Poszły wilki w las (Wataha, S01E01–06)

Poszły wilki w las (Wataha, S01E01–06)

Dane statystyczne pokazują – spoilery w recenzjach nie psują późniejszej przyjemności z oglądania! Jeśli się z tym nie zgadzasz – nie czytaj. O tym i owym muszę napomknąć.

„Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę ziemię” – miał powiedzieć Archimedes. „Dajcie nam kasę i możliwości, damy wam dobry serial” – zdawali się mówić twórcy polskich seriali. Przyszło HBO, dało co trzeba i w efekcie wyszła Wataha. Serial, obok którego chyba ciężko przejść obojętnie. Chociaż po zobaczeniu pierwszej serii wiemy, że źródła problemów polskich seriali należy szukać nie w braku możliwości finansowych, ale w głowach samych twórców, to mam wrażenie, że – jak mówią politycy po przegranych z kretesem wyborach – jest na czym budować.

Wszystko zapowiadało się epicko, wciągająco, intrygująco. Miało być zmontowane z rozmachem, ale i przyjemną oku lekkością. Krypna opowiastka kryminalno-sensacyjna o polskich pogranicznikach czeszących wzdłuż i wszerz rubieże Unii Europejskiej, za którą rozciągają się przestwory ukraińskiego oceanu. Niejasne układy i układziki między służbistami a lokalsami, prowadzącymi mniej lub bardziej legalne biznesy. No a do tego zapierające dech w piersiach widoczki podkarpacia, bimber pity ze słoików i trochę mistyki. Tu pojawiający się ni stąd, ni zowąd wilk, tam niemy dziad-szaman mieszkający w szałasie w puszczy i pojący steranych pracowników Służby Granicznej domowymi nalewkami o nieprzyjemnych właściwościach halucynogennych. A wszystko to skąpane w dżdżu i mgle klimatu wschodniej Polski. Palce lizać!

Jeśli chodzi o budowanie klimatu, piątka z plusem. Ma się wręcz ochotę spakować plecak i ruszyć na ścianę wschodnią na tropienie rodzin Czeczenów próbujących ominąć zasieki w drodze do EuroRaju. I od razu się przyznam – peany na cześć okoliczności przyrody należy traktować jednak jako zawoalowaną krytykę tego, co w Watasze się nie udało. Bo wiadomo, miło jest osadzić historię w intrygującym habitacie, ale to historia i bohaterowie mają nas porwać. Wataha mogła być naprawdę dobrą produkcją, jednak mam wrażenie, że coś zaszwankowało na etapie konstruowania głównej intrygi i przedstawienia bohaterów.

Fot. HBO

Fot. HBO

Pierwszy odcinek ostro rusza z kopyta – w powietrze wylatuje chata, w której imprezuje cała jednostka. Cudem zamach (?) przeżywa kapitan Wiktor Rebrow (Leszek Lichota), doświadczony, choć mający to i owo za uszami celnik. No i zaczyna się. Z jednej strony mamy dramat rozbitego psychicznie Rebrowa. W wypadku giną nie tylko jego koledzy, ale i jego dziewczyna, Aga. Jednocześnie toczy się oficjalne śledztwo, które prowadzi cholernie upierdliwa i wyzbyta jakiegokolwiek wyczucia młoda pani prokurator Iga Dobosz (Aleksandra Popławska). Pani prokurator zjeżdża całą okolicę, próbując odtworzyć skomplikowaną sieć lokalnych układów, by dojść do tego, kto miał biznes i środki na to, by wysadzić w powietrze całą jednostkę. Dobosz nie daje oczywiście spokoju Rebrowowi, traktując go jako głównego podejrzanego (w końcu jako jedyny przeżył).

Mapa relacji, powiązań i zależności jest oczywiście bardzo skomplikowana. Drwale są przemytnikami, zaś za paczkę papierosów kolega pogranicznik z Ukrainy powie co trzeba. Słowem – każdy ma swoje za uszami. Gdy jednak postaci zostają przedstawione, klimat nakreślony, fabuła zawiązana, wszystko jakby staje w miejscu. Po ostrym początku pierwszego epizodu spodziewamy się sprawnie poprowadzonych wątków. Tajemnicę spektakularnego zamachu chcą wyjaśnić zarówno prokuratura, jak i – na własną rękę – Rebrow. Pojawiają się rosyjscy „biznesmeni”, byli GROM-owcy i ekspogranicznicy skromnie żyjący na prowincji, ale są oni jedynie tłem, a nie pełnokrwistymi pierwszoplanowymi bohaterami. Rebrow zagłębia się w przeszłość, okazuje się m. in., że Aga nie była tak niewinna, jak nam się z początku wydawało. Aż się prosi o coś więcej, jakieś wspomnienia, jednak w zamian otrzymujemy tylko krótkie „Wiem” Rebrowa, gdy zostaje przez Dobosz spytany, w jakim charakterze przebywała Aga w Afganistanie.

Fot. HBO

Fot. HBO

Wiadomo, twórcy nie chcieli nam serwować obyczajówki, ale żwawy serial sensacyjny. Nie boją się uśmiercić tego czy innego bohatera z pierwszego planu, ale jakoś nie chwyta nas to za serce. Nie mamy okazji ich polubić, nie czujemy tej głębi. Ma się wrażenie, że składniki całej mikstury są niezłe, w końcu z wyjątkiem Bartłomieja Topy, nie mamy tutaj wielkich nazwisk. Fakt, jest Marek Zieliński jako nowy komendant OSG Bieszczady, ale większość twarzy to aktorzy znani z rodzimych teatrów i seriali. Swoją drogą to właśnie grany przez Topę kapitan Adam „Grzywa” Grzywaczewski jest najciekawszą postacią. Stoi niby z boku, użera się w domu ze swoją żoną, jest bliskim kumplem Rebrowa, ale od początku czuć, że coś jest nie w porządku.

Oprócz trochę niewyraźnych i schematycznych bohaterów męczy trochę liniowość prostej fabuły. Nie ma tutaj wątków pobocznych, wszystko podporządkowane jest tajemniczej egzekucji wykonanej na pogranicznikach. W śledztwie prowadzonym przez Dobosz i Rebrowa brakowało mi jakiegoś złamania monotonnej i za mało wciągającej trajektorii fabuły, która mozolnie sunie naprzód. Przez kolejne odcinki dochodzi oczywiście do kolejnych zaskakujących wydarzeń, jednak nie posuwają one za bardzo wszystkiego do przodu. Dopiero koniec piątego i właściwie cały szósty odcinek przynosi trochę ognia i na nowo rusza. Ale wtedy już się wszystko kończy. Nie żeby nic się nie działo, o nie, ale tempo akcji chyba odbiega od tego, co nam obiecywano na początku.

Fot. HBO

Fot. HBO

Już ostatni kamyczek do ogródka – koncept i niektóre rozwiązania. Rosyjscy gangsterzy bez ochrony wchodzący do polskich szop, gdzie narzędzi do krzywdzenia co nie miara. Prokurator, która ewidentnie uwzięła się na Rebrowa i bezkrytycznie przyjmuje wszystkie dowody przeciwko niemu. Egzekucje poprzedzane moralizatorskimi kazaniami, które dają szansę na ucieczkę. Niecny plan złych ludzi zakładający wysadzenie w powietrze całej jednostki straży granicznej dla odwrócenia uwagi jednak nie trzyma się kupy. Naprawdę? Wszyscy byli niewinni? I trzeba było robić wielki szoł, tylko po to żeby… A może… a może ta niezbyt sensowna hipoteza ma nam tylko zamydlić oczy, bo jednak coś więcej było na rzeczy?

I tu dochodzimy do najważniejszego, może trochę paradoksalnego punktu – jeśli będzie druga seria, to zobaczę ją. I to z przyjemnością. Wataha ma parę mankamentów, które stają się jeszcze wyraźniejsze, gdy zestawimy ją z hitowymi serialami, do których polski widz ma dostęp. Jasne, nie mówimy o produkcji polskiego Breaking Bad (częste porównanie w przypadki Watahy jeśli chodzi o rolę przestrzeni w budowaniu klimatu historii), ale daliśmy przecież radę zmontować świetne seriale jak Ekipa czy Pitbull (kiedy to było?). Produkcja HBO jest, jak mi się wydaje, lepsza od Misji Afganistan. I choć ma mniej wyrazistych postaci, to zdecydowanie ciekawszy pomysł. Choć nie ma seksu w „Rosomaku” (wozie bojowym!).

Ale odkładając żarty na bok: przyznam szczerze, że dałem się mimo wszystko trochę wciągnąć. Watahę oglądałem w kraju, gdzie przy 25 stopniach ludzie chodzą w czapkach i szalikach, dlatego bez zastrzeżeń dałem się uwieść bajkowym pejzażykom Bieszczad. Bardzo chciałbym, żeby serial dostał kolejną szansę, choć realistycznie patrząc – będzie to dla mnie jednak niespodzianka.

Wataha
kryminał
HBO, 2014

Paweł Słoń

Współautor at dobryfilmzlyfilm
Politolog z wykształcenia i powołania. Jako Współautor tworzy wraz z Karoliną Rybicką połowę duetu bloga DobryFilmZłyFilm. Publikował m.in. w „Znaku” i „Vice Polska”. Strefę komfortu opuszcza rysując komiksy, spisując wspomnienia z Malezji i bawiąc się w DJ-a.