Fot. NBC

Brzydkie jest piękne, czyli Hannibal

Artykuł zawiera spoilery.

DISCLAIMER: Ponieważ rozmaite obowiązki nie pozwoliły niestety Zwierzowi Popkulturalnemu dołączyć do spisywania niniejszej dyskusji „na żywo”, Zwierz udziela się tu w formie dopisków, w których relacjonuje swoje wrażenia z panelu na Serialkonie.

Przemek: Popularność Hannibala zaskoczyła wszystkich – włącznie z twórcami. Brian Fuller, znany z tego, że jeszcze nigdy nie udało mu się doprowadzić serialowego projektu do końca, tym razem przyciągnął na tyle liczną widownię, że serial wejdzie niedługo już w trzeci sezon. Także uznanie krytyków dla telewizyjnej wersji historii słynnego kanibala jest powszechne. A jednocześnie nie ma chyba w obecnej ramówce serialu bardziej nasyconego przemocą i ohydnymi zbrodniami. Spróbujmy wytropić przyczyny sukcesu Hannibala. Czy jesteśmy wciąż żądną krwi widownią rzymskiego Koloseum? Czy wystarczy przemoc wyestetyzować, upiększyć, żebyśmy znów chętnie ją oglądali?

Artur: Nie jestem pewien, czy nazwałbym Hannibala serialem brutalnym. W końcu niewiele w nim scen okrucieństwa czy dokonywania morderstw, większość krwawych czynów rozgrywa się gdzieś na uboczu. Daleko mu choćby do Spartacusów i Rzymów. To całkiem sprytny zabieg, bo pozwala naginać normy NBC, na pewno sztywniejsze niż w telewizjach kablowych; ma też ten dodatkowy efekt, że gdy już przemoc zagości na ekranie, wywołuje o wiele większe wrażenie (dr Gideon zabijający pielęgniarkę, ugh, NIE).

Ma to również sens, jeśli przeanalizować kulinarne podteksty serialu – prawdopodobnie niezamierzone przez twórców, ale jednak niemożliwe do uniknięcia, gdy opowiadamy o kanibalu urządzającym proszone obiady, na które trafić można w charakterze gościa lub dania głównego. Hannibal Lecter żyje w przerysowanej wersji naszego świata, gdzie nie można być do końca pewnym, jakiego rodzaju mięso spożywamy (w najgorszym wypadku niespodzianka będzie o wiele bardziej nieprzyjemna niż „po prostu” konina), i gdzie przerażająca prawda o warunkach, w jakich powstają nasze posiłki, jest przez przemysł spożywczy usilnie oddalana od konsumenta. Hannibal chce, by nam smakowało (z powodów egoistycznych, ponieważ pragnie poklasku i uznania, ale jednak), a świadomość cierpienia, jakie musiał odczuwać posiłek przed podaniem, zdecydowanie zmniejszyłaby przyjemność płynącą z jedzenia. Wątek ten wpisuje się w o wiele szerzej realizowane przez Lectera uprzedmiatawianie otaczających go ludzi, o którym pisałem już w tekście poświęconym serialowi.

Fot. NBC

Fot. NBC

Mysza: W sumie aspekt estetycznego ukazywania jedzenia ciekawie wpisuje się w obecną modę robienia estetycznych, przefiltrowanych zdjęć i wrzucaniu ich na Instagrama. Codzienna, prozaiczna kawa staje się metaforą służbowego kieratu i tak dalej. Nie sądzę, aby było nadinterpretacją twierdzić, że Fuller mógł w jakiś sposób do tego nawiązywać.

Zresztą to właśnie inteligencja Fullera jako twórcy jest dla mnie największą zaletą serialu. Owszem, świat Hannibala nie jest światem realnym – jego przeestetyzowanie wyraźnie nam to sugeruje – ale emocje, które na ekranie widzimy, zmagania psychologiczne postaci, nie tylko między Willem a Hannibalem… to wszystko jest realne. I w pokazywaniu tych aspektów serialu Fuller i Spółka są równie bezbłędni jak w pięknym ułożeniu ludzkich zwłok, tak, aby tworzyły barwny kolaż. Sądzę, że za popularnością serialu stoi więc nie tylko fascynacja seryjnymi mordercami, którą jako społeczeństwo od lat pielęgnujemy, czy pewien mechanizm naśladujący obserwowanie wypadku na autostradzie – „to straszne, ale nie umiem odwrócić wzroku” – ale także głębia, która stoi za każdą najmniejszą decyzją podejmowaną przez twórców. Także tą czysto wizualną czy estetyczną.

Dopiski Zwierza: Rozmawiając o Hannibalu, zazwyczaj trzeba odbębnić obowiązkowe pytania o relacje serialu Fullera do filmów i książek – temat naprawdę ciekawy, kiedy rozmawia się o sezonie pierwszym, ale teraz, kiedy jesteśmy już po dwóch sezonach, wiemy, jaki charakter ma serial i jaka (niesłychanie ciekawa) relacja łączy go z istniejącymi adaptacjami prozy Harrisa. Na całe szczęście Serialkonowy panel poszedł w zupełnie inną stronę. Założyliśmy że wszyscy Hannibala widzieli i skoncentrowaliśmy się na omawianiu treści serialu. Pierwsze pytanie nieco prowokacyjnie porównało obecną w Hannibalu przemoc z umiłowaniem (znanym od wieku) ludzi do gore. Jednak jako paneliści byliśmy raczej zgodni – estetyzacja przemocy w serialu sprawia, że trudno ją rozpatrywać w kontekście umiłowania dla wylewających się wszędzie flaków.

Fot. NBC

Fot. NBC

Przemek: Nie tylko przemoc jest w serialu przeestetyzowana. Oprawa audiowizualna Hannibala, niezwykle przemyślana, starannie zakomponowana, to jeden z głównych elementów popularności serialu. Niepokojąca muzyka, artystyczne kadry i atmosfera sennego koszmaru przyciągają widzów jak lep. Są seriale, które ogląda się „dla sukienek” – Hannibala często ogląda się dla garniturów tytułowego bohatera i ślicznie przyrządzonych potraw z ludzkiego mięsa. Tylko czy piękno wystarczy? Wielu odbiorców krytykuje w serialu powolną, przewidywalną fabułę i maksymalnie sztuczne, puste treściowo dialogi. Czy Hannibal to przerost formy nad treścią?

Artur: Nieco kontestuję rozróżnienie na treść i formę, gdzie forma tę pierwszą przechowuje niczym puste naczynie, które dziwacznym kształtem lub oryginalnym kolorem mogłoby zaburzyć nasz odbiór tego co najważniejsze. Szczególnie w odniesieniu do mediów audiowizualnych pachnie to pewnym literackim snobizmem, jaki cechuje całą naszą kulturę – podczas analizy najczęściej skupiamy się na warstwie werbalnej, zaniedbując wszystkie inne. Tymczasem forma tworzy treść i sama posiada znaczenie. Myślę, że teksty, w których jest ona nieprzezroczysta, gdzie domaga się uwagi i zastanowienia odbiorcy, są bardzo cenne, a do nich zalicza się Hannibal.

Zdecydowanie nie czuję się kompetentny, by analizować tę warstwę zbyt dokładnie, ale pasuje ona do moich interpretacji serialu: traktuję Hannibala jako opowieść o złu kuszącym człowieka. Estetyczne wysmakowanie tworzy iluzję przepychu i dostojeństwa, która może oczarowywać (zwłaszcza, że groza i brutalność zostają usunięte z widoku, o czym rozmawialiśmy już wcześniej). Jednocześnie jednak trudno uniknąć wrażenia pewnego nieuchwytnego niepokoju tkwiącego w przytłumionych, ciemnych barwach czy zgrzytliwej muzyce, która bardzo długo odpychała mnie od serialu. My – widzowie – wiemy oczywiście, że powodów do niepokoju jest cała masa, ale ciekaw jestem, jak bohaterowie czują się na przykład w jadalni Hannibala. Bo nie uwierzę, że swobodnie.

Przy okazji rozmowy o formie dostaje się często dialogom, ale one również mają swoje uzasadnienie. Przede wszystkim, jak słusznie podczas panelu zauważył Zwierz Popkulturalny, Hannibal nie jest i nie ma być realistyczny. Rozgrywa się w świecie podobnym do naszego, ale nie tym samym. Jest to świat, w którym wszystko jest ładniejsze, choć również budzące niepokój, i jest to świat, w którym ludzie (szczególnie próbujący się nawzajem zwodzić i uwodzić mężczyźni) mówią do siebie poezją. Owszem, jest to poezja grafomańska – kto z nas nie był grafomanem w miłości, niech pierwszy rzuci nożem kuchennym – ale jednak poezja, w której funkcja estetyczna pełni funkcję nadrzędną. Cóż z tego, że Hannibal plecie bez sensu, jeśli robi to tak ładnie?

Mysza: Absolutnie nie zgadzam się, że Hannibal to przerost formy nad treścią. Gdyby tak było, nie mogłabym pisać o nim wielostronicowych recapów, bo prędzej czy później zabrakłoby mi materiału ;)

Fot. NBC

Fot. NBC

Po pierwsze: operowanie w konkretny sposób kadrami, paletą barw, czy muzyką u Fullera nigdy nie jest przypadkowe – każda decyzja jest przemyślana i sensowna. W moim odczuciu to, co Fuller robi, umiejętnie operując dźwiękiem, obrazem, scenografią czy kostiumami, bezpośrednio przekłada się na bardzo konkretne emocje, które chce w widzu wzbudzić. Patrząc na niesymetrycznie skomponowany kadr czy słysząc dziwnie wibrującą nutę, podskórnie czujemy, że coś jest nie tak; nie zawsze możemy określić, co nas tak niepokoi, ale wrażenie pozostaje. Pod tym względem bardzo łatwo znaleźć paralele między tym, co czuje widz, a tym, co odczuwają bohaterowie. Dla nich wszystko jest niby normalne – wszak to ich świat, ich życie, nawet jeśli jest estetycznie wysmakowane – ale im także towarzyszy niepokój. W obecności Hannibala sądzę, że to standardowa reakcja.

Po drugie: jak wspominałam, Fuller jest twórcą szalenie inteligentnym. Widać to chociażby w nader subtelnych ukłonach do prozy Thomasa Harrisa, które Fuller niczym smakowite kąski rzuca uważnym fanom. Tu włoży w usta Willa cytat z zupełnie innej postaci z trzeciej książki, tu wykorzystana jednozdaniowy, rzucony mimochodem opis i stworzy z niego kluczowy element scenografii… To, jak Fuller umiejętnie przeplata te wszystkie elementy, przy jednoczesnym zachowaniu stylistycznej spójności serialu, snuciu skomplikowanej fabuły kryminalnej, a także zagłębianiu się w naprawdę zawiłe psychologiczne zmagania między postaciami… pozostaje tylko usiąść i zapłakać, że nie mamy więcej takich twórców.

Dopiski Zwierza: Oczywiście kwestia piękna w kontekście serialu takiego jak Hannibal natychmiast wywołała następne pytanie, czyli czy przypadkiem nie mamy do czynienia z przerostem formy nad treścią. I tu pojawiła się niesłychana wręcz zgodność panelistów, którzy wszyscy (najwyraźniej urodzeni z nas esteci) stwierdziliśmy, że estetyka nie stanowi jakiegoś niepotrzebnego dodatku, ale wyróżnia serial i dodatkowo jest jedną z jego największych zalet. Zresztą to ogólnie dobre pytanie, czy można w ogóle oddzielić estetykę od treści – niewątpliwie w Hannibalu uroda kadru czy jego symbolika pełni też funkcję narracyjną, buduje nastrój i właściwie trudno powiedzieć, gdzie kończy się estetyka, a zaczyna właściwa treść.

Fot. NBC

Fot. NBC

Przemek: Jedną z rzeczy, które w Hannibalu przyciągają, jest para głównych bohaterów – empatyczny Will Graham oraz nieczuły Lecter. Skomplikowana relacja między tymi panami zawiera w sobie i przyjaźń, i rywalizację, i fascynację, i manipulację, i przemoc – a nawet ociera się często o tzw. bromance. W jakim stopniu oglądacie serial właśnie dla tych postaci? Team Hannibal czy Team Will?

Artur: Team Winston, zdecydowanie. Kiedy na ekranie pojawia się pies Willa (jedyny, który nie zjadł kawałka Masona; myślę, że gdyby twórcy do tego dopuścili, internet by eksplodował), wszystko inne przestaje mieć znaczenie.

Poza tym jednak relacja dwóch głównych bohaterów jest jednym z głównych powodów, dla których oglądam. Zdecydowanie kibicuję Willowi, bo lubię, gdy dobro zwycięża, ale oczywiście bez Hannibala nie byłoby napięcia. Jest to relacja bardzo niejednoznaczna, w końcu obaj się oszukują, obaj wiele ukrywają… ale nie da się zaprzeczyć istnieniu fascynacji. Zżymam się trochę tylko, bo ta „męska przyjaźń”, posiadająca wyraźny rys miłości (czy przyjaciele mówią do siebie poezją?), zahacza momentami o queerbaiting, czyli podsycanie homoerotycznych podtekstów bez intencji ich realizacji. Najwyraźniej był ten chwyt widoczny podczas onirycznego trójkąta z Alaną pod koniec drugiego sezonu. Jedna kobieta (Margot) zniknęła podczas tej sceny gdzieś poza kadrem i niewiele brakowało, by Will i Hannibal pozostali całkiem sami, choćby tylko w wyobraźni. Niejednoznaczność jest intrygująca, ale trochę żałuję, że nie dane nam się było przekonać, co by się wydarzyło, gdyby podtekst stał się tekstem.

Mysza: Chyba nie mam żadnej „drużyny”, której jednoznacznie mogłabym kibicować, ponieważ dla mnie to nie same postacie są fascynujące – choć to, w jaki sposób zarówno Mads Mikkelsen, jak i Hugh Dancy grają swoich bohaterów, jest materiałem na kilka rozprawek – ale przede wszystkim relacja między nimi. Ich specyficzne push-pull, to, jak często zmienia się dynamika ich związku (nie bójmy się tego słowa!), jak zawiłe, głęboko skrywane psychologiczne pobudki leżą za konkretnymi decyzjami, słowami czy nawet gestami… Szczerze mówiąc nie muszę sobie „dopisywać” do tej relacji aspektów romantycznych, bo nawet w warstwie platonicznej – czy też platonicznej miłości, bo uczucia Willa i Hannibala wychodzą poza nawet najsilniejszą męską przyjaźń – jest to relacja nader fascynująca, którą godzinami można rozkładać na czynniki pierwsze.

Poza tym choć zgadzam się z Arturem, że współcześnie coraz uważniej należy się obchodzić z wątkami homoerotycznymi – oskarżenia o queerbaiting pojawiają się nawet w momentach, gdy nie jest to zasłużone – tak nie podoba mi się myśl, że żyjemy w świecie, gdzie nie można stworzyć serialu o, po prostu, relacji dwóch mężczyzn.  Jednak nie romantycznej czy seksualnej, ale tej wbrew pozorom o wiele głębszej, bardziej intymnej – duchowej, umysłowej. Fakt, że Hannibal i Will nigdy się ze sobą nie przespali, nie umniejsza tego, jak fascynujący i nietypowy jest ich związek. Pozwólmy wybrzmieć ich relacji tak, jak to sobie Fuller wymyślił. Tego od serialu oczekuję. Mimo całej mojej miłości dla slashu :)

Dopiski Zwierza: Z kozetki przenieśliśmy się prosto do pytania, co tak właściwie łączy Willa i Hannibala. To, że grają ze sobą w przemyślną grę, do której nikt nie jest dopuszczony (a ten, kto podchodzi, natychmiast może zginąć). Wśród poruszanych wątków pojawił się jeszcze jeden – czy gra Willa i Hannibala ma podtekst fascynacji erotycznej, czy jest tylko grą dwóch umysłów. Trudno powiedzieć, czy doszliśmy do jakichś wniosków, ale trochę zapachniało slashem. Osobiście uważam, że ten wątek ma taki wymiar i zgadzam się, że trochę smutno, że twórcy nie chcą pokazać nam, jak bohaterowie przekraczają granice – bo moim zdaniem to byłoby coś więcej niż slash (zresztą mówimy o serialu, w którym jest scena wąchania bohatera przez Hannibala czy słynna scena z wyginaniem się na drabinie).

Fot. degrassi.wikia.com

Fot. degrassi.wikia.com

Przemek: Wspominaliście o psychologii, która was do serialu przyciąga. Niewątpliwie zbiór tematów z obszaru psychologii, psychiatrii i psychoterapii odgrywa w Hannibalu ważną rolę. Ale dzieło Fullera prezentuje nam nietypowy obraz tych nauk – psychologia jest tu dziedziną służącą przede wszystkim niszczeniu, manipulanctwem nastawionym na rozłożenie czyjejś osobowości i przebudowanie jej wedle swojej woli. Cały pierwszy sezon to przecież przerażający obraz wywołanego i podsycanego przez Lectera rozpadu psychicznego Willa. Jak się zapatrujecie na taką wizję psychologii?

Artur: Nie sądzę, żeby sama psychologia była tutaj czymś złym. Wykorzystywanie znajomości ludzkiej psychiki do złych celów zdarza się to przecież również w życiu – ludzie manipulują sobą i znęcają się nad sobą psychicznie, choć mam wielką nadzieję, że nie podczas terapii. Tutaj ma to swój sens – Hannibal każde narzędzie, jakie wpadnie mu w ręce (nawet, a może zwłaszcza przybory kuchenne), wykorzystuje do wyrządzenia krzywdy możliwie największej liczbie osób. Jest toksyczny: na jakimś poziomie cały serial opowiada o tym, jak jedna toksyczna znajomość niszczy wszystkie, których dotknie. Alana zaczyna wierzyć, że Will jest zdolny do popełnienia morderstwa, nawet Jack w niektórych momentach ma co do Willa wątpliwości. Znajomość psychologii (czy też psychiatrii, ale przypuszczam, że Lecter jest ekspertem w obu dziedzinach) jest więc tylko narzędziem – ani dobrym, ani złym.

Mysza: W pełni zgadzam się tutaj z Arturem – u Fullera psychologia, jako dziedzina nauki, to jedynie narzędzie, a to, jak zostanie wykorzystane, w pełni zależy od tego, kto z niego korzysta. Ciekawe w Hannibalu jest, że obserwujemy nie tylko to, jak psychologia funkcjonuje w rękach kogoś, kto nie ma żadnych skrupułów w korzystaniu z niej (Lecter), ale także w rękach tych wydawałoby się „dobrych” postaci: Willa, Jacka, Alany, Abigail, Bedelii, żony Jacka, Belli… Każde z nich w jakiś sposób analizuje innych ludzi, próbując ich zrozumieć, podejść, zmanipulować, zastraszyć… Widzimy, że w każdym z nas drzemią pewne nie do końca czyste pobudki i żądze. Każdy z nas próbuje coś osiągnąć, od czegoś uciec, coś w sobie lub innych zmienić… Człowiek jest tu gliną, a psychologia narzędziem do poddania go obróbce.

Dopiski Zwierza: Wśród kolejnych pytań pojawiła się dość ciekawa kwestia znaczenia psychologii w serialu – niewątpliwie Will nie naraziłby się na wiele nieprzyjemnych sytuacji, gdyby nie trafił na „kozetkę” Hannibala. Ale ponownie wykazaliśmy się zaskakującą zgodnością – po pierwsze wyróżniając psychologię, psychiatrię i terapię. Po drugie wszyscy doszliśmy do wniosku, że psychiatria może okazać się niesłychanie niebezpieczna (tortura wmówienia komuś, że traci zmysły, wydaje się niesłychanie okrutna), ale uznaliśmy też, że rzadko leczą nas psychopatyczni kanibale ze skłonnościami do manipulacji. Zresztą można się zastanawiać, czy jednak zanim Hannibal zaczął Willa psuć, nie pomógł mu trochę.

Fot. NBC

Fot. NBC

Przemek: Ważnym elementem sukcesu dzieła są też kontrowersje, jakie wzbudza. W Hannibalu nie było ich wiele, ale jeden temat powraca dość często – kwestia postaci kobiecych. Los, jaki spotkał Beverly Katz, przytaczano jako przykład niesławnego tropu zwanego „wsadzaniem do lodówki”, czyli uprzedmiotawiającego zabijania kobiet wyłącznie po to, by zmotywować bohaterów męskich do działania. Wskazywano też na fakt, że była to jedyna w serialu postać pochodzenia azjatyckiego. Drugi sezon Hannibala przyniósł także kwestię Margot Verger – która idzie z Willem do łóżka wyłącznie w celu poczęcia potomka, budząc pytania o kwestię wykorzystania seksualnego oraz o „magiczne” znikanie orientacji seksualnej postaci kanonicznie lesbijskiej. Jest wreszcie Alana Bloom i jej krytykowany przez wielu romans z Lecterem. Co sądzicie o kobietach w Hannibalu?

Artur: Bardzo lubiłem Beverly Katz i miałem mieszane uczucia, gdy zginęła. Po pierwsze: frustracja w związku z przywołanym przez Ciebie kontekstem wpychania kobiet do lodówek – nawet jeśli twórcy nie mieli takiej intencji, zabicie Beverly wpisuje się w szerszą (i smutną) kulturową tendencję. Po drugie: frustracja (okej, może te uczucia nie były tak mieszane, jak mi się wydawało) typowo horrorowym sposobem śmierci. „Odkryłam tajemniczą piwnicę w mieszkaniu potencjalnego kanibala? Zejdę do niej!”.

Czytałem też jednak przekonujące wpisy na temat tego, że takie działanie było zgodne z charakterem Beverly – zdeterminowanej agentki, która postanowiła wykorzystać szansę na zdobycie twardych dowodów. Doceniam też fakt, że Beverly miała dalszoplanową, ale jednak istotną rolę w fabule.

Z Margot jest trochę podobnie. Mamy zastanawiającą sytuację, w której lesbijka spędza noc z mężczyzną – jednak jej orientacja seksualna zostaje tuż przedtem ponownie przywołana przez rzeczonego mężczyznę, a nie zamieciona pod dywan bez słowa komentarza (casus Irene Adler z Sherlocka). Wątek wykorzystania i oszustwa również zostaje później poruszony, choć na ile satysfakcjonująco, jest już kwestią subiektywną. Przede wszystkim jednak wydaje mi się, że w osobie Margot dostajemy coś bardzo cennego: skomplikowaną postać kobiecą, która nie jest stereotypowo „silna”. Kiedy kobiety zaczęły się domagać więcej „silnych postaci kobiecych”, scenarzyści uznali, że oznacza to „kobiety, które będą kopiącymi tyłek wojowniczkami”. Hint: chodziło o postacie kobiece, które będą dobrze napisane. I Margot – przynajmniej według standardów Hannibala – taka właśnie jest.

Fot. NBC

Fot. NBC

Mysza: Nigdy chyba nie zrozumiem, jak można zarzucać Fullerowi seksizm czy mizoginię. Przecież w Hannibalu są jedne z najciekawszych kobiecych postaci współczesnej telewizji!

Rzeczywiście, śmierć Beverly czy „wygodnie zignorowana” orientacja Margot mogą na pierwszy rzut oka wpisywać się w pewne niepokojące trendy dotyczące postaci kobiecych, jakie obecnie pokutują w popkulturze. Jednak należy zwrócić uwagę, że oba te wątki rozgrywają się w sposób zgodny z charakterami postaci.

Weźmy Beverly – choć była postacią drugoplanową, jest też jedyną oprócz Willa osobą, która rozgryzła tajemnicę Hannibala. Nie mamy więc sytuacji, gdy postać kobieca jest w jakiś sposób umniejszana ze względu na swoją płeć czy kolor skóry – pracowała w FBI na równi z mężczyznami. Więcej: okazała się od nich inteligentniejsza. A to, że zginęła?… to serial o seryjnym mordercy! Poszanowanie mniejszości to jedno, ale nie możemy mieć sytuacji, w której WIEMY, że jakiś bohater jest bezpieczny tylko dlatego, że np. należy do konkretnej grupy etnicznej. Niszczy to całe napięcie, na którym serial taki jak Hannibal bazuje. „Każdy może zginąć!… Oprócz azjatyckiej kobiety. Ona musi przeżyć. Imperatyw społeczny tak każe”.

Również w wypadku Margot, postaci zastraszonej, zdezorientowanej, doprowadzonej w pewnym sensie do ostateczności, podjęcie takiej a nie innej decyzji ma sens. I choć boli mnie, jak w popkulturze rozgrywane są wątki postaci nieheteroseksualnych, nie sądzę, byśmy mogli do Fullera przykładać tę samą miarę, co do twórców, którzy z np. spontanicznie robią z postaci lesbijek biseksualistki. W moim odczuciu orientacja Margot pozostała niezmieniona, a seks z Willem był jedynie skrajnym wyjściem z trudniej sytuacji. Ot, tonący brzytwy się chwyta. Mając takiego brata jak Mason – w sumie jej się nie dziwię.

Dopiski Zwierza: Przedostatnie pytanie odnosiło się do dość powszechnej krytyki postaci żeńskich w serialu Fullera. Okazało się że jako paneliści jesteśmy dla scenarzysty zdecydowanie łagodniejsi. Śmierć Beverly Katz uznaliśmy nie tyle za typowy przykład kobiety w lodówce, co raczej dowód że jako jedyna zbliżyła się do Hannibala tak blisko, by musiał ją zabić. Z kolei krytyka Alany, która decyduje się na romans z Hannibalem, poza okrzykiem „A widzieliście, kto gra Hannibala?”, zakończyła się konkluzją, że bohaterki mogą popełniać błędy, zwłaszcza jeśli nie posiadają wszystkich informacji. Ostatecznie zbliżyliśmy się do tezy, że jeśli postacie mają być w serialach naprawdę dobrze reprezentowane, to muszą móc być przede wszystkim dobrze napisanymi charakterami.

Fot. NBC

Fot. NBC

Przemek: Czas na ostatnie pytanie. Fuller planuje nakręcenie aż siedmiu sezonów serialu, w których opowie – oczywiście na swój sposób – całą historię Hannibala znaną nam z książek i filmów, a nawet wykroczy poza nią, dopisując do dziejów słynnej postaci własny rozdział. Czy sądzicie, że twórcy się ten zamiar powiedzie? No i czy chcielibyście, żeby się powiódł? Na ile sezonów jesteście gotowi?

Artur: Bardzo bym chciał. Jestem ciekaw, jakie zakończenie pokaże Fuller, gdy nie będzie musiał pospiesznie zamykać wątków, bo zdjęli mu serial z anteny. Na razie Hannibal ma chyba swoją niszę w ramówce NBC, a w okresie niepewności co do kontynuacji serialu po drugim sezonie pojawiły się wieści o innych zainteresowanych stacjach. Gdyby nagle włodarze NBC zmienili zdanie (dlaczego zdjęliście Community?! DLACZEGO???), może serial znajdzie dom gdzie indziej. Tak czy inaczej: pozwalam sobie na optymizm, chociaż wiem, że Hannibal jeszcze niejednokrotnie wbije mi nóż w wątpia. Metaforycznie mówiąc, mam nadzieję.

Mysza: Może jestem naiwna, ale mam ślepe zaufanie do Fullera i jego ekipy. W każdym odcinku – w każdym zdaniu, kadrze i niuansie serialu – widzę ogrom pracy i wysiłku, który włożono w stworzenia dzieła „kompletnego”. Twórcy znają i rozumieją materiał źródłowy i dokładnie wiedzą, co chcą stworzyć, jaki efekt osiągnąć – jak na znanej kanwie osnuć na nowo swoją własną historię. A do tego są pełni pasji, fantastycznych pomysłów oraz cudownego, czarnego poczucia humoru. W moim odczuciu już teraz Hannibal jest tworem „kompletnym”. Z przyjemnością zobaczę, czy (domniemany przeze mnie) geniusz Fullera wytrzyma do końca produkcji.

Przemek: Dziękuję wam serdecznie za udział w dyskusji!

Dopiski Zwierza: Sam panel przebiegł bardzo gładko i nie udało nam się za bardzo pokłócić; z drugiej strony zestaw panelistów był na tyle dobry, że gdyby nas dwie–trzy godziny tam trzymali, to też byśmy rozmawiali. Poza panelistami zaś najlepszym elementem całego panelu były ciekawe i prowokujące pytania – każdemu życzę takiej rozmowy o ulubionym serialu.

Hannibal
Thriller/police procedural
NBC, USA, 2013–

Artur Nowrot: czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Mysza: fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Zwierz Popkulturalny: znawczyni i miłośniczka popkultury. Zwierz bloguje w trzeciej osobie, hoduje świnki morskie i kiedy może – podróżuje.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)