ze wszystkimi swoimi przybudówkami, które dało nam takie doskonałe programy jak Black Mirror, My Mad Fat Diary czy IT Crowd. Warto o tym pamiętać, zanim zaczniemy uważać, że wszystko, co dobre pochodzi od BBC.

Często mamy skłonność do traktowania brytyjskiej telewizji wyłącznie w kategoriach ‚Co nowego wymyśliło BBC” a to nieco bardziej skomplikowany rynek

Fot. Zwierz Popkulturalny. Często mamy skłonność do traktowania brytyjskiej telewizji wyłącznie w kategoriach ‚Co nowego wymyśliło BBC” a to nieco bardziej skomplikowany rynek

Autor! Autor! – dziś wszyscy wiemy, że autorskie seriale sprawdzają się najbardziej – są też dość powszechne w Stanach Zjednoczonych. Różnica polega w tym, że o ile w Stanach autorskie projekty są dużo częściej związane ze stacjami, które mogą sobie na to pozwolić (np. HBO, AMC, Showtime), to układ brytyjskiej telewizji pozwala na bardzo autorskie podejście do seriali emitowanych w stacjach ogólnodostępnych. Dobrym przykładem jest Luther, którego autor Neil Cross jest doń bardzo przywiązany i, co więcej, chce go wywieźć do Ameryki (nie przenoście nam Idrisa do Stanów ;) , czy komediowy show Mirandy Hart – Miranda, który nie tylko opiera się na stworzonym przez nią stand-upie, który potem wyewoluował słuchowisko radiowe, ale także autorka miała dużą wolność, jeśli chodzi o dobór obsady czy nawet samą myśl, jak serial kręcić (na żywo przed widownią w studio, tak jak się to kiedyś robiło). Ale chyba najlepszym przykładem jest Black Mirror – doskonały serial, który opowiada o skutkach ubocznych coraz większego znaczenia technologii w naszym życiu. Serial jest bardzo autorski, kreuje pewną bardzo przemyślaną i spójną wizję świata (mimo że to typowy serial-antologia) i można się nawet zastanawiać, czy nie zakrawa na pewną ironię oglądanie takich treści akurat w telewizji.

Zwierz nie twierdzi, że brytyjska telewizja to wyłącznie programy autorskie ale łatwiej tam się dobić do drzwi z serialem wymyślonym w pociągu

Fot. Zwierz Popkulturalny. Zwierz nie twierdzi, że brytyjska telewizja to wyłącznie programy autorskie ale łatwiej tam się dobić do drzwi z serialem wymyślonym w pociągu

Aktor dobry jest, każdy widzi – przejdziemy do kwestii aktorów, bo o tym rozmawiać najprzyjemniej. Zacznijmy od bardzo ciekawego aspektu życia zawodowego brytyjskich aktorów. Otóż może się nam wydawać, że w Wielkiej Brytanii popkultura kwitnie, tymczasem prawda jest taka, ze to dość płytki rynek – stacji telewizyjnych wcale nie ma tak dużo, filmów kręci się ograniczoną ilość, a i teatry, choć niesłychanie popularne, nie zapewnią doskonałego zarobku i ciekawych wyzwań w każdym sezonie. Dlatego aktorzy brytyjscy znani są z tego, ze właściwie się nie specjalizują. Oczywiście bywają aktorzy, którzy częściej występują w filmach lub tacy, których dostrzeżemy tylko w serialach, no i oczywiście jest sporo aktorów scenicznych, ale równie wielu aktorów nie decyduje się na jednoznaczną specjalizację. Na przełomie 2012–2013 fan mógł sobie obejrzeć Bena Whishaw w The Hour, pójść do kina na Cloud Atlas i zakończyć wszystko wycieczką na Peter and Alice na West Endzie. Z kolei wielbiciel Davida Tennanta mógł sobie obejrzeć go w Broadchurch i skoczyć do teatru na Ryszarda II, a obie te role porównać z występem w Nativity 2. Z kolei Martin Freeman może się naprawdę przejeść, jeśli już obejrzy się Sherlocka, kolejne Hobbity i zajrzy zobaczyć Ryszarda III. Ta płynność karier aktorskich sprawia, że nie ma właściwie aktorów zbyt wielkich na telewizję w UK. W roku, w którym fanki ścieliły się Hiddlestonowi do stóp, wystąpił on w Hollow Crown, z kolei kiedy Cumberbatch mógłby spokojnie spieniężać sukces Sherlocka, można go było spotkać na scenie National Theatre. Oczywiście w Stanach występuje płynność części aktorów, ale zwykle mamy jednak do czynienia ze specjalizacją, a „zejście” aktora filmowego do telewizji traktuje się jako wydarzenie niezwykłe czy nobilitujące. W Wielkiej Brytanii to poniedziałek w pracy. Czy ma to plusy? Osobiście, zdaniem zwierza, tak, bo po prostu w telewizji grają lepsi, jeśli nie najlepsi aktorzy, jakich można znaleźć, a nie głównie ci, którzy zdecydowali się na telewizyjną ścieżkę kariery.

Aktor brytyjski gra na scenie w serialu, w filmie i wszędzie jest dobry. A może tylko Ben jest  wszędzie dobry (pokochajcie Bena dla własnego dobra to taki zdolny aktor jest)

Fot. Zwierz Popkulturalny. Aktor brytyjski gra na scenie w serialu, w filmie i wszędzie jest dobry. A może tylko Ben jest wszędzie dobry (pokochajcie Bena dla własnego dobra, to taki zdolny aktor jest)

BBC ma tylko 12 aktorów – istnieje taki mem który twierdzi, że w BBC jest tylko 12 aktorów – rzeczywiście, jeśli kiedyś zechcecie zrobić diagram, kto grał gdzie i kto grał z kim, nagle okaże się, że wszyscy grali ze wszystkimi. Jeśli kojarzycie taką grę Hollywoodzkich garderobianych, gdzie przy pomocy jak najmniejszej liczby powiązań trzeba połączyć dwie osoby, które nigdy nie grały w jednym filmie, to w wielkiej Brytanii ta gra nie ma sensu. Zwykle wystarczy jedno nazwisko albo też najpierw trzeba się strasznie namęczyć, by znaleźć dwie osoby, które nigdy ze sobą nie grały. Oczywiście prowadzi to do ciekawych sytuacji, jak np. w przypadku Capaldiego, który wystąpił już w Doktorze Who, zanim dostał rolę Doktora. Nie był on pierwszym brytyjskim aktorem, któremu się to przytrafiło. Co ciekawe jednak, takie powtarzanie się aktorów w różnych produkcjach wcale nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – szybko zaczynamy rozpoznawać nie tylko największe nazwiska, ale też aktorów w rolach drugoplanowych. W pewnym momencie zaczynamy sobie zdawać sprawę, że kojarzymy nawet ludzi wnoszących kawę w tle. Co przynajmniej zdaniem zwierza ma swój plus. Człowiek czuje się bezpiecznie z tymi aktorami, nie musi ciągle zapamiętywać nowych nazwisk i ostatecznie ma wrażenie, jakby miał swoją ulubioną trupę teatralną, która co chwilę zaskakuje go nową produkcją. Oczywiście czasem jest napływ świeżej krwi, ale nowi aktorzy szybko wpasowują się w co raz gęstszą siatkę powiązań.

tumblr_m9vl6gIlJl1rfbcdpo1_500

Fot. Zwierz Popkulturalny.

Ludzie, których znasz – zwierz wie, że może to niektórych zaskoczyć (znając jego sympatie do urodziwych brytyjskich aktorów), ale jedną z największych zalet brytyjskiej telewizji jest fakt, że aktorów nie dobiera się tam koniecznie pod względem urody. Co więcej – osoby, które nie wyglądają jak bohaterowie reklamy pasty do zębów, nie są koniecznie obsadzani w rolach charakterystycznych. Dotyczy to zarówno aktorów, jak i aktorek, ale przede wszystkim rzuca się w oczy przy aktorkach. Doskonałym przykładem jest Olivia Coleman – jedna z najzdolniejszych obecnie brytyjskich aktorek, nagradzana zarówno za role komediowe, jak i dramatyczne. To dzięki niej Broadchurch tak strasznie daje człowiekowi po głowie. Zresztą w czym by nie grała, jest doskonała, prawdziwa, śmieszna, silna lub zupełnie przeciętna. Olivia Coleman nie ma urody modelki, ale nie przeszkadza to scenarzystom znajdować dla niej role, które nie ograniczają się do grania niekoniecznie bardzo pięknej kobiety. Po prostu gra postacie. Podobnie jest z Mirandą Hart – jasne, zaczyna jako aktorka komediowa w komedii wyśmiewającej się z faktu, że jest bardzo wysoka, potężna i odstaje od przyjętych standardów, ale już w Call the Midwife jej rola jest poważna, a postać nie ograniczona do wyglądu. W przypadku mężczyzn mamy oczywiście nieco mniej ostre kryteria. Ale powiedzmy sobie szczerze, Jeremy Flynn czy Brendan Gleeson nie wyglądają na przystojniaków. Ale są znakomitymi aktorami. Zresztą powiedzmy sobie szczerze – duet Benedict Cumberbatch, Martin Freeman też odstaje od takich najbardziej klasycznych kanonów urody. Przeciętność czy oryginalność brytyjskich aktorów sprawia, że nareszcie kiedy mamy postacie grające zwykłych ludzi, nie mamy problemu, by w to uwierzyć, a kiedy mamy postacie przejmujące się swoim wyglądem, nie dostajemy kogoś w typie Ann Hathaway w Pamiętniku Księżniczki. Ale przede wszystkim czujemy że dobór aktorów odbywa się ze względu na talent, nie wygląd.

Aktorów z brytyjskich serial łączy przede wszystkim talent, niekoniecznie uroda

Fot. Zwierz Popkulturalny. Aktorów z brytyjskich serial łączy przede wszystkim talent nie koniecznie uroda

Trzy odcinki i koniec – seriale brytyjskie są dużo trudniejsze do rozgryzienia, jeśli chodzi o liczbę odcinków. Jak wiemy, Brytyjczycy wymyślili i uskuteczniają takie koszmarki jak trzyodcinkowe seriale – poza Sherlockiem mamy w takim formacie Wallandera czy serial Zen. To jest absolutny koszmar, zwłaszcza biorąc pod uwagę, ile czasu mija między kolejnymi sezonami. Jednocześnie mamy seriale o normalnej ilości odcinków – tak między 6, 8 a 12 – czyli i tak o połowę mniej niż średni sezon serialu amerykańskiego. Do tego są jeszcze seriale, które jak Sherlock oferują nam kilka odcinków na dekadę i takie jak Doktor Who, które oferują nam porządne sezony serialu. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, tylko w Wielkiej Brytanii istnieje coś takiego jak instytucja serialu, który bywa na antenie. Luther, The Fall, Sherlock, A Touch of Cloth – seriale pojawiają się na ekranie wtedy, kiedy są. Nie wiemy, czy są letnie, czy zimowe, czy pojawiają się w środku sezonu, czy na końcu, czy są przeznaczone na taki albo na inny czas w życiu seriali telewizyjnych. Jak są, to jest super, jak nie ma, to nie za bardzo wiadomo czego i w jakiej ilości się spodziewać. Mój ukochany przykład to Wallander – zwierz serial kocha całym sercem (no jakże mógłby nie kochać, skoro główną rolę gra Kenneth Branagh), ale kiedy będzie 4 seria? Zwierz nie ma pojęcia, podobnie jak nie za bardzo był w stanie zrozumieć, kiedy pojawi się 3. To wymaga zupełnie innego podejścia do telewizji. Podczas kiedy widz amerykański żyje wedle bardzo ustalonych zasad, widz telewizji brytyjskiej wie, że na coś czeka. Na co, na ile i kiedy to się pojawi – to już zupełnie inna sprawa. Ale wiecie co – w tym czekaniu jest strasznie dużo frajdy. Nawet dwa lata czekania na kolejny sezon Sherlocka były jakimś przeżyciem. W każdym razie dla wielu dużo większym niż samo oglądanie kolejnych sezonów.

Szatański pomysł BBC nazywania trzech odcinków raz na dwa lata serialem

Fot. Zwierz Popkulturalny. Szatański pomysł BBC nazywania trzech odcinków raz na dwa lata serialem

Budżet? A co to takiego ten budżet? – BBC znane jest z tego, że wykorzystuje wielokrotnie te same miejsca. Jedna klatka schodowa może odegrać swoją rolę w kilku, a nawet kilkunastu produkcjach. Uważni widzowie Doktora znają już połowę ulic w Cardiff i wiedzą, że właśnie tam jest centrum wszechświata. Problemy budżetowe BBC oznaczają też ponownie wykorzystywanie strojów, rekwizytów i wszystkiego, co jeszcze może się przydać. Wydawać by się mogło, że to będzie problem, ale nie – wręcz przeciwnie, kiedy rozpoznajesz przedmiot z jednego serialu w innym, doskonale się bawisz. Ale prawda jest też taka, że niższy budżet bardzo często prowadzi do dużo ciekawszych rozwiązań niż np. efekty specjalne, zwłaszcza w wydaniu telewizyjnym. Zwierz przyzna, że ponownie – wcale mu to nie przeszkadza i dodaje tylko pewnego kolorytu. Ciekawie natomiast robi się wtedy, kiedy zaczynamy dostrzegać, jak twórcy starają się maskować niski budżet – bo o dziwo wychodzi to czasem lepiej niż inwestycja w efekty specjalne.

Jedno miejsce, tyle seriali

Fot. Zwierz Popkulturalny. Jedno miejsce, tyle seriali

Wyśpisz się po śmierci – twórcy brytyjskich seriali mają zupełnie inne podejście do aktorów w wieku średnim i podeszłym niż twórcy amerykańscy. Podczas kiedy w serialach amerykańskich aktorzy i aktorki w starszym wieku dostają głównie role mentorów, ewentualnie pełnią funkcje komediowe, w serialach brytyjskich często dostają im się spore, a nawet główne role, niekoniecznie (choć niekiedy) komediowe. Vicious to serial opowiadający o dwóch starszych panach żyjących razem (w związku), którzy są ekscentryczni, ale też niekiedy bardzo zabawni. Ich znajomi (poza młodym sąsiadem) są w podobnym wieku, ale nie jest to komedia geriatryczna. Wręcz przeciwnie, mamy postacie, które pewnie podobnie zachowywałyby się, gdyby były sporo młodsze. W rolach głównych Ian McKellen i Derek Jacobi. Z kolei w Last Tango in Halifax jądrem opowieści jest historia dwojga ludzi w, jak to się ładnie mówi, jesieni życia, którzy spotkawszy się, postanawiają wziąć ślub – cała reszta to komplikacje (głównie ze strony ich rodzin), które nie mogą się pogodzić z tym, że babcia z dziadkiem poszli w Tango. Z kolei w Downton Abbey nie tylko mamy cudowny wątek dwóch zaprzyjaźnionych starszych pań, ale też w ostatnim sezonie grana przez Maggie Smith postać dostaje propozycję, by zwiać z dawnym kochankiem, zaś jej przyjaciółka przyjmuje propozycję małżeństwa. A wszystko rozegrane jak w porządnym filmie melodramatycznym – bardzo dalekim od naśmiewania się z uczuć osób starszych. Dlaczego tak wygląda rola starszych brytyjskich aktorów? Po pierwsze dlatego, że (zwłaszcza aktorki) nie wypadają z rynku, kiedy pojawia się pierwsza zmarszczka, a to oznacza, że pisze się dla nich role (niektórzy żartują, że w USA pisze się role dla aktorek po 50., ale dostaje je tylko Meryl Streep), co z kolei sprawia, że takie postacie stają się częstym elementem narracji. Druga sprawa – to są po prostu szalenie utalentowani aktorzy i aktorki, często z niesamowitym dorobkiem scenicznym (Maggie Smith, grając Desdemonę, ponoć kradła Olvierowi każdą scenę, doprowadzając go do szału) i nikt ich tak po prostu na emeryturę nie wyśle. Zresztą w Wielkiej Brytanii jest tylko jeden rodzaj emerytury, na którą przechodzi się bardzo bardzo późno i bardzo ostatecznie.

Nie chodzi o samą obecność starszych aktorów, ale o to, co im telewizja jest w stanie zaproponować. Aktorom brytyjskim telewizja proponuje prawdziwe, dobre, pełnokrwiste role

Fot. Zwierz Popkulturalny. Nie chodzi o samą obecność starszych aktorów, ale o to, co im telewizja jest w stanie zaproponować. Aktorom brytyjskim telewizja proponuje prawdziwe, dobre, pełnokrwiste role

Ależ to nie jest serial o zombie – jedną z cudownych cech seriali brytyjskich (cecha ta jest też obecna w serialach amerykańskich, ale nie tak powszechnie czy wyraźnie) jest przeplatanie wątków przygodowych czy fantastycznych z komentarzem społecznym. Misfits to serial o ludziach z supermocami, ale supermoce trafiają do młodych ludzi odbywających prace społeczne – co daje nam okno na ich życie, sposób mówienia, wartości. Black Mirror opowiada różne historie pozornie alternatywne, straszne lub dziwne, ale jak już zwierz pisał, jest całe komentarzem społecznym do tego, jak technologia opanowuje nasze życie. Z kolei In The Flesh teoretycznie jest o zombiźmie, ale tak naprawdę od razu widać, że nie o zombie chodzi. Z kolei w serialach, które nie mają tematu na pierwszym planie, też znajdziemy wątki społeczne. Np. w Being Human teoretycznie mamy serial o wilkołaku, wampirze i duchu żyjących razem pod jednym dachem w Bristolu, ale w pierwszym sezonie dostaniemy doskonały odcinek o strachu przed pedofilią i do czego taki społeczny lęk, oskarżenie czy lincz może doprowadzić. Obowiązkowy komentarz społeczny znajdziecie właściwie w każdym serialu brytyjskim. Są też seriale jak My Mad Fat Diary, które całe są poświęcone pewnym problemom (tu mamy nastolatkę zmagającą się nie tylko z tuszą, ale przede wszystkim z problemami psychicznymi), gdzie akcja zostaje tak poprowadzona, że tematy podejmowane są naturalnie i czasem można o nich zupełnie zapomnieć. Zwierz nie mówi, że tego nie ma w telewizji amerykańskiej, ale jest lepiej poprowadzone w telewizji brytyjskiej. Przy czym warto tu dodać, że poza niechlubnymi wyjątkami seriale brytyjskie zdecydowanie lepiej niż amerykańskie radzą sobie z problemem reprezentacji. Bo w serialu brytyjskim bardzo często są postacie zupełnie nieokreślone przez swój kolor skóry czy wygląd – bo tam rzeczywiście często obsadza się na zasadzie kto pasuje do roli, a nie kto na nią wygląda. Dlatego też nie ma problemu, by śniadą czy czarnoskórą aktorkę obsadzić w serialach rozgrywających się w przeszłości (nie w roli określonej przez kolor skóry), jak np. w Merlinie.

Brytyjska telewizja doskonale łączy seriale o tym, co chcemy oglądać z przekazem o tym, o czym nie zawsze chcemy myśleć

Fot. Zwierz Popkulturalny. Brytyjska telewizja doskonale łączy seriale o tym, co chcemy oglądać z przekazem o tym, o czym nie zawsze chcemy myśleć

Przecież wszyscy chcą to obejrzeć! – podczas kiedy w Stanach na naprawdę oryginalne produkcje mogą sobie pozwolić jedynie stacje kablowe, w Wielkiej Brytanii pojawiają się one na kanałach ogólnodostępnych. A tam w BBC i innych stacjach siedzą ludzie, którzy radośnie krzyczą „Tak, serial o prerafaelitach to doskonały pomysł!” (tak powstało Desperate Romantics, które trzeba obejrzeć bo to a.) zabawny serial b.) Aidan Turner jest tam piękniejszy niż piękny), „Serial o robieniu programu informacyjnego BBC na przełomie lat 50. i 60. musi być hitem!” (koniecznie obejrzyjcie The Hour choćby po to, by zakochać się w sposobie, w jaki Ben Wishaw recytuje wiersze), „To absolutnie niemożliwe, że jeszcze nikt nie przerobił starych spraw sądowych z XVIII wieku na serial!” (Garrow’s Law oglądamy dla męskich łydek, Andrew Scotta w jednym odcinku i Ruperta Gravesa we wszystkich innych), „Ależ ludzie na pewno będą się emocjonować tym, co będzie w kolejny odcinku serialu na podstawie kronik Szekspira!” (Hollow Crown oglądamy, bo jest genialne). Ogólnie BBC ma dość ciekawe podejście do tego, co widzowie chcą oglądać i… dobrze! Dzięki temu dostajemy seriale, których nigdy byśmy się nie spodziewali, tematy, które wydają się nieserialowe, stają się nagle przedmiotem naszych ulubionych produkcji. Przede wszystkim jednak mamy co innego niż kolejny serial medyczny, detektywistyczny czy współczesny serial prawniczy.

Nie przejmujcie się, BBC ma o was dobre zdanie i wierzy, że czekacie z niecierpliwością na wszystko, co wyda się komuś ciekawe. I wiecie co? Mają rację.

Fot. Zwierz Popkulturalny. Nie przejmujcie się, BBC ma o was dobre zdanie i wierzy, że czekacie z niecierpliwością na wszystko, co wyda się komuś ciekawe. I wiecie co? Mają rację.

W kostiumie każdemu do twarzy – jak wiadomo, nie ma brytyjskiej telewizji bez seriali kostiumowych. Ale plusem seriali kostiumowych pochodzących z Wielkiej Brytanii jest ich różnorodność. Chcecie kryminału? Idziecie na Ripper Street. Chcecie serial sądowy? Garrow’s Law. Przygodowy? Muszkieterowie. Obyczajowy? Paradise. Ilość seriali kostiumowych czy historycznych może przyprawić o zawrót głowy. Są cudowne, bo pozwalają poruszyć tematy, które dziś są już zupełnie nieznaczące (albo nieistniejące), pogapić się na piękne stroje, pokoje, rezydencje i widoki. Nie należy jednak ulegać złudzeniu – niemal wszystkie, jeśli nie wszystkie seriale kostiumowe mają pewne wady – np. zasiedlają je właściwie wyłącznie postacie przejawiające bardzo współczesne podejście do życia czy charaktery. Cóż, to jest cena,którą płacimy za to, by lubić naszych bohaterów. Zwierz nie będzie w ten wątek wnikał, bo będzie o nim sporo więcej w notce na podstawie prelekcji o Downton Abbey, ale chciał po prostu zaznaczyć, że mamy tu naprawdę do czynienia bardziej z pociągającym kostiumem niż realną próbą odwzorowania przeszłości (najdalej idzie tu Merlin, co zresztą wyszło serialowi na dobre).

Nie ma brytyjskiej telewizji bez seriali kostiumowych. Tak po prostu.

Fot. Zwierz Popkulturalny. Nie ma brytyjskiej telewizji bez seriali kostiumowych. Tak po prostu.

Martwa papuga jest śmieszna – humor w wydaniu brytyjskim ma tyle odmian i kolorów, że właściwie zwierz zawsze zastanawia się, czy kiedy ktoś mówi o typowo brytyjskim poczuciu humoru, to nie ma na myśli, że po prostu ktoś jest śmieszny. Oczywiście znajdziecie w ofercie brytyjskich stacji sitcomy jak najbardziej tradycyjne, jak wspomniana Miranda czy Not going out, ale znajdą się też takie cuda jak np. Black Books, serial, który także w was obudzi niechęć do ludzi, IT Crowd, który pokazuje, jak się powinno robić serial o geekach (tak, na ciebie patrzę, Big Bang Theory), The Office, serial, na którym teoretycznie się śmiejemy, ale czujemy się coraz gorzej i coraz bardziej skrępowani, aż w końcu w ogóle nie jest śmiesznie (Garvais takie rzeczy umie robić – z kolei jego Extras kończą się cudownie sentymentalnie), czy Twenty Twelve – serial o ludziach tak koszmarnie niekompetentnych, że to aż strach. Humor w wydaniu brytyjskim to coś cudownego, niejednoznacznego, a przede wszystkim niezwalniającego widza od myślenia. Przy czym – skoro zbliżamy się do końca – jego cudowną cechą jest to, ze właściwie zawsze był obecny w brytyjskiej telewizji, nieważne, czy nadrabiacie programy z tej dekady, czy z lat 60.

Jest wiele definicji brytyjskiego humoru. Dla zwierza oznacza on po prostu, że jest śmiesznie.

Fot. Zwierz Popkulturalny. Jest wiele definicji brytyjskiego humoru. Dla zwierza oznacza on po prostu, że jest śmiesznie.

Oglądanie brytyjskich seriali przypomina czasem dziwny slalom z przeszkodami. Trzeba się przyczaić, że seriale czasem są, a czasem długo ich nie ma, że mogą mieć trzy odcinki albo lecieć od 50 lat. Część z nich może gdzieś po drodze zmienić nazwę, niektóre mogą się okazać nawiązaniem do serialu, który leciał w telewizji dwadzieścia parę lat wcześniej. Wszyscy aktorzy z kimś nam się kojarzą i czasem potrzebujemy dłuższej chwili, by przypomnieć sobie, w której z licznych innych produkcji BBC go widzieliśmy, niekiedy łapiemy się na tym, że łkamy, bo serial o prerafaelitach ma tylko jeden sezon, czasem próbujemy brzmieć poważnie, mówiąc „to jest serial o wilkołaku, wampirze i duchu pod jednym dachem”. Ale to wszystko sprawia, ze oglądanie brytyjskiej telewizji to też fantastyczne przeżycie. Jeśli raz połkniecie bakcyla, to naprawdę będzie trudno się odzwyczaić; co więcej – ponieważ seriale są krótsze, to można naprawdę jakoś zapanować nad tym ogromem, a kiedy skończą się bieżące produkcje, wtedy zawsze można sięgnąć po to, co było kiedyś, bo dobre brytyjskie seriale to nie nowość, tylko raczej constans. Nie pozostaje zwierzowi nic innego, tylko po prostu przekonać was, żebyście zaprzedali duszę brytyjskiej telewizji. Zwłaszcza że robi się to ostatnio też coraz łatwiejsze – jeśli rzucicie okiem na ofertę Empiku (to nie jest post sponsorowany, tylko po prostu fakt), to właśnie pojawiła się tam druga seria Ripper Street czy cudowne, jeśli nie genialne Orphan Black. Tak więc chodźcie. Skoro nie emigrowaliśmy fizycznie do Wielkiej Brytanii, to możemy się tam udać telewizyjnie. Nie będziecie żałować.

giphy

Fot. Zwierz Popkulturalny.

Artykuł pierwotnie ukazał się na blogu Zwierz Popkulturalny.

Zwierz Popkulturalny

Znawczyni i miłośniczka popkultury. Zwierz bloguje w trzeciej osobie, hoduje świnki morskie i kiedy może – podróżuje.