Kowboje kosmosu. Firefly vs. Cowboy Bebop

Kowboje kosmosu. Firefly vs. Cowboy Bebop

Fot. FX. Źródła: kardsunlimited.com & battleofthebadasses.com

Fot. FX. Źródła: kardsunlimited.com & battleofthebadasses.com

Orson Scott Card, twórca pierwszorzędnej Gry Endera, napisał kiedyś w swojej kolumnie w „Greensboro Rhino Times”, że porównałby japoński serial animowany Cowboy Bebop Shin’ichirō Watanabe’go z 1998 do Firefly Jossa Whedona, gdyby nie to, że Firefly wyszło cztery lata później i bardzo przypomina Bebopa. Niestety nie był w stanie zgadnąć, czy twórca Firefly inspirował się tym anime, czy składał mu swego rodzaju hołd, a może po prostu stworzył coś bardzo podobnego za sprawą przypadku[1]. Pewnie każdemu, komu zdarzyło się obejrzeć oba seriale, nasuwało się dużo skojarzeń i podobieństw wiążących oba tytuły. W końcu zarówno Firefly, jak i Cowboy Bebop zostały stworzone w konwencji kosmicznego westernu, oba uważane są za klasykę swojego gatunku, w obu występują charyzmatyczni bohaterowie o bolesnej przeszłości, oba mają tylko jeden sezon oraz film zwieńczający serię. Można doszukiwać się podobieństw, jednak zdecydowanie nie należy porównywać obu seriali pod względem tego, który jest lepszy. Firefly to jedynie początek większej historii rozgrywającej się w rozległym uniwersum, historii, która nigdy nie została rozwinięta na tyle, na ile planował ją Whedon. Serial został zawieszony po jednym sezonie i film Serenity został nakręcony tylko po to, by dopełnić najważniejsze wątki, które zapoczątkował  serial. Cowboy Bebop to zamknięta całość, rozwijająca z wolna opowieść, która znajduje rozwiązanie wraz z końcem serialu, a film Knocking on Heaven’s Door to dodatkowa przygoda, która w żaden sposób nie wpływa na główną fabułę. Jak zatem ugryźć kosmicznych kowbojów, skoro Firefly jest na straconej pozycji zanim jeszcze stanęło na starcie?

Fot. FX

Fot. FX

Cowboy Bebop wrzuca nas w sam środek historii o dwóch łowcach nagród, tułających się po Układzie Słonecznym lat 70. XXI wieku w statku kosmicznym o nazwie Bebop. Ziemia została wyniszczona do tego stopnia, że ludzkość musiała się przenieść na inne planety, zasiedlając Wenus, Tytana, księżyce Jowisza, tworząc na Plutonie nową kolonię karną, a Marsa obwołując nową stolicą. Oczywiście to przestrzeń kosmiczna jest teraz swego rodzaju Dzikim Zachodem, ostateczną granicą, jak mówił kapitan Kirk ze Star Treka, a ilu przestępców kręci się po niebie, trudno uwierzyć. Dlatego prężnie działa system nagród przyznawanych przez władzę za schwytanie złoczyńców. Stworzono dla nich specjalny program Big Shot nadawany przez sieć solarną, gdzie dwójka stukniętych prezenterów objaśnia, za czyją głowę została przyznana ostatnio największa nagroda pieniężna. A załoga Bebopa potrzebuje pieniędzy, żeby jakoś przeżyć. I to bardzo.

Firefly z kolei przedstawia historię barwnej załogi szmuglerskiego statku Serenity klasy Firefly, który swoją drogą naprawdę wygląda jak olbrzymi, mechaniczny świetlik. Z powodu przeludnienia dawna Ziemia musiała wydelegować część ludzkości w odległe rejony kosmosu, by przystosować inne ciała niebieskie do życia. Planety centralne wchodzą w skład bogatego Sojuszu, ale wiele z planet peryferyjnych żyje jak na starym dobrym Dzikim Zachodzie, w surowych warunkach, bez wielu zdobyczy techniki, udogodnień czy leków. Głównymi językami, jakich się używa, są angielski i chiński, dlatego często pojawiają się chińskie przekleństwa czy elementy ubioru. Akcja rozgrywa się w 2517 roku pośród odległych gwiazd i księżyców, a ten zakątek galaktyki poznajemy oczami zbieraniny przypadkowych bohaterów, których na przyjazny pokład Serenity zaprosił kapitan Malcolm Reynolds grany przez fantastycznego i szczupłego jeszcze Nathana Filliona.

Choć Cowboy Bebop rozgrywa się w Układzie Słonecznym, a Firefly gdzieś daleko w kosmosie, w obu serialach stykamy się z wizją Ziemi straconej dla ludzkości, z ludźmi na emigracji, wiecznymi tułaczami bez stałego domu, próbującymi przeżyć w nieprzyjaznym środowisku. Westernowe scenerie, galopujące konie i zasadzki w dyliżansach w Firefly oraz slangowi kowboje, nagrody za przestępców i zadziorny napis See you, space cowboy … na końcu każdego odcinka Bebopa nie pozwala nam zapomnieć, że kosmos przyszłości może wyglądać jak niebezpieczny Dziki Zachód.

Fot. FX. Źródło: ign.com & en.wikipedia.org

Fot. FX. Źródło: ign.com & en.wikipedia.org

Główny bohater Bebopa, milczący Spike Spiegel, oprócz niesamowicie długich nóg i stylowego garnituru wyposażony jest w doskonałą umiejętność walki wręcz i celne oko wyborowego strzelca. Ma też tendencję do pakowania się w tarapaty i lądowania w bandażach. Ciągnie się za nim ponura historia utraconej miłości i niebezpiecznej współpracy z mafią. Jego towarzysz, spokojny Jet Black, jest mięśniakiem o czułym sercu i dużym rozsądku. Szczerze mówiąc kojarzy mi się z Bestią z X-Menów. Odszedł ze służby w policji, rozczarowany instytucją, która powinna być wolna od korupcji. W jednej z akcji stracił rękę, została mu po tym proteza. To bohater zawiedziony życiem, ale nie do końca zgorzkniały, choć i on skrywa smutną historię miłosną. Pilotuje Bebopa, a w wolnych chwilach pielęgnuje swoją hodowlę bonsai. Feye Valentine jest kobietą szaloną, wyzywającą i czasem bezmyślną, ma problemy z hazardem, a pieniądze trwoni wręcz zawodowo. Oprócz tego cierpi na amnezję i choć nie okazuje tego do końca, zależy jej na tym, by odnaleźć swoją przeszłą tożsamość. Wreszcie mamy tak zwany comic relief, czyli małą hakerkę Ed, która pomimo niesamowitych zdolności informatycznych nie mogłaby znajdować się myślami dalej od rzeczywistości, a jej ręce wyglądają jak oryginalna inspiracja do kończyn postaci z Adventure Time. Jej nieodłącznym niemal partnerem jest piesek corgi, Ein, który dzięki modyfikacjom genetycznym jest chyba najmądrzejszym załogantem z całej gromadki.

W Firefly poznajemy dziewięcioro bohaterów: przede wszystkim kapitana Malcolma Reynoldsa, człowieka z zasadami, który walczył po przegranej stronie w konflikcie między rodzącym się Sojuszem a jego przeciwnikami, jego towarzyszkę broni z czasów wojny oraz pierwszego oficera: Zoe oraz jej męża Washa, najwybitniejszego pilota świata ze słabością do plastikowych dinozaurów. Mamy również prostą ale uroczą pannę mechanik Kaylee, która jak nikt inny potrafi delektować się truskawkami, ekskluzywną damę do towarzystwa Inarę, wynajmującą swój własny wahadłowiec i tym samym enklawę dobrego smaku i manier na prymitywnej Serenity, osiłka o niewielkim rozumku ale za to z dużymi spluwami Jayne’a (właśnie na cześć the Hero of Kanton, the man they call Jayne nazwałam mojego kota) oraz trójkę pasażerów, którzy z czasem również stają się członkami rodziny: pasterza Booka, którego można się wystraszyć, gdy ma rozpuszczone włosy, ale za to jest łagodny i mądry, choć potrafi też bezbłędnie strzelać, a także dwójkę poszukiwanego przez Sojusz rodzeństwa, River i Simona. Simon, bogaty, obiecujący lekarz, zrezygnował z swojego wygodnego życia z powołaniem, by uratować szalenie inteligentną siostrę, River, na której Sojusz prowadził podejrzane eksperymenty. W ten sposób na stałe na Serenity gości żywa kontrabanda.

Trudno porównać Spike’a z Malem, bo Mal zachowuje się jak kapitan i nim jest, oczekuje też, żeby załoga to respektowała. Spike, choć jest głównym bohaterem, zachowuje się jak outsider i gdy nie chce mu się przekonywać innych, by mu pomogli, sam leci na złamanie karku i pakuje się w tarapaty. Nie obchodzi go zdanie innych, jest dość obojętny i zimny, choć widać, że to nastawienie jest skutkiem jego mafijnej przeszłości, choć zdarzają się chwile, w których pokazuje inną, cieplejszą stronę, jak w odcinku Valtz for Venus – gdy spotyka niewidomą dziewczynę i jej brata, który próbuje załatwić dla niej operację . Przede wszystkim zaś Spike jest cool: nieśpiesznie pali tkwiącego w kąciku ust papierosa, na ramię ma zarzuconą marynarkę, nawet walczy elegancko i od niechcenia. Malcolm to zupełne przeciwieństwo Spike’a, jest odpowiedzialny, wrażliwy i sprawiedliwy. Stara się wiernie trzymać swoich zasad moralnych i dba o załogę. Odmawia sobie nawet wyznania uczuć do Inary z powodu jej profesji, a przynajmniej ja tak to odbieram. Potrafi się poświęcić dla wszystkich, jak w odcinku Out of Gas, gdy zostaje sam na Serenity, bo dla niego nie byłoby już miejsca w szalupach ratunkowych.

W obu serialach mamy do czynienia z bohaterami z krwi i kości, mającymi swoją historię, charakter, motywy, przekonania i uczucia. W obu również z załogą statku, która wzajemnie się uzupełnia, choć często dochodzi do kłótni czy utarczek. Tak naprawdę w obu przypadkach mamy do czynienia z prowizoryczną rodziną: ludźmi, których losy się skrzyżowały, zaplątały i nie chcą rozwiązać. Poniżej znaleziony w czeluściach Internetu diagram, kto komu odpowiada w obu serialach:

Fot. FX. Źródło: rahultheinvader.files.wordpress.com

Fot. FX. Źródło: rahultheinvader.wordpress.com

Muzyka jest kluczem do odczytania Bebopa. Sama nazwa statku Bebop pochodzi od nazwy stylu jazzowego, który dał początek współczesnemu jazzowi. Ale również tytuły odcinków, czy może raczej „sesji”, jak są nazywane, są odniesieniami muzycznymi. Najczęściej są to nawiązania do konkretnego tytułu – na przykład odcinek czternasty, w którym bohaterowie tropią rzekomego geniusza stojącego za mistrzowskimi kradzieżami, to Bohemian Rhapsody, a piętnasty – My Funny Valentine, ponieważ to w nim Faye odkrywa swoją przeszłość. Innym razem mamy nawiązanie do całego gatunku, jak w przypadku dwuczęściowego odcinka Jupiter Jazz, poruszającego kolejny raz wątek przeszłych losów Spike’a. Jednym z najlepszych momentów serialu jest końcówka walki Spike’a ze swoim największym wrogiem w pełnym pięknych witraży kościele. A jest uważany za najlepszy właśnie dzięki towarzyszącej pięknej, chóralnej pieśni Green Bird, przemieniającej rozpadający się witraż i wirujące wspomnienia w przeżycie niemal metafizyczne. Za genialną muzykę do serialu odpowiedzialna jest kompozytorka Yoko Kanno, która wraz ze swoją grupą Seatbelts stworzyła klimatyczne bluesowo-jazzowe kawałki, jak na przykład dynamiczny utwór Tank! otwierający każdy odcinek podczas czołówki.

„NASZA muzyka pochodzi od ICH muzyki, od muzyki tej pozszywanej bandy. Jest oszczędna, intymna, smutna i nie do zdarcia”, jak powiedział Joss Whedon[2]. W Firefly również  postawiono na dźwięki w stylu vintage, ale tutaj zamiast wyrazistego jazzu mamy delikatne brzdęknięcia gitary, muzykę wziętą prosto z kowbojskich ognisk i gawęd, czasem przerywaną tęsknymi, cygańskimi skrzypkami, wesołą celtycką piszczałką, czy wreszcie melancholijną, azjatycką melodią. Ścieżka dźwiękowa stworzona przez Grega Edmonsona też ma swój klucz. Motyw główny serialu używany jest przede wszystkim w momentach, gdy załoga jest na statku; to muzyka ich wspólnego domu, bo odzywające się w melodii gitary i skrzypce to instrumenty nomadów, łatwe do przenoszenia, idealne w podróż. Z kolei motywy muzyczne pojawiające się w tle, gdy na ekran wkraczają Simon i River, to głównie fortepian z dodatkiem rzewnych skrzypiec. Fortepian jako instrument ogromny i ciężki może kojarzyć się z czymś niezmiennym, statecznym, ze stałym domem, więc wraz ze skrzypami utwory dedykowane rodzeństwu mogą symbolizować tęsknotę za utraconą rodziną. Wreszcie w czołówce pojawia się charakterystyczny utwór The Ballad of Serenity, napisany przez Whedona i wykonany przez Sonny’ego Rhodesa, opowiadający o potrzebie tułaczki, która daje wolność i spokój ducha, a więc o toposie człowieka-pielgrzyma, emigranta, wiecznego tułacza.

Tak naprawdę ani jeden, ani drugi z seriali nie ma głębszego przesłania, a raczej skupia się na świetnej rozrywce poprzez pierwszorzędne opowiedzenie dobrej historii o bohaterach, których z miejsca kochamy. Chodzi raczej o przeszłość postaci, rozgryzienie ich motywów i czystą przyjemność wynikającą z oglądania ich w akcji. Można jednak dojść do wniosku, że te dwa seriale choć tak podobne i gatunkiem, i historią, są zupełnie od siebie różne. Bebop jest przemyślany i dopracowany, Firefly to dzieło zakreślające szeroką historię i świat, ale i jedno, i drugie jest niedokończone. Bebop skupia się na klimacie, odtworzeniu pewnych stylów – czasem na humoresce, czasem na akcji, czasem na poważnym noir, innym razem na pop-arcie, a wszystko zachwyca świetną animacją. Firefly ma zdecydowanie stały klimat, a większość planet wygląda dość podobnie – oczywiście brak fajerwerków scenograficznych wynika ze skromnego budżetu. Przede wszystkim zaś Bebop to anime, gdzie nie brak sentymentalnych czasem flashbacków, długich ujęć i typowych zbliżeń, a Firefly to amerykański serial akcji w kosmosie, z lekkim zabarwieniem w stylu prerii, ze świetnie dobraną obsadą. Rzecz jasna seiyū, czyli lektorzy, również zrobili kawał solidnej roboty w Bebopie. Myślę jednak, że główną różnicą jest to, że Bebop jest odstępstwem od typowych animacji japońskich, eksperymentem na wysokim poziomie, który wyśmienicie się udał. Firefly zaś to niewykorzystany do końca potencjał, nostalgiczna historia o serialu, który mógł być, legenda fanów, którzy wciąż mają cichą nadzieję, że może kiedyś powstanie kolejny sezon.

Oba serdecznie polecam.

[1] http://geek-news.mtv.com/2011/04/08/orson-scott-card-praises-cowboy-beebop-compares-it-to-firefly

[2] http://www.tracksounds.com/reviews/firefly_serenity.htm

Cowboy Bebop
space western, anime
Sunrise, Victor Entertainment, Japonia, 1998

Firefly
space western
Fox, USA, 2002

Rozkminy Hadyny

Hadynianka. Anglistka, brytofilka, tłumacz, doktorantka, geek. Rozkminia książki i inne takie takie na rozkminyhadyny.blogspot.com. Oprócz studiów zajmuje się etatowym wcielaniem się we wredną panią z kadr. Nie może wstać, bo kot na niej leży. Próbuje ogarnąć życie.

Latest posts by Rozkminy Hadyny (see all)