Fot. ITV

Niewinne duchy naszych przodków, czyli historia i arystokracja w Downton Abbey

Artykuł zawiera spoilery.

Ale się robi brytyjsko na blogu. Wszystko za sprawą waszych rozlicznych próśb, by zwierz jednak wyszedł do świata ze swoimi prelekcjami z Serialkonu. Wczoraj była prelekcja łatwa, lekka i przyjemna, dziś zajmiemy się czymś odrobinę bardziej skomplikowanym, o czym zwierz już w kilku miejscach pisał, ale dopiero teraz ma szansę zebrać to w jednym miejscu. Dziś będzie więc o tym, dlaczego trudno byłoby nam polubić przeszłość. A wszystko na przykładzie Downton Abbey. A właściwie tego, jak zachowują się bohaterowie serialu. SPOILERY JAK STĄD DO YORKSHIRE.

Fot. ITV. Prawda historyczna kojarzy nam się  z krojem strojów i kolejnością wydarzeń. A tymczasem należy jej szukać zupełnie gdzie indziej

Fot. ITV. Prawda historyczna kojarzy nam się z krojem strojów i kolejnością wydarzeń. A tymczasem należy jej szukać zupełnie gdzie indziej

Kiedy oceniamy to, czy serial jest zgodny z prawdą historyczną, najczęściej trzymamy się twardych faktów. Czy stroje są z odpowiedniej epoki, czy przypadkiem nikt nie korzysta z wynalazków, których jeszcze nie znano, czy ludzie, którzy pojawiają się na ekranie, żyli w czasach, o których opowiadają filmy, czy zgadza się historyczna sekwencja zdarzeń. To rzeczy namacalne i stosunkowo łatwe do zweryfikowania. Jeśli w pierwszym sezonie Downton Abbey pojawiła się elektryczna lokówka do włosów, to sprawdzenie, czy Lady Mary mogłaby z niej korzystać w 1912 roku, nie jest szczególnie trudne (nie mogłaby). Poszukiwanie takiej zgodności historycznej jest proste, nie ma tu miejsca na wymówki czy domysły – jeśli jakaś suknia ma krój, który staje się modny kilka lat później, wielbiciele historycznych realiów mogą się łapać za serce, jeśli bitwa rozgrywa się w innym roku, niż miała w istocie miejsce, możemy machać podręcznikiem, wskazując na nadużycie. Problem pojawia się wtedy, kiedy próbujemy zadać sobie kluczowe pytanie o poprawność zachowań i światopoglądu postaci względem epoki. Wtedy wchodzimy na grząski grunt, gdzie właściwie trudno cokolwiek powiedzieć na pewno. W każdej epoce znajdowały się bowiem jednostki, które nie zachowują się zgodnie z duchem epoki, każdemu można przypisać indywidualne cechy i potem przekonywać, że być może wszyscy się tak zachowywali, ale nasz bohater nie.

Fot. ITV. Pięknie ubrani, dystyngowani, dobrze urodzeni – chcemy w nich widzieć nas samych. Tylko że aby móc przeszłość potraktować jako zwierciadło trzeba ją długo wygładzać.

Fot. ITV. Pięknie ubrani, dystyngowani, dobrze urodzeni – chcemy w nich widzieć nas samych. Tylko że aby móc przeszłość potraktować jako zwierciadło, trzeba ją długo wygładzać.

Tymczasem seriale i filmy historyczne nadużywają tego naszego przekonania, że bohater może być jednostką inną niż swoje czasy, tworząc postacie, które tak naprawdę nie mogłyby istnieć. Są one często ludźmi niemal na wskroś współczesnymi, przebranymi jedynie w historyczne szaty. Niekiedy łączą cechy, które jesteśmy w stanie akceptować (biorąc pod uwagę, że mówimy o przeszłości) z tymi, które nie są właściwe dla danych czasów, ale pozwalają nam postać polubić. Oczywiście zawsze postać może posiadać jedną czy dwie cechy bardzo indywidualne, ale kiedy nagle zaczyna się tego robić za dużo, widzimy, że mamy do czynienia z przemyślaną kreacją. Czy to coś złego? Niekoniecznie. Twórcy doskonale wiedzą, że oglądając seriale historyczne, a właściwie kostiumowe, tak naprawdę niekoniecznie zależy nam na prawdzie o epoce – chcemy dostrzec w przeszłości obraz teraźniejszości, nawet jeśli oznacza to, że przeszłość musi się dla nas zmienić. Zagrożenie pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy do tej wizji przeszłości wzdychać. Dowton Abbey, które odniosło niesamowity sukces w Stanach Zjednoczonych, kreuje wizję dawnych czasów, która dla wielu osób wydaje się pociągająca. Oczywiście potępiamy ich konserwatyzm czy niektóre zachowania, ale wciąż odnosimy wrażenie, że tak drzewiej bywało w tych, jak to ujmuje, serial „prostszych czasach”. Zwierz postanowił się im krytycznie przyjrzeć. Wskazując, że niekoniecznie jest tak pięknie.

Fot. ITV. Przyjmijmy, że nie będziemy stosować taryfy ulgowej, tylko zadamy sobie trudne pytania odnośnie tego, kim byli ludzie, których darzymy sympatią

Fot. ITV. Przyjmijmy, że nie będziemy stosować taryfy ulgowej, tylko zadamy sobie trudne pytania odnośnie tego, kim byli ludzie, których darzymy sympatią.

Zacznijmy od punktu wyjścia serialu, który opowiada o życiu Państwa i służby w dużej posiadłości w Yorkshire na początku XX wieku (począwszy od 1912 roku). Relacje między pracodawcami a pracownikami są tu pokazane w specyficzny sposób. Oczywiście mamy różnice klas, perspektyw czy możliwości, ale jednocześnie stosunki pracodawców i pracowników są w czasie trwania serialu poprawne, jeśli nie idealne. Praca w Downton pozbawiona jest właściwie elementów mobbingu (służba trochę spiskuje między sobą, ale zarówno na szkodę innych służących, jak i państwa) – nikt nie zostanie źle potraktowany, niesprawiedliwie pozbawiony pracy, oskarżony czy obrażony. Co więcej, pracownicy czują głębokie przywiązanie do swoich pracodawców – jednocześnie czując dumę z możliwości pracy dla nich i związek, zwłaszcza z córkami pana domu. Dobrym przykładem jest tu więź łącząca Carsona z Mary – główny kamerdyner jest dla niej postacią ojcowską, zawsze wspierającą bohaterkę dobrym słowem i wiarą w jej możliwości. Obraz rysuje się dość idyllicznie i tylko wredny człowiek zadaje sobie pytanie np. ile nasi bohaterowie dostają za swoją pracę pieniędzy. Tymczasem jest to wizja tyle piękna, co nieprawdziwa. Jasne, służący mogli nawiązać więź z pracodawcami, ale nie traćmy złudzeń – to byli pracodawcy. Ilość prywatnych spraw, z jakimi nasi służący przychodzą do właścicieli domu i to, jak są przez nich traktowani, to piękna fantazja, która każe się zastanawiać, dlaczego w ogóle zrezygnowano z takiej cudowniej instytucji jak służba. W istocie większość służących trzymałaby informacje prywatne dla siebie – choćby po to, by nie można było ich przeciw nim wykorzystać w sytuacji zwolnienia. Dobre i przyjacielskie stosunki między państwem a służbą nie są jednak umotywowane jedynie kwestiami dramatycznymi; jeśli weźmiemy pod uwagę, że serial ma sprawiać, że dobrze się czujemy, to tak pokazane relacje sprawiają, że zarówno widz, który ma w swoim drzewie genealogicznym dobrze urodzonych, jak i tych trudniących się służbą, może się dobrze czuć, oglądając serial.

Fot. ITV. Serial pokazuje nam wyidealizowane stosunki państwa ze służbą, bo dzięki temu nie zadajemy sobie pytanie o to, jak naprawdę mogłyby wyglądać relacje w tak dalekiej od naszych realiów pracy.

Fot. ITV. Serial pokazuje nam wyidealizowane stosunki państwa ze służbą, bo dzięki temu nie zadajemy sobie pytanie o to, jak naprawdę mogłyby wyglądać relacje w tak dalekiej od naszych realiów pracy.

Możecie jednak założyć, że Downton to najcudowniejsze ze wszystkich świata miejsc, gdzie lojalność jest wysoko w cenie. Przejdźmy więc do kwestii homoseksualizmu. Jak wszyscy wiemy, od pierwszego sezonu pojawia się „evil footman” Thomas. Thomas, jak szybko się dowiadujemy, jest homoseksualistą. W pierwszych dwóch odcinkach nawet aktywnym, bo a to chce szantażować księcia listami, które ten mu słał, albo też wiele ryzykując zaczyna przystawiać się do właśnie wizytującego Downton tureckiego dyplomaty. Potem Thomas jakby zapomina o swoich preferencjach (jest wojna, człowiek ma ważniejsze rzeczy na głowie) i wątek w pełni powraca w sezonie 3. Tu mamy do czynienia z bardziej skomplikowaną sytuacją. Do posiadłości przybywa nowy służący (piękne chłopię), zaś Thomas jest przekonany (co mu się ciągle sugeruje), że chłopak z nim flirtuje. Mamy kilka niezręcznych scen (jak np. naruszanie granicy przestrzeni osobistej podczas nastawiania zegara) i w końcu Thomas decyduje się wykonać jakiś bardziej zdecydowany ruch. Przychodzi do śpiącego chłopaka i go całuje. Ten zaś, zamiast radośnie oddać pocałunek, podnosi raban. Jak się okazuje, wszystko było przemyślnym spiskiem jednej ze służących pragnącej pozbyć się Thomasa. Przyjrzyjmy się teraz konsekwencjom. Jak wszyscy wiemy, homoseksualizm był w Wielkiej Brytanii czynem karalnym, zaś homofobia – zjawiskiem dość powszechnym. Sprawa Thomasa trafia więc do Carsona, który decyduje się odprawić służącego z dobrymi referencjami; kiedy pokrzywdzony Jimmy naciska, by jednak odesłać Thomasa bez referencji, wszystko zaczyna się komplikować. Ostatecznie zdanie w sprawie wypowiedzą jeszcze dwie osoby. Pani Hughes i oczywiście sam Lord Grantham. Ich reakcje są jednoznaczne. Pani Hughes nie tylko nie potępia Thomasa, ale wskazuje, że mógł on być istotnie wprowadzony w błąd, zwłaszcza jeśli młody chłopak chciał zdobyć lepszą pozycję w nowym domu, jednocześnie poucza Carsona (który przyznaje, że cała sytuacja jest dla niego odstręczająca), że nie jest to rzecz dziwna spotkać homoseksualistę. Możemy przyjąć, że jej reakcja wynika z dobrego charakteru. Z kolei hrabia Grantham, słysząc informacje, przyznaje, że przecież wszyscy wiedzą o skłonnościach Thomasa i w ogóle gdyby on miał za każdym razem zgłaszać na policję, ilekroć ktoś chciał go pocałować w Eaton, to z tamtej szkoły niewiele by zostało. Zresztą Thomas jest mu potrzebny do gry w krykieta. Ostatecznie pracy nie traci ani Thomas, ani uwodzony przezeń chłopak. Wszyscy możemy się cieszyć, że co prawda homofobia w Wielkiej Brytanii początku XX wieku była, ale nie w Downton. Problem jednak nawet nie w tym, że lord Grantham najprawdopodobniej wyrzuciłby obu służących, nie bacząc na referencje czy ich brak. Kwestia polega na tym, ze trochę tego by oczekiwano – nie tylko ze względu na homoseksualizm, ale przede wszystkim na deprawujące zachowanie. Zresztą wyobraźcie sobie, że zamiast chłopaka jest dziewczyna i od razu można zrozumieć, dlaczego takie zachowanie należałoby potępić. Co więcej – Grantham byłby uznany za człowieka, który wyrzucając służącego czy służących, myśli o reszcie swojej służby. Problem w tym, że nie byłoby nam go łatwo polubić. Warto też zaznaczyć, że nikt poza Carsonem nie wymawia nawet drobnej homofobicznej uwagi – nawet Bates – służący mający z Thomasem na pieńku, mimo że od zawsze wie o preferencjach swego przeciwnika (już w drugim odcinku pierwszego sezonu robi do tego aluzję), nigdy tych wiadomości nie wykorzystuje. Wszyscy zachowują się tak, jakby nie istniała świadomość społeczna, że homoseksualizm jest przestępstwem, ewentualnie jakby wszyscy uważali to za wyjątkowo głupi zapis. Przy czym tolerancją błyszczy tu przede wszystkim lord, który nie tylko bez mrugnięcia okiem i żadnych uwag toleruje swojego służącego homoseksualistę, ale i np. chce z nim grać w krykieta.

Prawda jest taka, że obaj by wylecieli ze służby. Pewnie bez rozmowy o referencjach.

Fot. ITV. Prawda jest taka, że obaj by wylecieli ze służby. Pewnie bez rozmowy o referencjach.

Ciekawe jest to, co z oboma panami dzieje się w ostatnim wyemitowanym sezonie 5. Oto Jimmy zostaje zwolniony ze skutkiem natychmiastowym po tym, jak złapano go w łóżku z panią z arystokratycznego towarzystwa. Mimo że wszystko odbywało się za obopólną zgodą, to jednak to jest przekroczenie zasad w serialu dużo większe. Dlaczego? Bo prędzej wybaczymy postaciom klasowy snobizm (wszak to arystokracja, trochę to oglądamy dla klasowego snobizmu) niż homofobię. Z kolei sam Thomas decyduje się bezskutecznie leczyć ze swoich skłonności, co prowadzi do bolesnych komplikacji. Kiedy z pomocą innej służącej trafia do lekarza, ten mówi mu, że nie ma leku na jego przypadłość (lekarz ogólnie dość wyprzedza swoje czasy, bo z jego tonu wynika, że on już skreślił homoseksualizm z listy chorób) i że w swoim trudnym przypadku musi spróbować żyć, jak tylko może najlepiej w takich warunkach. Co ciekawe, komentarz do odcinka był taki, że oto Downton pokazuje, że nawet mili ludzie (lekarz) byli wówczas homofobami. Tymczasem prawda jest taka, że nasz bohater pewnie nie spotkałby się z tak miłym i wyważonym zdaniem, o ile w ogóle znalazłby pomoc. A że już słyszy od swojej znajomej służącej, że jego walka jest przejawem siły ducha, to jest taka fantazja. I tak z jednej strony niby dostajemy sygnał, że przeszłość jest zła i homofobiczna, ale z drugiej strony scenarzyści dbają, by to ci inni byli tak naprawdę źli, podczas kiedy nasi bohaterowie wykazują się postawą pełną zrozumienia.

Thomas będzie się ze swoich skłonności leczył, by przypomnieć widzom, jakie to były czasy  – ale nigdy  ten homofobiczny tłum nie dostanie twarzy naszych bohaterów.

Fot. ITV. Thomas będzie się ze swoich skłonności leczył, by przypomnieć widzom, jakie to były czasy – ale nigdy ten homofobiczny tłum nie dostanie twarzy naszych bohaterów.

Najlepiej widać to na przykładzie obecnego w czwartym sezonie serialu wątku rasizmu. Oto młoda kuzynka Rose zakochuje się w piosenkarzu jazzowym. Nie tylko umawia się z nim na potajemne spotkania, ale także sprowadza go do Downton, a potem decyduje się zaręczyć. Zacznijmy od przybycia jazzmanów do Downton. Najpierw widzimy reakcję na nich „pod schodami”. Rola tego złego znów przypada Carsonowi – pyta on czarnoskórego piosenkarza, czy ten nie chciałby pojechać do Afryki – po chwili panowie rozmawiają o osadnictwie czarnoskórych w Wielkiej Brytanii oraz o walce o zniesienie niewolnictwa. Przy czym Carson jest traktowany przez innych obecnych przy rozmowie (min. Panią Hughes) niepoważnie, jak człowiek, który wyraźnie nie wie, jak się zachować. Kiedy jazzmani idą na górę, dostajemy scenę, w której kolejne postacie muszą zareagować na sytuację – lord Grantham jest początkowo lekko zszokowany, ale po chwili rusza w tany, deklarując że nie ma w tym nic złego. Jedyną osobą, która głośno wyraża swoje zaniepokojenie obecnością czarnoskórego muzyka, jest Edith – najmniej lubiana córka pana domu, postać, o której od wielu sezonów wiemy, że potrafi być niemiła i kapryśna. Jej oburzenie szybko zostaje jednak ugaszone – oczywiście przez jej babcię, która stwierdzi, że mieszkanie na wsi nie usprawiedliwia bycia prowincjonalnym, po czym wygłasza prześmieszną uwagę na temat jazzu i też ostatecznie rusza w tany. Jednak najciekawszą rolę w tym wątku będzie miała do odegrania Lady Mary. Gdy orientuje się, że Rose ma wobec piosenkarza jak najbardziej poważne zamiary, decyduje się porozmawiać z kuzynką. Gdy ta zarzuca jej, że ma głowę pełną przesądów dotyczących czystości rasy, Mary z oburzeniem stwierdza „Myślałam, że masz o mnie lepsze zdanie”. Prawdę powiedziawszy nie było to wówczas ani złe, ani dobre zdanie, ale odwołanie do światopoglądu, o którym sporo osób uważało, że jest nie tylko obowiązujący, ale i naukowo prawdziwy. Mary jednak nie daje za wygraną, na wiadomość o oświadczynach idzie do piosenkarza, gdzie prowadzą pełną niuansów rozmowę. Gdy piosenkarz sugeruje, że zarówno ojciec Rose, jak i jej wuj (czyli nasz lord Grantham) padliby trupem na wieść o czarnoskórym zięciu, dostaje odpowiedź „Bardziej im przeszkadza, że jesteś muzykiem”. Kiedy Mary omawia problemy, na jakie naraziłaby się para, zawsze mówi o jakichś „nich”: „Oni wytykaliby was palcami”, „oni chcieliby was rozdzielić”, „oni nie pozwolą wam żyć w spokoju”. Ostatecznie piosenkarz przyznaje, że za bardzo kocha dziewczynę, by narazić ją na taki los. Ale zanim Lady Mary opuści jego salę prób, stwierdzi, że w lepszych czasach walczyłby o ten związek; w odpowiedzi Lady Mary sugeruje, że jej by to nie przeszkadzało. W tej rozmowie wszystko jest tak cudownie rozegrane, że z jednej strony oczywiście – dowiadujemy się o istnieniu rasizmu i uprzedzeń, ale nic z tego brudu nie przyczepia się do rodziny, którą obserwujemy. Co więcej – jedyny Carson, o którym wiemy, że ma uprzedzenia, pod koniec wizyty piosenkarza w Downton wyznaje, że to całkiem porządny mężczyzna, na co Lord Grantham stwierdza że może Carson da się przerobić na „modern man”. Mamy więc rasizm śmieszny, wyśmiany i wyleczony dzięki spotkaniu z innym. Co ciekawe, Fellowes rzeczywiście wykorzystał elementy prawdziwej historii – rozgrywającej się niesłychanie blisko rodziny królewskiej, w którą też zaangażowany był czarnoskóry piosenkarz. Różnica była taka, że gdy cała sprawa została tylko lekko zasugerowana w gazetach, wszelkie kontakty nie tylko się urwały, ale też kariera piosenkarza się załamała. Warto też dodać, że scenarzysta (Julian Fellowes) wprowadził wątek między innymi dlatego, że wśród widzów – zwłaszcza amerykańskich – pojawiły się uwagi, że serial jest rasistowski, bo nie ma w nim postaci o innym kolorze skóry. Co już pokazuje, jak różna jest nasza percepcja przeszłości.

Wątek rasizmu musi się pojawić. Ale obowiązkowo rozegrany tak, byśmy po całym zamieszaniu nadal lubili naszych bohaterów.

Fot. ITV. Wątek rasizmu musi się pojawić. Ale obowiązkowo rozegrany tak, byśmy po całym zamieszaniu nadal lubili naszych bohaterów.

Na koniec weźmy trzeci problem społeczny, jakim jest antysemityzm. Tu możemy przyjąć, że rzeczywiście nasz bohater Lord Grantham będzie postacią wyjątkową – jego żona jest z pochodzenia Żydówką, więc fakt, że nowy narzeczony kuzynki Rose (tak, tej samej) jest Żydem, oczywiście mu nie przeszkadza. Nikomu nie przeszkadza też za bardzo, że z racji różnicy wyznania ślub będzie cywilny. Co prawda postać grana przez Maggie Smith westchnie „Zawsze coś”, ale poza tym wszyscy jakoś spokojnie przejdą nad sprawą do porządku dziennego. Poza matką Rose. Ta kobieta, będąca zgorzkniałą, nieprzyjemną postacią, nielubianą przez nikogo łącznie z własnym mężem, będzie sabotować związek, jednocześnie na każdym kroku powtarzając, że należy odrzucić pozory i przyznać, jaki los spotka jej córkę. Oczywiście wrednej zołzy sabotującej (w paskudny sposób) ślub własnej córki nikt nie będzie słuchać. Problem w tym, że ona przemawia nie tak bezsensownie, jak nam się wydaje. Cywilny ślub wyrzuca jej córkę z kręgu życia związanego z Kościołem – nasi bohaterowie traktują go lekko (mało jest w Downton kwestii kościelnych), ale nie oznacza to, że życie poza kręgiem wydarzeń, których rytm wyznaczał Kościół, było wówczas takie łatwe. Zwłaszcza w klasach wyższych. Do tego – choć nasi bohaterowie są tolerancyjni, to nie można zapominać, że antysemityzm był postawą, która nie nosiła dzisiejszego stygmatu. Jasne, Rose nie wylądowałaby na kompletnym marginesie życia, ale jej związek wiąże się z problemami, które nie tyle dotyczą kwestii samej wiary, co kwestii społecznych. Ponownie jednak (poza jedną dowcipną scenką przypominającą nam, że Cora jest żydowskiego pochodzenia) tych spraw nie podnoszą nasi bohaterowie, przekonani, że należy się tu kierować wzajemną sympatią młodych. Jedynie postać, której z góry i tak nie lubimy, przemawia głosem niosącym w sobie wiele postaw ówczesnej epoki. Ale ponieważ nie ma budzić naszej sympatii, to nie sprawia to żadnego problemu. Jeśli ją znielubimy za to, że nie jest taka jak my i mówi głosem nienawiści, to tym lepiej dla scenarzysty, który nie chce, by postać zabiegała o nasza sympatię. Wszystkie pozostałe mają jednak obowiązek dbać o to, byśmy mogli je lubić (co nie znaczy, że musimy je darzyć sympatią, ale darząc je sympatią, nie musimy mieć wyrzutów sumienia ani poczucia dysonansu).

Dla młodej dziewczyny z towarzystwa ślub cywilny był czymś zupełnie innym niż dla współczesnej bohaterki.

Fot. ITV. Dla młodej dziewczyny z towarzystwa ślub cywilny był czymś zupełnie innym niż dla współczesnej bohaterki.

Zanim zwierz przejdzie dalej, warto przypomnieć też jeszcze wątek gwałtu w serialu. Jak pamiętacie, Anna – bohaterka złożona z samych cnót – zostaje zgwałcona przez wrednego służącego jednego z gości państwa domu. Anna nie zgłasza sprawy – boi się zemsty swojego męża (na gwałcicielu); państwo, gdy się o wszystkim dowiadują (właściwie to Lady Mary), najpierw są przerażeni, potem pełni współczucia. Kiedy czyta się opinie angielskich historyków tamtej epoki, nie mają oni wątpliwości. Po pierwsze Anna spokojnie mogłaby ze swoją sprawą iść do sądu – w sprawach gwałtu sądzono, biorąc pod uwagę przede wszystkim opinię o charakterze osoby, która była ofiarą napaści, więc Anna ze swoim nieposzlakowanym charakterem miałaby spore szanse wygrać. Ale nie to budzi wątpliwości czy problemy. Jak twierdzą historycy, i to nie bezpodstawnie – Anna miała bez porównania większe szanse być zgwałconą czy molestowaną nie w kuchni czy pokojach służby, ale w pokojach państwa. Panowie domu, synowie pana domu, kuzyni, krewni bez trudu wykorzystywali swoją sytuację, bądź to wykorzystując, bądź uwodząc służące – na tyle często, że stało się to popularnym motywem powieściowym. Tymczasem nawet jeśli w Downton mamy wątek potencjalnego romansu pana domu ze służącą, to nie ma tu żadnego napastowania, molestowania czy nawet uwodzenia. Raczej mamy do czynienia z dość w sumie tragiczną historią dwójki ludzi, którzy się w sobie dość ewidentnie zakochują. Ale romansu nie ma, bo pan domu jest zbyt szlachetny (mimo wszystko), za to da kasę na utrzymanie syna służącej. Zło może się wydarzyć, ale z dala od salonu – tam są co prawda złamane serca i intrygi, a także przemiany obyczajowe, ale wszystko raczej w konwencji melodramatu.

Fot. ITV. Los Anny nie jest wyjątkowy. Ale oczywiście jej tragedia nie będzie miała nic wspólnego z życiem arystokracji.

Fot. ITV. Los Anny nie jest wyjątkowy. Ale oczywiście jej tragedia nie będzie miała nic wspólnego z życiem arystokracji.

Oczywiście kiedy mówimy o takim poprawianiu przeszłości, trzeba zaznaczyć, że jest ono czym innym niż czynieniem postaci bez wad. Wspomniany lord Grantham nie jest postacią idealną. To koszmarny snob, uprzedzony do Irlandczyków, pozbawiony wiary w postęp, gotowy na wszystko, by zatrzymać posiadłość i prawa do niej. Do tego nie jest szczególnie wrażliwy i podczas kiedy jego żona choruje na Hiszpankę, rozważa romans ze służącą, by kilka lat później oburzyć się, gdy kolekcjoner sztuki czyni żonie awanse (oburzyć się na żonę). Do tego to człowiek wierzący we wszystko, co stare i tradycyjne, do tego stopnia, że jego upór doprowadził właściwie do śmierci jego najmłodszej córki (nie chciał się zgodzić, by rodziła w szpitalu). Nie zmienia to jednak faktu, że o ile snobizm czy nawet niechęć do Irlandczyków jesteśmy mu w stanie wybaczyć z racji czasów, w których żyje, to gdybyśmy chcieli jego charakter wzbogacić o wszystkie urocze cechy ludzi żyjących kiedyś, pojawiłby się problem, by mu kibicować. Tak więc oczywiście Lord Grnatham ma nam pokazywać, jakie trudności miała ówczesna klasa wyższa z dostosowywaniem się do przemian, jakie zachodziły wokół. Różnica w tym, że on właściwie nigdy nie startował ze stanu mentalnego swojej epoki. Będzie się buntował, burzył i źle zachowywał, ale zawsze pozostanie zdecydowanie bliższy naszej percepcji świata niż powinien być w rzeczywistości.

Nie musimy lubić Lorda Granthama, to buc straszny. Ale nasza sympatia czy jej brak nie dotyczy postaci, która jest naprawdę dzieckiem swoich czasów.

Nie musimy lubić Lorda Granthama, to buc straszny. Ale nasza sympatia czy jej brak nie dotyczy postaci, która jest naprawdę dzieckiem swoich czasów.

Wracamy tu tym samym do pierwszego pytania, jakie mogliśmy sobie zadać. Czy można polubić przeszłość? Problem w tym, że odpowiedź brzmi – z trudem. Nie dlatego, że ludzie kiedyś byli źli czy głupi. Ale ich świat wyglądał inaczej. Możemy oczywiście przy maksimum wysiłku intelektualnego i dobrej woli pozbyć się nawyku oceniania postaci z dzisiejszego punktu widzenia i przyjąć, że żyją oni w innym świecie. Niestety, to jest umiejętność, której wcale nie mamy ochoty ćwiczyć w czasie weekendowego serialu z wątkami melodramatycznymi. A nawet gdybyśmy chcieli – nawet historycy często mają problem, by przestawić się na sposób myślenia i postrzegania świata przez ludzi z przeszłości. Bo nie chodzi o proste przyjęcie, że mają oni takie a nie inne poglądy, ale o umieszczenie ich w odpowiednim kontekście. Wiecie, dziś trudno nam oglądać filmy, gdzie ludzie wygłaszają rasistowskie poglądy. Ale przecież część z nich żyła w rzeczywistości, gdzie różnice między rasami nie tyle były przejawem postawy ideologicznej, co faktem naukowym (to już nie w odniesieniu do Downton). Jasne, dziś wiemy, gdzie to prowadzi – ale czy oni wiedzieli? Z drugiej strony zwierz wcale się nam nie dziwi, że chcemy lubić ludzi, którzy są do nas podobni i nie wystawiają nas na moralne dylematy w czasie wieczornego oglądania serialu.

Niemniej zwierz przyzna szczerze, że uważa działania scenarzystów Downton Abbey za odrobinę groźne. A właściwie niepokojące. Nie chodzi o próbę wybielenia własnej klasy społecznej. Choć zwierz przypuszcza, że trochę tam tego jest. Chodzi o stworzenie iluzji, że jest za czym tęsknić. Ludzie na całym świecie – a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych – organizują przyjęcia, naśladując bohaterów serialu, wychwalają produkcję pod niebiosa i tęsknią do takiej wspaniałej przeszłości. Problem w tym, że przeszłość, do której tęsknią, nigdy nie istniała. Poczynając od urody pięknie wyczyszczonego, higienicznego świata, po poglądy bohaterów. I to jest niepokojące, kiedy zaczynamy wierzyć w taką wyidealizowaną wizję przeszłości. Tęsknić do niej i powtarzać z pełnym przekonaniem, że kiedyś było lepiej, łatwiej i z większą klasą. Bo jeśli było lepiej, to tylko w Downton Abbey. Ale musicie wiedzieć. Ono nie istnieje.

Downton Abbey
period drama
ITV (USA: PBS), 2010–

Artykuł ukazał się pierwotnie na blogu Zwierz Popkulturalny.

Zwierz Popkulturalny

Znawczyni i miłośniczka popkultury. Zwierz bloguje w trzeciej osobie, hoduje świnki morskie i kiedy może – podróżuje.