Fot. Channel 4

Idzie nowe, czyli antologie telewizyjne

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Przemek: Antologia telewizyjna to format niezwykle ciekawy. Popularność produkcji, w których każdy odcinek czy sezon stanowi zamkniętą, odrębną historię, jest dość zaskakująca, jeśli wziąć pod uwagę, że przeważająca większość dzisiejszych seriali stawia na ciągłość historii, spójność wewnętrzną i nasze przywiązanie do bohaterów. Antologie wyrzucają to wszystko za okno, dając nam historie połączone zaledwie tematem lub częścią obsady – a jednak, jak widać po sukcesach American Horror Story, True Detective i Black Mirror, format święci triumfy. Jak sądzicie, skąd się ta popularność bierze? Czy są jakieś typy historii albo gatunki, które szczególnie dobrze sprawdzają się w antologiach?

Joanna: Jak widać na załączonych przykładach, współczesna antologia łączy dramę z telewizją gatunkową (sci-fi, kryminał, horror), pozostając raczej po mroczniejszej stronie barykady. Trzeba jednak zwrócić uwagę na specyfikę produkcyjną antologii, jakie dostajemy w tej chwili: producenci i aktorzy z pierwszej ligi telewizyjnej, a nawet kinowej, seriale tzw. „jakościowe” (quality tv) – a co za tym idzie pewna ciężkość i mroczność charakterystyczna dla telewizji pretendującej do miana sztuki („to nie telewizja, to HBO”). Może dlatego mamy antybohaterów i senne miasteczka, gdzie pod kołderką codzienności czai się jakieś Zło.

Mysza: Warto też zwrócić uwagę na to, jak zmienił się sposób, w jaki oglądamy seriale. Obecny model, spopularyzowany przez Netflixa i serwisy Video On Demand, tzw. binge watching   czyli pochłanianie za jednym razem całego sezonu danej produkcji – wydaje się wprost stworzony do oglądania antologii. Nie musimy co tydzień siadać przed ekranem i pilnie śledzić kolejne odcinki, bo inaczej stracimy wątek. Możemy obejrzeć cały sezon hurtem i mieć pewność, że poznajemy zamkniętą całość – spójną, sensowną, bez cliffhangerów i tanich zagrywek, by zwiększyć oglądalność. Istotny jest też aspekt dowolnej chronologii – nie musimy znać poprzedniego sezonu/odcinka, by móc antologię oglądać. Możemy „włączyć się” w serial w dowolnym momencie, oglądać sezony w takiej kolejności, w jakiej nam pasuje. Przy obecnym podejściu do telewizji, gdzie to produkt ma być dopasowany do naszych wymagań, naszego grafiku i zasobu wolnego czasu, jest to szalenie istotne.

Ramzes: Zgadzam się, że zmieniający się sposób oglądania seriali – a zatem hurtem, kilka odcinków z rzędu, a nawet całego sezonu – może znacznie przyczyniać się do rosnącej popularności antologii. Nie musimy nadrabiać stu odcinków i pamiętać o wszystkich przewijających się bohaterach, a także zrozumieć, że ta właśnie scena nawiązuje do finału sprzed dwóch lat. W przypadku antologii dwa, trzy wieczory wystarczą, by obejrzeć całość i nawet nie trzeba zaczynać od pierwszego sezonu. W dodatku znika obawa, że tytuł, który nam przypadł do gustu, zostanie anulowany, a wątki pozawieszane. A czy antologie sprzyjają jakimś konkretnym gatunkom? Wydaje mi się, że nie. Bez problemu potrafię sobie wyobrazić antologie obyczajowe, romantyczne, polityczne…

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Przemek: Kolejną ciekawą cechą antologii serialowych jest sposób, w jaki są obecne w kulturze. Niewiele osób wie, że narodziły się i przeżyły złoty wiek w latach 50., kiedy to mocno pulpowe zbiory opowieści kryminalnych, szpiegowskich, horrorowych czy fantastycznonaukowych setkami wypełniały telewizyjną ramówkę. A potem… długo, długo nic, aż wreszcie dopiero dziś znaleźli się twórcy chętni do tworzenia w tym formacie – i odnieśli sukces. Jak sądzicie, z czego to wynika? Dlaczego antologie znikły na tak długo?

Joanna: Wiele się zmieniło w sposobie, w jaki oglądamy telewizję. Produkcje lat 50. były w sporej mierze idealne dla antologii, gdzie każdy odcinek stanowił zamkniętą historię – nawet seriale obyczajowe, kryminalne czy komediowe starały się pozamykać wszystkie wątki i przywrócić status quo pod koniec odcinka – nie na te czasy były wątki sezonowe, te pojawiły się znacznie później. Teraz jednak mamy oglądanie maratonowe, Netflixa oraz binge-watching i pożeramy seriale hurtowo, połykamy w całości. Nadszedł czas na antologie sezonowe, gdzie trzynaście odcinków skoncentrowanej dramy czy akcji to porcja, wydaje się, idealna.

Status antologii jako event-television i quality tv też wpływa na ich popularność – a także na fakt, że znani reżyserzy, scenarzyści i aktorzy chętnie podpisują sezonowe kontrakty. Parę lat temu nie zobaczylibyśmy w telewizji aktorów świeżo po Oskarze, teraz powoli staje się to normą. Format antologii bardzo im pomaga – nie deklarują się w końcu na nieograniczoną ilość 22-odcinkowych sezonów.

Mysza: Joanna ma rację – chociażby Jessica Lange w wywiadach wyraźnie podkreślała, że jednym z powodów, dla których zgodziła się wziąć udział w American Horror Story, był właśnie fakt, że to praca w ograniczonym zakresie. Ciekawa rola na parę odcinków i do domu! Nie trzeba spędzać tygodni non-stop na planie. Tym lepiej świadczy Ryanie Murphym, że zdołał skusić Lange na pozostanie z projektem, przy jednoczesnym znacznym rozszerzeniu zakresu jej ról. Ale, z drugiej strony, nie dziwi mnie, że aktorka po czwartym sezonie zamierza odejść z serialu. Niby AHS to w dużej mierze ensemble show, gdzie mamy mnogość postaci i wątków, ale Lange od pewnego czasu dźwiga na swoich barkach cały serial. Pora, by ktoś inny ją zastąpił.

Ramzes: W zasadzie wszystko już zostało powiedziane. Świat i nowa rzeczywistość wpłynęły na popularność antologii. Lubimy długie, wieloodcinkowe historie, bogate tło seriali, ale też w momencie, gdy wszystko musi być jak najbardziej zwięzłe i na już, tytuł, który nie pęta nas przed odbiornikiem na długie tygodnie, też się przydaje. Bardzo trąci to konsumpcjonizmem, bo korzystamy z produktu przez parę godzin i na tym nasza przygoda się kończy (bo i co jeszcze można zrobić, skoro więcej odcinków po prostu nie ma?), ale jak widać odpowiada nam ta forma.

Fot. HBO

Fot. HBO

Przemek: Chciałbym teraz poruszyć fascynującą kwestię, a mianowicie stosunek antologii do kanonu i ciągłości serialu. W końcu tym, co ów format najmocniej odróżnia od innych seriali, jest odrębność poszczególnych sezonów czy odcinków. Co więcej, różne antologie mają różny stopień spójności wewnętrznej – sezony American Horror Story, jak dowiedzieliśmy się niedawno, mają się okazać silnie powiązane, a z kolei odcinków Black Mirror nie łączy nic poza tematem zagrożeń technologii i pewną estetyką. W latach 50. emitowano nawet w USA prawdziwe kurioza – antologie niesprzedanych pilotów seriali, w ogóle z sobą niezwiązanych. Jak się zapatrujecie na tę kwestię? Jak wpływa ona na wasz odbiór?

Joanna: Trudno znaleźć złoty środek, bo każdy serial sam tworzy swoją wersję kanonu, ale marzy mi się antologia, która jest zarówno wewnętrznie spójna – na przykład powiązana mitologią czy uniwersum – ale gdzie każdy element/opowieść jest opcjonalny. Podobało mi się, że mogę obejrzeć wybrany sezon American Horror Story i opuścić te, które są dla mnie zbyt traumatyzujące (nigdy, nigdy nie obejrzę sezonu ze szpitalem psychiatrycznym), więc wiadomość o rzekomym wątku głównym dość mocno mnie zirytowała.

Mysza: Dla mnie najistotniejsza jest przede wszystkim spójność sezonowa. Jeśli całość antologii, tak jak powiedzmy American Horror Story, poza tym jest spójna stylistycznie i pod względem klimatu, to wręcz nie chciałabym, aby sezony okazały się ze sobą powiązane. Takie „wynajdywanie od nowa” serialu jest o wiele ciekawsze – skoro już korzystamy z modelu antologii, to po co usilnie przybliżać ten format do klasycznego serialu, gdzie sezony są połączone? Wieść o tym, że sezony AHS, do tej pory będące oddzielnymi fabułami, co stanowiło jedną z największych zalet serialu, są połączone, mnie też okropnie zdenerwowała. Z drugiej strony czuję się w obowiązku serialu bronić. To nie do końca tak, że MUSIMY obejrzeć wszystkie sezony AHS w konkretnej kolejności – nadal mamy pełną dowolność, nadal oddzielne sezony tworzą spójne fabuły, nadal możemy pewne rzeczy pomijać, jeśli tak nam wygodnie. Staram się tę nową informację na temat konstrukcji serialu interpretować jako dodatkowy smaczek dla hardkorowych fanów. Ot, jeśli ktoś widział wszystkie sezony i chciałby do nich wrócić, teraz będzie mógł wypatrywać szczegółów, które świadczą o tym, że są one połączone. Ale jednocześnie jeśli komuś się ten „nowy” aspekt serialu nie podoba, może go kompletnie zignorować, bez żadnej szkody dla samego serialu.

Ramzes: Uważam, że kanon i spójność pomiędzy poszczególnymi sezonami antologii mogą być, ale absolutnie nie muszą. To tak naprawdę zależy od twórców i od ich umiejętności łączenia poszczególnych wątków czy elementów mitologii. A jeśli już tworzymy wszystkie sezony, wszystkich bohaterów poprzez umieszczenie ich w jednym uniwersum, to wolałbym, aby do takiego kanonu nawiązywano subtelnie i żeby działało to – tak jak to Mysza ujęła – jako smaczek dla fanów. Oglądam po raz kolejny dany odcinek i widzę nawiązanie do przeszłych lub przyszłych wydarzeń – super. Ale nie zmienia to w żaden sposób wydźwięku czy interpretacji danej sceny. Jeśli natomiast te powiązania miałyby być już bardziej widoczne i w jakiś sposób konieczne do zrozumienia czegoś, co zobaczymy na przykład za rok… czy to nadal będzie wtedy antologia? I czy faktycznie intelektualne wygibasy scenarzystów są nam aż tak potrzebne do znajdowania przyjemności w oglądaniu seriali?

Fot. FX

Fot. FX

Przemek: Skupmy się teraz na konkretnych serialach, stanowiących przykłady różnych podejść do formatu antologii. American Horror Story to chyba pierwsza – i najbardziej popularna – antologia w ostatnich latach. Cztery sezony horrorowych opowieści mają różne tematy przewodnie (nawiedzony dom, szpital psychiatryczny, czarownice, cyrk), ale we wszystkich gra ta sama ekipa aktorska, wcielając się w różne postacie. Jak ten element wpływa na wasz odbiór serialu? Czy gdyby nie znakomita obsada, AHS przyciągnęłoby was samym tematem?

Joanna: AHS ma niezaprzeczalnie bardzo silną obsadę i wydaje mi się, że może to być magnesem zarówno dla widowni, jak i dla samych aktorów – rzadko jeden projekt daje komuś takie możliwości i nic dziwnego, że pozostają na kolejne sezony. To trochę jak trupa aktorska odgrywająca w tym samym gronie różne sztuki. Ja jednak chyba bardziej zaczęłam serial dla formatu i bawienia się kliszami niż dla samych aktorów…

Mysza: Nie wiem jak dla innych widzów i fanów, ale dla mnie obsada AHS  to jedna z jego największych zalet, choć też na początku przyciągnął mnie format serialu, a także osoba twórcy. Z czasem jednak zaczęłam do serialu powracać właśnie dla obsady, a może raczej dla granych przez nią postaci. Pomijam, jak ciekawy jest to zabieg z punktu widzenia zarówno scenarzysty, jak i samych odtwórców, ale jaka to jest frajda dla widzów! Obserwowanie aktora, którego lubimy, zwłaszcza zdolnego, w nowych rolach jest fascynujące. Tym bardziej, gdy mamy do czynienia z takimi talentami jak Sarah Paulson czy Evan Peters – moim zdaniem oboje zagrali w AHS role swojego życia (Peters w Murder House, Paulson w Asylum). Obsada to obecnie właściwie jedyne, co mnie przy serialu trzyma. Nie oszukujmy się: ostatnie dwa sezony nie umywają się do genialnego Murder House czy poruszającego Asylum.

Ramzes: Mnie też na początku obsada nie przyciągnęła, bo i nikogo z niej nie znałem poza Frances Conroy oraz Jessicą Lange. Ale o ile tę pierwszą kojarzyłem z Six Feet Under, o tyle tę drugą bardziej z nazwiska. Bardzo szybko jednak aktorzy stali się jedną z podstawowych zalet tytułu i w pełni wynagradzali wszelkie bolączki i wady, jakie niestety w ostatnich miesiącach się nagromadziły. Zgadzam się z Myszą – to jest fascynujące oglądać tak różne charaktery w wykonaniu jednej osoby, nierzadko w przeciągu tego samego sezonu. To, co Lily Rabe zrobiła w Asylum na przykład, to fenomen. W tym roku Sarah Paulson z kolei gra dwie różne postacie naraz! Od dawna poziom aktorski to dla mnie istotny element w filmach i serialach i oglądanie AHS to pod tym względem prawdziwa przyjemność. Do tego zgadzam się, że w tym momencie to głównie dzięki obsadzie wciąż mocno mnie do tytułu ciągnie.

Fot. HBO

Fot. HBO

Przemek: True Detective to w porównaniu z AHS nieco inna para kaloszy. Ciężka, tocząca się wolno opowieść detektywistyczna stanowi trochę powrót do korzeni formatu antologii, kiedy to, jak wspomniałem, były to głównie zbiory opowieści gatunkowych. Tu mamy do czynienia z odrębną historią i odrębną obsadą w każdym sezonie – jeśli wierzyć doniesieniom z planu, zmienia się nawet region Stanów Zjednoczonych, w którym historia się rozgrywa. To antologia znacznie bardziej zwarta fabularnie, znacznie bliższa „typowemu” serialowi. Czy obawiacie się spadku jakości, gdy znikną z ekranu aktorzy, których pokochali widzowie? No i jak sądzicie – co z nawiązującą do Lovecrafta mitologią True Detective? Czy powinna połączyć wszystkie sezony?

Joanna: Spadek jakości mnie nie martwi, wystarczy tylko spojrzeć na już obsadzone role na następny sezon. Jak przyjmie to widownia, trudno powiedzieć. Ja osobiście mocno przywiązuję się do postaci (zwykle są dla mnie tym, co sprzedaje albo pogrąża serial), ale w pierwszej serii True Detective mało kogo lubiłam, więc nie powinnam mieć większych problemów. Ogólnie jest to dla mnie niesamowicie ciekawy serial, bo osobiście uważam go za świetny technicznie i warsztatowo, ale wybitnie za nim nie przepadam…

Mysza: Mam podobnie jak Joanna – True Detective mnie nie porwał, ale nie odmawiam serialowi jakości. Patrząc na to, jakie antologie serwuje nam telewizja, widać, że gatunkowo cały czas trzymamy się pewnych stałych elementów: niepokoju, badania naszych leków i obaw, tego, co to znaczy być człowiekiem… Wystarczy wspomnieć takie serie jak The Twilight Zone, Opowieści z krypty czy serię filmów Masters of Horror. Pod tym względem nie widzę, czemu drugi sezon True Detective miałby odchodzić od klimatów Lovecrafta. Z kolei kompletny restart fabuły i postaci jest mi osobiście bardzo na rękę. Może tam, gdzie pierwszy sezon zawiódł, drugi będzie w stanie mnie uwieść.

Ramzes: Spadku jakości się nie obawiam, bo mam wrażenie, że Pizzolatto potrafi swoim pisaniem wyciągnąć z aktorów to, co najlepsze. A przynajmniej wolę wierzyć w to niż w jednorazowy wyskok. Poza tym potwierdzona już obsada drugiego sezonu nastraja bardzo optymistycznie i nie widzę powodu, aby martwić się tym akurat aspektem. Co do Lovecrafta, powtórzę to, co powiedziałem odnośnie kanonu antologii – mitologia może, ale nie musi łączyć kolejnych sezonów. Jeśli o mnie chodzi, to te nawiązania nie wpłynęły jakoś szczególnie na moją ocenę całości. Mam za to wrażenie, że Lovecraft nie wszędzie będzie pasować. W szarą, bagnistą Luizjanę wkomponował się idealnie, ale czy tak samo będzie na Florydzie? Albo w Kalifornii?

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Przemek: Pomówmy o ostatniej z antologii, czyli o Black Mirror. Serial, początkowo zaplanowany na trzyodcinkową miniserię, odniósł niespodziewanie gigantyczny międzynarodowy sukces, szczególnie w Chinach, gdzie ponoć prawdziwe niepokojące, surrealistyczne sytuacje związane z technologią określa się mianem „Black Mirror moments”. Produkcja Channel 4 ma najsłabsze z zaprezentowanych przykładów związki między historiami – poszczególne odcinki należą do zupełnie różnych gatunków. Właściwie bliżej tej produkcji do programu dokumentalnego niż do serialu. Dlaczego tak luźny format przyciąga widzów? Czy to przyszłość, ku jakiej zmierza antologia?

Joanna: Black Mirror chyba najbliżej do starej formy antologii (mimo futurystycznego zacięcia), czyli mocnej odrębności poszczególnych odcinków. Trudno powiedzieć, który sposób na antologię jest najlepszy – z jednej strony Black Mirror ma bardzo niski próg wejścia (można zacząć i przerwać w dowolnym momencie), z drugiej może nie utrzymać widzów tak bardzo jak TD czy AHS. Telewizja w sporej mierze gra na uzależnieniu widzów od kolejnych dawek, czy Black Mirror uda się to na dłuższą metę?

Jest to jednak, jak większość antologii, także tych sezonowych, bardzo komfortowa sytuacja dla twórców i producentów, którzy nie muszą się martwić długotrwałym planowaniem na sezony czy na nagłe przerwanie emisji. To kolejny powód, dla którego możemy widzieć więcej antologii i miniserii niż klasycznych seriali.

Mysza: Nie wiem, czy popularność tego konkretnego formatu powinna wywoływać takie zdziwienie. Wszak na podobnych zasadach funkcjonują antologie literackie – ich wspólny mianownik też bywa bardzo umowny, a przecież w wypadku Black Mirror mamy jakże istotny aspekt współczesnej technologii i tego, jak wpływa na nasze życie. Natomiast czy jest to przyszłość antologii?… trudno stwierdzić. Sądzę, że wszystkie trzy formaty reprezentowane przez AHS, True Detective i Black Mirror mają zarówno swoje wady, jak i zalety. Trudno jednoznacznie określić, w którą stronę będą się skłaniali zarówno widzowie, jak i producenci.

Ramzes: Trudno powiedzieć, czy widzów do Black Mirror przyciąga „luźny format”, czy po prostu historia. Czy jeśliby stworzyć z tego bardziej spójny świat, to widzowie nadal by się ekscytowali serialem? Pewnie tak, chociaż oczywiście można jedynie gdybać. Nie sądzę natomiast, że to będzie przyszłość antologii i to bynajmniej nie z powodu jakichś subiektywnych przesłanek. Po prostu uważam, że nie ma jednego słusznego sposobu na stworzenie antologii i w najbliższych latach, jeśli taki format seriali rozciągnie się na nowe tytuły, scenarzyści i producenci mogą sporo eksperymentować.

Fot. FX

Fot. FX

Przemek: Czas na ostatnie, podsumowujące temat pytanie. Antologia telewizyjna to rzecz na tyle jeszcze świeża, że trudno stwierdzić, w jakim kierunku podąży i czy jej obecna popularność w ogóle się utrzyma. Ale bez wątpienia jest to zjawisko nowe i ciekawe, warte obserwowania. Czy format antologii ma waszym zdaniem potencjał rozwojowy? Czy chcecie, by przetrwał?

Joanna: Dotychczasowe próby były bardzo udane i spotkały się z uznaniem zarówno widowni, jak i krytyki, co oznacza, że na pewno dostaniemy więcej tego samego, zgodnie z regułami showbiznesu, aż się nam przeje. Chciałabym zobaczyć trochę zróżnicowania gatunkowego – romansową czy komediową antologię (Community wydaje mi się na przykład świetną proto-antologią, z zamkniętymi w sobie odcinkami, które da się oglądać bez kontekstu). Obawiam się jednak, że pójdziemy w mrok, horror i anty-bohaterów telewizji „jakościowej”.

Mysza: Jestem bardzo ciekawa, dokąd format antologii podąży w kolejnych latach – czy uczepi się konkretnych gatunków, czy wzorujących się na takich filmach jak Paris, je t’aime, New York, I Love You i Rio, I Love You postąpi np. w stronę romansu lub obyczaju. Obecnie coraz więcej „jakościowej” telewizji, do której przyzwyczaiło nas HBO ze swoim True Blood i Grą o Tron, skupia się na realnych settingach – mamy House of Cards, Orange is the New Black, ostatnio świetne The Affair czy chwalone Masters of Sex… widzimy, że można zrobić ciekawy, dobry serial, gdzie dramat niekoniecznie musi wynikać z pojawienia się smoków, wampirów czy hordy zombie. Byłabym ciekawa, czy antologia, jako format, jest w stanie sprawdzić się w gatunku, któremu trochę bliżej do naszych współczesnych, codziennych realiów.

Ramzes: Format antologii jest niesamowicie rozwojowy. Przede wszystkim narzuca twórcom dużo mniej ograniczeń niż serial „klasyczny”. Co roku albo i co tydzień można opowiadać nową historię, tworzyć nowych bohaterów oraz bawić się różnymi stylistykami, i to nie na zasadzie „zrobiliśmy 20 odcinków, czas na jednorazową zmianę konwencji, żeby rozruszać widzów”, ale raczej „to może za rok sześć odcinków w klimacie filmu noir? Albo mockumentary?”. Przecież to daje fantastyczne pole do popisu dla twórców. Zgadzam się natomiast z przedmówczyniami, że dobrze by było, aby antologie otworzyły się na wiele odmiennych gatunków. Chętnie zobaczyłbym na przykład antologię historyczno-kostiumową albo właśnie romansową.

Przemek: Dziękuję Wam serdecznie za dyskusję!

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Joanna Kucharska: zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Mysza: fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Przemek Zańko: czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Piotr „Ramzes” Mrowiec: kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)