Fot. ABC

Szkoła zabijania (How To Get Away With Murder, PREMIERA: S01E01–09)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Gdy myślę o How To Get Away With Murder, pierwszym, co przychodzi mi do głowy, jest poczucie, że to serial zdyscyplinowany. Wie, dokąd zmierza, daje nam dokładnie tyle, ile na dany moment potrzebujemy i ani uncji informacji więcej.

Oglądamy dwie historie, jedna toczy się chronologicznie i linowo, a druga cofa się, by się z tą pierwszą spotkać i jest w swoim cofaniu mocno poszarpana, jak film przewijany na kasecie wideo. Skacze, śnieży, traci cenne sekundy. Różni je tonacja kolorystyczna i styl opowieści, tempo. Trudno je pomylić i się zgubić. Bez żelaznej dyscypliny by się nie udało.

Fot. ABC

Fot. ABC

Niekiedy połączenia pokazane są także między zdarzeniami dziejącymi się równolegle, w tym samym czasie, i są szokujące. Choćby „pierwszy raz” pary młodych, sympatycznych bohaterów przeplatany przebitkami z ekshumacji zwłok. Twisty i cliffhangery kończące odcinki też bywają mocne, szczególnie w dalszej części sezonu, gdy już poznamy postacie i wiemy, co je napędza, a co rani. Śledzimy losy grupy studentów prawa, zatrudnionych w trakcie trwania uniwersyteckiego kursu u swojej aktywnej zawodowo pani profesor. Najlepszy z nich otrzyma statuetkę uprawniającą do korzystania z rozlicznych przywilejów, ma też szansę na pracę w prestiżowej kancelarii. Ale teoretyczne porady o tym, jak zatuszować morderstwo, prędko z sali lekcyjnej przeniosą się na płaszczyznę życiowej praktyki…

Shonda Rhimes wpisała się tym samym w rozkręcający się ostatnio – patrz choćby The Affair – nurt seriali bazujących na przekonaniu, że publiczność mamy już wyrobioną i format prowadzony „po bożemu” zwyczajnie ją znudzi. A jako że ciężko jest wymyślić wywrotowy temat, a łatwiej wywrotową formę, to scenarzyści idą w pokazywanie nam sztampowych melodramatów z kryminalnym twistem w postaci wymagającej skupienia i wymuszającej pewną ekscytację zagadkami. No i dobrze. Ale trzeba od razu stwierdzić, że HTGAWM plasuje się raczej w puli guilty pleasures, mimo gwiazdorskiej gry Violi Davies w roli prawniczki i profesorki, Annalise Keating. Sam w sobie scenariusz jest typowy do bólu. Postacie kobiece rozedrgane i emocjonalne, męskie zdradliwe i często bezduszne. Romanse przewidywalne od pierwszego wejrzenia. Metaplot jak z podręcznika. Bazujemy więc na suspensie i dyscyplinie scenariusza, na wspomnianych już przetasowaniach, odwróceniach, zmianach chronologii. I tego wszystkiego jest bardzo, bardzo dużo. Wątków, niuansów, postaci.

Fot. ABC

Fot. ABC

Dlatego jestem pełna podziwu, jak udaje się – mimochodem – wcisnąć w scenariusz zupełnie zwykłe sprawy sądowe, przewidziane na jeden odcinek, nie związane z metaplotem. Nie żeby te sprawy były wyjątkowo porywające, bo są podobne to zagadek znanych z wielu seriali. Po prostu zabierają czas bohaterom, odwracając ich uwagę od głównych wydarzeń, podkręcając napięcie i wrażenie życia w okrutnym pośpiechu, ale i tak, choć są raczej zwykłe, nie są złe, i te odcinki bynajmniej nie nudzą. Ciężko jest się nudzić, gdy siedzisz na brzeżku krzesła i trzymasz kciuk w buzi dla złagodzenia stresu, prawda?

Ten serial bywa też mocno denerwujący, cheesy, wątki romantyczne jak z melodramatów, groza i suspens niczym z Pretty Little Liars. Aktorstwo w wielu przypadkach drętwe i cherlawe. Postacie stereotypowe, aż się widz wzdryga z obrzydzenia.

Serial rozpoczyna się oczywiście od tajemniczej śmierci pięknej, młodej dziewczyny, jasnowłosej sorority girl,. której wszyscy pożądali i która była uwikłana w rozliczne związki i relacje. Trudno o większą kliszę. W zasadzie ciężko dziś znaleźć serial kryminalny, który się tak nie zaczyna. No i ta zmarła ślicznotka ma oczywiście nieco wulgarną, ciemnowłosą przyjaciółkę, która jest wmieszana w śledztwo. Obie tak naprawdę były puszczalskie, ale ta pierwsza wyglądała niewinnie i luksusowo, podczas gdy ta druga przypomina seksowne, bezdomne dziecko. Martwą królową balu oglądamy i poznajemy poprzez retrospekcje stanowiące kolejną, trzecią warstwę serialu, jeszcze jeden plan czasowy. dopełniający szkatułkowego zamieszania. Przeszłość, przyszłość, teraźniejszość. Z prądem i pod prąd.

Fot. ABC

Fot. ABC

Jest to też serial o niewinności. Najbardziej niewinne postacie w toku wydarzeń, czy też raczej w miarę zdobywania przez widza informacji o wydarzeniach, podejmują decyzje, które coraz bardziej pogrążają je w moralnie wieloznacznym bagienku. Z odcinka na odcinek wzrasta poczucie uwikłania. Intrygi, kłamstwa, przemilczenia, nadużycia, szantaże, romanse, zdrady i wreszcie mord. Trudno uchwycić granicę. I to jest niepokojący wniosek płynący z oglądania tego serialu, największe dla mnie źródło egzystencjalnego lęku i pewnego dyskomfortu. Ogólnie obraz środowiska prawniczego jest tu negatywny, nie chodzi o prawdę, a o wygrane sprawy, czyli często po prostu o tej prawdy zatuszowanie. Szczerość nie jest premiowana, wręcz przeciwnie. Niewinność równa się naiwności. Trzeba ją szybko porzucić, wyleczyć, naprawić.

Dlatego, dla mnie, śledzenie HIGAWM zbliża się niebezpiecznie do granic hatewatchingu. Nie mogę przestać oglądać, chcę wiedzieć, co będzie dalej, ale w guilty pleasure zdecydowanie przeważa poczucie winy.

Fot. ABC

Fot. ABC

How To Get Away With Murder
drama
ABC, 2014–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.