Fot. FX

Potwory w ludzkiej skórze (American Horror Story: Freak Show, S04E05–07)

Artykuł zawiera spoilery.

Kolejne trzy wizyty w cyrku osobliwości Elsy Mars za nami i muszę przyznać, że jest naprawdę solidnie. To cały czas nie jest poziom klaustrofobicznego Asylum i już raczej tak zostanie, ale Freak Show tworzy własną stylistykę, swój klimat i z każdym tygodniem wychodzi to coraz lepiej. Jasne, sezon wciąż składa się z momentami chaotycznych scen, które łączy niewiele, a i panowie Murphy oraz Falchuk powtarzają się z pewnymi motywami (konflikt pomiędzy bohaterkami granymi przez Jessicę Lange oraz Sarah Paulson, ukrywanie homoseksualizmu, zwichrowane relacje między rodzicem a dzieckiem, by wymienić te najważniejsze), ale jako całość Freak Show broni się raczej bez wysiłku.

W ostatnich trzech odcinkach trochę mniejszy nacisk został położony na wykluczenie cyrkowych „dziwaków”, a bardziej skupiono się na rozwinięciu osobowości bohaterów oraz ukrytych zamiarach większości postaci ze szczególnym uwzględnieniem Dandy’ego, Stanleya oraz bliźniaczek Bette i Dot. I wychodzi to naprawdę dobrze, zwłaszcza w przypadku tego pierwszego – coraz bardziej zaczynam cenić wprowadzenie tego bohatera do świata AHS. Jest wprawdzie niesamowicie przerysowany i ociera się momentami o pastisz, ale Finn Wittrock znakomicie go odgrywa i umiejętnie balansuje pomiędzy przesadą a autentyczną psychozą. Po pierwszych odcinkach nie byłem przekonany do Dandy’ego, ale obecnie wydaje mi się, że obok Stanleya to najjaśniejsza postać (może dlatego, że całkowicie nowa twarz w obsadzie?). Wspomniany Stanley o twarzy Denisa O’Hare również w tym sezonie bryluje, a wszystkie sceny z jego fantazjami i marzeniami zrealizowano perfekcyjnie, bo w kilku przypadkach do końca nie można być pewnym, czy widzimy coś, co się rzeczywiście wydarzyło, czy może jedynie owoc wyobraźni bohatera.

Fot. FX

Fot. FX

Techniczna realizacja Freak Show zasługuje zresztą na dłuższą uwagę. Ostatnio jedynie napomknąłem o czołówce, ale warto poświęcić aspektom niefabularnym zdecydowanie więcej czasu i miejsca. Czwarty sezon AHS kontynuuje sztuczki znane już z wcześniejszych lat, najmocniej widocznych chyba w Coven – a więc niekonwencjonalna praca kamery, rybie oko, zabawa z perspektywą, oniryczne wstawki. O ile jednak w Coven wiele z tych eksperymentów, szczególnie z kamerami, mnie męczyło, o tyle we Freak Show jestem nimi autentycznie zachwycony. Scena z kopaniem ziemi pod „grządki” z piątego odcinka świetna, dotychczasowe wstawki musicalowe wyśmienite, podobnie zresztą jak wszelkie sny, fantazje, czy wspomnienia bohaterów. Do tego muzyka, która spełnia swoją rolę – nie przeszkadza, a zarazem umiejętnie buduje nastrój. Co prawda dalej mam mieszane uczucia co do motywu przewodniego, niemniej nie da się ukryć, że tam, gdzie ma za zadanie stworzyć lub podtrzymać napięcie – właśnie to robi.

Bardzo też lubię, że w AHS twórcy pokazują wiele rzeczy w sposób niezwykle dosłowny, a jednocześnie nie stronią od podtrzymywania suspensu i pozostawiania niedopowiedzeń tak długo, jak to tylko możliwe. Oczywiście w wielu przypadkach domyślamy się ogólnego zarysu rozwinięcia owych niedopowiedzeń, ale i tak efekt bywa zaskakujący – chociażby scena z oszpeceniem Penny (która notabene znowu pokazuje, że największymi potworami w serialu są osoby z pozoru „normalne”).

Fot. FX

Fot. FX

Mimo pewnej powtarzalności bowiem, a także przewidywalności niektórych wątków, panowie Murphy i Falchuk cały czas potrafią mnie jako widza porządnie zaskoczyć, a nawet mną wstrząsnąć. Szkoda, że już nie przestraszyć, ale z drugiej strony chyba też nie o to we Freak Show chodzi, a przynajmniej nie na poziomie pierwotnym. Wydaje mi się, że nie ma nas przerażać wyskakujący z krzaków klaun-morderca, ale raczej świadomość, że u wielu, wydawać by się mogło, zwyczajnych osób mogą kryć się psychopatyczne zapędy oraz tego, jak wielkie demony potrafią chować się w ludzkich duszach. I pod tym względem czwarty sezon ani trochę nie odstaje od poprzednich trzech. Niemniej jednak przydałoby się parę scen, od których podskakujemy w fotelu – po raz nie wiem który przywołam ten sam argument, ale w Asylum udało się połączyć te dwie sfery strachu.

W przypadku Freak Show rzuca się też w oczy, że ze wszystkich sezonów AHS jest on najbardziej, jak do tej pory, „realistyczny” i najmniej polega na elementach nadprzyrodzonych. Murder House i Coven opierały się w całości na nadnaturalnych założeniach świata przedstawionego – odpowiednio istnieniu zjaw, duchów i generalnie życia po życiu oraz obecności magii. W Asylum mieliśmy kosmitów, demony i ludzkie mutanty. We Freak Show natomiast oprócz dwuodcinkowej obecności Edwarda Mordrake’a w okolicach Halloween póki co stabilnie trzymamy się ziemi i nie wkraczamy w strefę, gdzie należy porzucić znane nam zasady, jakimi rządzi się świat.

Fot. FX

Fot. FX

Myślę, że dzięki temu jeszcze mocniej przemawia tegoroczny motyw przewodni, a zatem dychotomia normalny – odmienny, wykluczenie pewnych grup lub jednostek ze społeczeństwa, a także nachalne czasami przypomnienie, że przecież liczy się to, co w środku, a wygląd zewnętrzny bywa zwodniczy (co u Dandy’ego działa, ale już w przypadku cyrkowych freaków odbija się rykoszetem – to w końcu American Horror Story i mało w nim w pełni typowych oraz niewinnych postaci). Żadna to nowość w tym serialu, bo już w pierwszym sezonie poruszono chociażby problem wyobcowania wśród rówieśników, ale właśnie przez wspomniane trzymanie się (mniej więcej) znanej nam metafizyki, bez nadmiernego odwoływania się do tego, co nadprzyrodzone, problemy społeczne tego sezonu wybrzmiewają całkiem znacząco. Brak im może subtelności minionych sezonów (czarownice jako metafora mniejszości seksualnych, etnicznych, ruchów feministycznych, a i parę innych tropów też pewnie da się znaleźć), bo podaje nam się wszystko na tacy, włącznie ze stereotypowym macho, tkwiącym w wewnętrznym konflikcie odnośnie swojej seksualności, ale bolączki współczesnego świata twórcy nadal przedstawiają dość zgrabnie i inteligentnie.

Fot. FX

Fot. FX

Nie jest zatem źle, tak jak się obawiałem po dość niespodziewanym zamknięciu wątku morderczego klauna. Nie chciałem powrotu Coven, gdzie co lepsze motywy i postacie zarzynano (mniej lub bardziej dosłownie) w sposób bardzo niesatysfakcjonujący, ale na razie Freak Show unika powtarzania tego błędu (z drugiej strony licznik ciał wygląda na razie ubogo w porównaniu do sezonów wcześniejszych, więc jeszcze może się to zmienić). Dużym zarzutem pozostaje dla mnie to, że niestety nadal momentami oglądamy bardziej zbiór pojedynczych historii niż jedną wielowątkową opowieść. I niby udaje się utrzymać spójność tego świata, a jednak odczuwam pewien chaos w narracji. To jednak nie zmienia faktu, że ciągle zasiadam przed monitor, spodziewając się dobrze spędzonych 50 minut. Już dawno przestałem liczyć, że zostanę wbity w fotel, ale w swojej klasie AHS mimo wszystko wciąż wydaje się niedoścignione.

American Horror Story
S04E05: Pink Cupcakes, emisja: 5.11.2014
S04E06: Bullseye, emisja: 12.11.2014
S04E07: Test of Strenght, emisja: 19.11.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.