Fot. www.traffika.com.au

Mit natury

Artykuł nie zawiera spoilerów.

W popkulturze roi się od narracji zabierających widza i czytelnika w mniej lub bardziej odległą przyszłość. Tematem nie do zdarcia w zachodnich fabułach tego typu jest traumatyczna relacja człowieka i technologii, w której odbijają się lęki i obawy współczesnych. Nieważne, jak piękny wydaje się świat jutra, jak doskonałe są zdobycze cywilizacji, jak przydatne wynalazki i jak ułatwiona egzystencja. Pod lakierowaną powierzchnią nauki czai się zło.

Już w pierwszym odcinku debiutującego serialu Extant okazuje się, że pełniący rolę synka ludzkiej rodziny chłopiec-robot jest w gruncie rzeczy postacią złowrogą i potencjalnie zagrażającą. Nawet bezpłodna kobieta, która zdecydowała się ulokować macierzyńskie uczucia w inteligentnej maszynie, ma wątpliwości, czy chłopiec rzeczywiście traktuje ją jak matkę i czy przebywanie w jego obecności jest bezpieczne. W Almost Human za plecami androidów i klonów zaludniających futurystyczny świat nieodmiennie stoją przekonani o własnej słuszności, gotowi na wszystko szaleni naukowcy. Dotknięty kompleksem Boga jest również doktor Pryce z mrocznego serialu Hemlock Grove. Prowadzący tajemnicze – i sprzeczne z etyką – eksperymenty mężczyzna ograniczany jest jedynie przez własną fantazję. W serialach o przyszłości naukowcy niemalże z zasady są szaleni – i antypatyczni. Bywają małostkowi, oderwani od rzeczywistości czy wręcz psychopatyczni. Są ludźmi, jednak w najgorszej odsłonie. Popełniają błędy. Ulegają swoim słabościom. I właśnie ci niedoskonali, pełni pychy, grzeszni ludzie bawią się zabawkami nieprzeznaczonymi dla nich, zabawkami gigantów i tytanów. Ich ambicja przerasta możliwości, nie zastanawiają się nad konsekwencjami swoich czynów, wchodzą w rolę, która do nich nie należy.

Fot. Hammer Film Productions

Fot. Hammer Film Productions

Tu zbliżamy się do tematu wiodącego. Czym jest mityczna „natura”, której prawa każdorazowo narusza postać szalonego naukowca? W naszym kręgu kulturowym dominuje wizja chrześcijańska, a wspomniane narracje, nawet jeśli z pozoru nie dotyczą religii, podszyte są koncepcją Boga Kreatora oraz duszy, niezbędnej zarówno do funkcjonowania w świecie, jak i do pośmiertnego istnienia. Świat naturalny to ten stworzony przez moce nadrzędne wobec człowieka, do których człowiek powinien mieć stosunek bałwochwalczy, nie roszczeniowy. Osoba narodzona w sposób „naturalny”, obdarzona duszą, zajmująca przyrodzone sobie miejsce, nie musi się niczego obawiać. Jest pełnoprawnym uczestnikiem z góry ustalonego porządku. Naruszenie tego porządku, wraz z rozwojem technologii coraz łatwiejsze do wyobrażenia, we współczesnym świecie budzi  atawistyczny lęk.

O niebezpieczeństwach płynących z uzurpowania sobie przez człowieka mocy boskiej pisała już Mary Shelley w kanonicznym Frankensteinie. W tekście źródłowym, doskonale osadzonym w „duchu czasów”, epoce naukowych odkryć i rozkwitu metafizyki, poruszone zostają w zasadzie wszystkie elementy pokutującej do dziś formy. Mamy więc Wiktora Frankensteina: naukowca powodowanego ciekawością, ambicją i pobudkami w istocie swej dobrymi. Ale nawet chęć udoskonalenia świata jest zamachem na prawa natury. Stwarzanie światów i istot nie należy do kompetencji człowieka, a dobrymi intencjami – jak wiadomo – wybrukowano piekło. Lekkomyślność i brak wyobraźni nie dają się usprawiedliwić. Mamy więc twórcę, który stawia się w pozycji Boga wobec monstrualnego bytu obdarzonego co prawda ciałem, pozornie ożywionego, lecz pozbawionego duszy, a przez to wyrwanego z ustalonego porządku – także etycznego. Nie obowiązują go ludzkie zasady, moralność, ograniczenia. Ten prototypowy Adam szybko odczuje samotność i rozgoryczenie, będzie chciał przez mimikrę naśladować ludzkie życie, poszukując towarzystwa rodziny i akceptacji społeczności. Będzie „szlachetnym dzikusem” lub „Bożym prostaczkiem”, szybko jednak odkryje wady swojego śmiertelnego stworzyciela, pozostającego wszak nikim więcej jak niedoskonałym człowiekiem. I wtedy ta biedna, wykorzeniona istota niechybnie zbuntuje się i stanowić zacznie zagrożenie oraz konkurencję dla człowieka „naturalnego”.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Widać to w powtarzającym historię doktora Frankensteina serialu Penny Dreadful, osadzonym w wiktoriańskim Londynie. Młody naukowiec, z głową pełną poezji i wzniosłych wizji, nie jest w stanie zaakceptować pierwszej stworzonej przez siebie kreatury, więc odrzuca ją, pozwalając stworowi zgorzknieć i dojrzeć do zemsty. Doktora nie powstrzymuje nieudany eksperyment – skupia się na kolejnym „dziecku”. Proteusz jest łagodny, prostoduszny i dobry, jednak nadludzka tężyzna kreatury budzi lęk siła kreatury budzi lęk nawet w człowieku, który ją stworzył – to stała cecha opowieści tego typu. Pojawia się też chęć doskonalenia wynalazku, często wymuszona przez nieszczęśliwego potwora. Stąd droga wiedzie do powołania na świat całej „przeklętej rasy”, bo właśnie w takiej poetyce się poruszamy: występku, grzechu, klątwy, skazania na porażkę. Również stworzona w laboratorium Shelly z Hemlock Grove jest istotą wyklętą, odrzuconą przez rodzinę, do której formalnie należała, i przez społeczeństwo. Łagodna w głębi serca, choć niezwykle silna fizycznie i monstrualna z wyglądu dziewczyna nie potrafi się odnaleźć wśród ludzi, jej relacja z twórcą również daleka jest od ideału – z bólem oglądamy kolejne stadia wykluczenia. W sezonie drugim Shelly, tak samo jak literacki Adam, bohater Frankensteina, błąka się po lesie, ukrywa w piwnicach, rezyduje na obrzeżach wrogiej społeczności, zaszczuta i w każdej chwili gotowa do ucieczki. Z kolei w Almost Human to naukowiec schodzi do podziemia – twórca „syntetycznej duszy” umyka z miasta do zakazanego, granicznego świata po drugiej stronie muru. Jego laboratorium musi być ukryte, gdyż prowadzi szemrane, wyjęte spod prawa interesy.

Postać antropomorficzna podkreśla problem „zastąpienia”, z którym mamy do czynienia także wtedy, gdy technologia przyjmuje formę zaawansowanych maszyn, pojazdów, interaktywnych domów czy obdarzonego inteligencją wirtualnego tworu. Jako istoty niedoskonałe nie czujemy się kompetentni, by wytyczać ścieżki dalszego rozwoju ludzkości.  Boimy się powołać do istnienia coś, czego w pełni nie zrozumiemy, co nas przerośnie i zniewoli. Zniewolenie przez technologię to symboliczny kompleks, potężny, lecz zgrany już boleśnie i automatycznie stosowany w kolejnych filmach, książkach czy serialach. Wydaje się, że nie ma przed nim ucieczki.

Fot. Anchor Bay Entertainment / Manga Video / PolyGram Video / Palm Pictures

Fot. Anchor Bay Entertainment / Manga Video / PolyGram Video / Palm Pictures

Przynajmniej w naszej kulturze. Bo jeśli spojrzymy na historie z kręgu japońskiego, z krain, które zamiast na chrześcijaństwie wyrosły na szintoizmie, taoizmie i buddyzmie, ze zdumieniem zauważymy zupełnie inną mitologię. W tradycyjnej wschodniej filozofii pierwiastkiem duchowym obdarzane były absolutnie wszystkie elementy rzeczywistości, od ludzi, zwierząt i roślin po byty, które w zachodniej cywilizacji nauczyliśmy się postrzegać jako nieożywione: kamienie, skały, metale, a także wszelkie narzędzia czy maszyny wykonane przez człowieka. Nie ma więc żadnej jakościowej ani ontologicznej różnicy między ludzkim noworodkiem, zbudowanym w laboratorium robotem, klonem żyjącej osoby czy wirtualną inteligencją, manifestującą się pod postacią hologramu. Z tej perspektywy widać, że świat wschodni ma znacznie dojrzalsze i bardziej nowoczesne podejście do rozwoju technologicznego. Jeśli w narracjach w ogóle pojawiają się szaleni naukowcy, funkcjonują wyłącznie na zasadzie cytatu z popkultury Zachodu. Odświeżającym doświadczeniem jest oglądanie światów przyszłości, których autorzy, zamiast utknąć w martwym punkcie „mitu Frankensteina”, zajmują się tematami dobra i zła, granic, zagrożeń i wyzwań z odmiennej, szerszej perspektywy. Interesują się tematem niepowtarzalności i tożsamości człowieka w świecie pełnym nowych form istnienia. Zagadnieniami informacji, komunikacji i pamięci. Kwestią prywatności w uniwersum ściśle oplecionym siecią. Wystarczy porównać klasyczne narracje jak Ghost in the Shell z zachodnim Almost Human, także próbującym pokazać „przestępczość przyszłości”, wyzwania prawne, etyczne i filozoficzne. Jak na dłoni widać ograniczenia kulturowe amerykańskiej produkcji, klisze, które przyczyniły się zresztą do upadku serialu po pierwszym sezonie. Almost Human uparcie zadawało XIX-wieczne, archaiczne i przestarzałe pytania na temat człowieczeństwa, stając się przez to ładnie opakowaną ramotką, mającą niewiele wspólnego z rasowym cyberpunkiem pokroju Ghost…, który w swoich wielu wersjach starał się uchwycić aktualniejszy obraz człowieka w dynamicznie zmieniającym się środowisku i z pełną ironii gracją sprzeciwiał się kartezjańskiemu dualizmowi.

O znaczeniu opozycji natura-kultura niejednokrotnie pisali klasycy antropologii, lecz spoglądając na ofertę serialową, łatwo dojść do wniosku, że temat pozostaje świeży. Niezdrowa ciekawość kontra poczucie bezpieczeństwa w świecie, który znamy, to dwa rywalizujące ze sobą ludzkie popędy, niezrozumiałe o tyle, że świat wokół nas, który postrzegamy jako przyrodzony i słuszny, już został bardzo mocno przetworzony. Od czasów prehistorycznych człowiek buduje i używa narzędzi, stosuje protezy, modyfikuje swoje ciało i otoczenie, dąży do ułatwienia sobie egzystencji. Nawet najpobożniejszy wyznawca naturalnego świata spożywa owoce i warzywa, będące wynikiem krzyżówek i modyfikacji. Człowiek żywi się mięsem z hodowli. Przysłania swoje nagie ciało, a do tego ubiera je w materiały tworzone dzięki maszynom i technologiom. Ma w zębach plomby, w kieszeni telefon komórkowy, w garażu samochód. Wiele z tych kulturowych wynalazków bywało w swoim czasie uznawanych za „dzieło Szatana”. Czy diabłem jest więc raptowny postęp? Czy jesteśmy w stanie wyzwolić się z chrześcijańskiej metaforyki, z ograniczeń, jakie postawił przed nami religijny i filozoficzny światopogląd?

Fot. Fox

Fot. Fox

Niecierpliwie czekam na zachodni film lub serial, który obali świętość natury, pokaże nam, że ideał jest od dawna martwy, zmitologizowany, obudowany przez zdobycze kulturowe, nieprzystający do rzeczywistości. Że nie ma już nad nami władzy, więc należy zacząć zadawać nowe pytania. Na razie jednak się na to nie zanosi. Na ekranach kin i telewizorów wciąż straszy nas archetyp „szalonego naukowca”. Wydaje się być naszą instynktowną reakcją obronną przed zbyt szybkim rozwojem. Próbą sprawienia, by świat na powrót stał się „naturalny”.

Tekst ukazał się pierwotnie w numerze ósmym magazynu internetowego „FUSS”.

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.