Fot. Showtime/Netflix/AMC

Zasady są dla słabych. O antybohaterach w serialach

Artykuł zawiera spoilery.

Ponieważ artykuł jest spisaną wersją prelekcji wygłoszonej na Serialkonie, posiada parę wtrętów i zabiegów, których raczej w tekście pisanym nie stosuję, ale mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

Nie da się ukryć, że ostatnich kilkanaście lat to triumfalny marsz antybohaterów przez ekrany telewizorów. Od czasów Tony’ego Soprano coraz więcej i więcej postaci mocno ambiwalentnych zdobywa uznanie krytyków, a także widzów i dość niespodziewanie zaczęliśmy kibicować tym złym (czy raczej tym nie do końca dobrym). W poniższym tekście przyjrzę się czterem antybohaterom, próbując dociec, co ich łączy i co sprawia, że tak mocno ich polubiliśmy.

Definicje

Zanim jednak przejdziemy do meritum, warto przywołać definicje antybohatera, aby wiedzieć, o czym tak naprawdę mowa. Zgodnie ze Słownikiem języka polskiego antybohater to:

osoba, zwykle postać w utworze literackim, mająca cechy będące zaprzeczeniem cech bohatera.

Z kolei encyklopedia Britannica podaje, że:

Antybohater – główny bohater dramatu lub opowieści, któremu brakuje cech bohaterskich. Typ postaci pojawiający się w literaturze od czasów greckich dramaturgów, obecny w dziełach literackich wszystkich narodów.

Wreszcie w znanej tutaj encyklopedii internetowej TvTropes możemy przeczytać, że antybohater to:

postać archetypiczna, która jest równie powszechna we współczesnej fikcji co bohater idealny. Protagonista, który ma atrybuty opozycyjne do tych tradycyjnych dla bohatera. Antybohater może być skonsternowany, nieskuteczny, omamiony lub zwyczajnie apatyczny. Częściej antybohater to po prostu nieprzystosowana i niemoralna jednostka.(…)
Antybohaterowie pojawiają się często w dekonstrukcji tradycyjnych gatunków heroicznych. W dzisiejszych czasach termin używany jest dużo swobodniej niż niegdyś (…). Według jednej definicji antybohater to dosłownie po prostu bohater, co oznacza tyle, że robi bohaterskie czyny. Jednakże podczas gdy Superman, Wonder Woman, Herkules i wielu innych konwencjonalnych bohaterów posiadają zarówno fizyczne, jak i moralne predyspozycje do tego, antybohater praktycznie nigdy nie posiada jednego i drugiego.

Warto podkreślić, że SJP oraz Britannica koncentrują się wciąż na postaciach literackich, a jedynie TvTropes zwraca również uwagę na inne rodzaje sztuki (do której to seriale w powszechnej świadomości chyba jeszcze długo będą musiały się dobijać o akces).

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Z powyższych definicji wyraźnie wynika, że antybohater to… po prostu bohater. Może nieco zagubiony, może błądzący, ale zasadniczo serce ma po dobrej stronie. I tu właśnie pojawia się podstawowy problem z objaśnieniem i rozpatrywaniem tego terminu w potocznym rozumieniu. Dzisiaj popularność obok antypatycznych, acz generalnie pozytywnych postaci zdobywają w serialach również te, którzy w każdym innym serialu mogłyby zostać uznane za nemezis głównego, wyidealizowanego bohatera. A jednak, chociaż widzimy różnicę pomiędzy Gregorym House’em a Nuckym Thompsonem, wymieniamy ich jednym tchem obok siebie. Gdy zresztą wyszukamy w internecie frazę „Best antiheroes in TV”, obok siebie pojawiają się szef mafii, Tony Soprano oraz agent rządowy Jack Bauer. A zatem jako antybohatera postrzegamy nie tylko odheroizowanego i zdekonstruowanego herosa, który pod koniec odcinka uratuje pacjenta, pokona złoczyńcę czy wręcz uratuje wszechświat, ale także postać, która chętnie wyrżnęłaby w pień pół miasta, jeśli tylko pomogłoby jej to osiągnąć cel.

Dlatego też na potrzeby niniejszego tekstu chciałbym podzielić antybohaterów na tych klasycznych – a więc postacie pozytywne, choć wyróżniające się brakiem fizycznych i/lub psychicznych predyspozycji do zostania wzorem do naśladowania – a także villainów (przepraszam za anglicyzm, ale „złoczyńca” czy „łotr” kojarzą mi się z przypowieściami albo literaturą wieku XIX). Ci drudzy nie tylko ignorują zasady, do jakich stosuje się reszta świata czy wręcz tworzą własny kodeks moralny, ale przede wszystkim nie są jednoznacznie zaliczani do grona czarnych charakterów – tylko dlatego, że to o nich opowiada dany tytuł i nie są wrogami herosa idealnego. I to właśnie na villainach chcę się skoncentrować.

Fot. Showtime via giphy.com

Fot. Showtime via giphy.com

O kim mowa?

Dexter Morgan – tytułowy bohater serialu Showtime pt. Dexter. Seryjny zabójca, który pracuje w Miami Metro Police, dzięki czemu ma dostęp do policyjnych baz danych i skuteczniej może polować na przestępców. Działa według ściśle określonego kodu, który wpoił mu przybrany ojciec, co między innymi oznacza tyle, że morduje jedynie „złych ludzi”, co do których Dexter nie ma wątpliwości, że zawinili. Jest zatem jednocześnie policjantem, sędzią i katem.

Walter White – z serialu AMC, Breaking Bad, nauczyciel chemii z liceum, który dowiaduje się, że ma raka płuc. Przybity perspektywą zapłacenia wielu tysięcy za leczenie, razem ze swoim byłym uczniem zaczyna produkować metamfetaminę, w czym szybko staje się dobry i zaczyna piąć się w górę przestępczego światka, zatracając się coraz bardziej w chciwości i z każdym sezonem przekraczając swoje granice moralne i etyczne.

Frank Underwood – serial Netflix, House of Cards. Kongresman ze strony demokratów. Ambitny polityk, który idealnie odnajduje się w kuluarach Kapitolu, mierzy w fotel prezydencki i czasami dość otwarcie to deklaruje czynami. Niepokorny strateg i manipulator, który genialnie rozgrywa większość politycznych potyczek. Nie cofnie się przed niczym, aby zarówno piąć się wyżej w administracji, jak i pozbywać się wszelkich dowodów obciążających go.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Ray Donovan – tytułowy bohater serialu Showtime, Ray Donovan, fixer (ponownie przepraszam za anglicyzm, ale „naprawiacz” brzmi cokolwiek dziwnie) bogatych ludzi z LA. W swojej pracy musi dla swoich klientów chociażby pozbywać się ciał, przekupywać wysoko postawionych ludzi, zastraszać, nie cofnie się także przed zabójstwem, jeśli to konieczne. Jak cień podąża za nim ciągle przeszłość z Bostonu, z którą związani są jeszcze jego ojciec i dwaj bracia.

Poniżej oczywiście znajduje się masa spoilerów, choć starałem się unikać tych szczególnie istotnych i zaskakujących, które potrafią całkowicie zepsuć oglądanie.

Podobieństwa

Pomijając typowe cechy antybohaterów, o których za chwilę, jednym z podstawowych podobieństw, jakie rzucają się w oczy w przypadku powyższej czwórki, jest ich troska o najbliższych. Walter praktycznie przez cały serial powtarza, że wszystko, co robi, robi dla rodziny. Pod koniec dowiadujemy się, że to nie do końca prawda, niemniej jednak podstawowym impulsem do rozpoczęcia „kariery” w narkobiznesie była chęć zapewnienia rodzinie odpowiedniego statusu i uniknięcie zubożenia jej przez kosztowne leczenie raka. W Rayu Donovanie natomiast druga połowa drugiego sezonu to tak naprawdę walka Raya o bezpieczeństwo własnej rodziny, a zwłaszcza ukochanej córki. Regularnie zresztą Donovan podkreśla i słowami, i czynami, że stawia rodzinę na pierwszym miejscu. Nie tylko stara się, aby żonie i dzieciom niczego nie brakowało, ale także troszczy się o braci, tak jak robił to, gdy jeszcze byli dziećmi. Dexter z kolei ukrywa tajemnicę przed swoją przyrodnią siostrą, Debrą, nie tyle z obawy o własne życie, co ze obawy przed tym, jak siostra to zniesie. Ponadto stał się podwójnie ostrożny, odkąd urodził mu się syn, nie chcąc narażać dziecka na wychowywanie się bez ojca (i proszę, nie przywołujmy finału serialu, staram się o tym zapomnieć). Frank wreszcie to co prawda stuprocentowy egoista, ale choć dba przede wszystkim o siebie, nigdy nie zapomina o swojej żonie, Claire, i w praktycznie każdym swoim planie lub manipulacji uwzględnia także ją.

Fot. AMC via thenosebleeds.com

Fot. AMC via thenosebleeds.com

Ze wspomnianych już typowych cech antybohaterów czy też villainów zdecydowanie na pierwszy plan wysuwa się pewna ilość żyć na sumieniu, a także brak oporów przed zabójstwem, czy to w obronie siebie lub rodziny, czy żeby osiągnąć cel. U Dextera to de facto hobby i na przestrzeni ośmiu sezonów myślę, że średnio co dwa, trzy odcinki widzieliśmy, jak zabija. Frank w pogoni za upatrzonym celem nie miał skrupułów, by pozbyć się niewygodnych osób. I chociaż od brudnej roboty ma odpowiednich ludzi, to dwukrotnie nie zawahał się, by zrobić to osobiście. Walter natomiast zaczynał jako niewinny i zagubiony nauczyciel, który jeszcze w pierwszym sezonie był zmuszony do uduszenia gangstera (bo w przeciwnym razie on sam by zginął), co długo przeżywał, zaś na przestrzeni kolejnych lat nauczył się bez mrugnięcia okiem mordować swoich rywali i konkurentów, a nawet współpracowników. Dla Raya z kolei, podobnie jak dla Dextera, zabić to jak splunąć. Co prawda rzadko widzimy go uciekającego się do aż tak radykalnych kroków, ale gdy już wyczerpał inne możliwości, pociągnięcie spustu to dla niego raczej naturalna czynność. Szczególnie, gdy na celu ma ochronę rodziny.

Kolejną ważną cechą dla tej czwórki jest notoryczne kłamanie, a także prowadzenie podwójnego życia (choć to akurat nie ma zastosowania w przypadku Franka). Ray oszukuje żonę w sprawie swojej pracy (inna sprawa, że ona sama świadomie nie chce wszystkiego wiedzieć, bo jednak czegoś tam się domyśla), zdradza ją, ponadto ukrywa przed bratem fakt, że należący do owego brata klub bokserski to pralnia brudnych pieniędzy. Walter z perspektywy pięciu sezonów powiedział może pięć prawdziwych zdań. Kłamał praktycznie każdemu i w zasadzie w każdej sprawie. Do tego obok życia chorego, kochającego męża i ojca, istniało jego alter ego jako Heisenberga – a zatem narkotykowego bossa i geniusza zbrodni. Dexter natomiast to niezwykle ciekawy przykład, bowiem jako seryjny zabójca całe swoje życie musiał oprzeć na kłamstwach, ale uczynił tak nie tylko w stosunku do najbliższych, ale przede wszystkim w stosunku do społeczeństwa. Nauczył się udawać normalnego obywatela i z powodzeniem stosował w relacjach międzyludzkich swego rodzaju mimikrę – do pracy przynosił pączki, dzięki czemu miał być lubiany i traktowany jak zwyczajny facet. Do tego ożenił się nie z miłości, ale dlatego, że… w sumie tak wypadało, bo u innych par małżeństwo stanowiło kolejny, naturalny krok w relacji. Dla Franka z kolei kłamanie to chyba podstawowy sposób na przeżycie w polityce, a także na załatwienie czegokolwiek. Przy każdej przysłudze robionej innym ma w tym swój ukryty cel, podczas rozmowy z dwiema osobami na ten sam temat potrafi wygłosić trzy różne zdania, umiejętnie lawiruje po świecie kapitolowych gierek, gdzie szczerość może co najwyżej stanowić gwóźdź do trumny. Nie wspominając już o tym, że notorycznie oszukuje prezydenta i za jego plecami próbuje doprowadzić do impeachmentu.

Fot. Netflix via showrenity.com

Fot. Netflix via showrenity.com

Nie da się również ukryć, że cała czwórka cechuje się ponadprzeciętną inteligencją, co przejawiają w rozmaity sposób. Frank to człowiek niesamowicie oczytany, rewelacyjnie poruszający się w polityce wewnętrznej (zarówno kraju, jak i partii) oraz zewnętrznej. Doskonale orientuje się we wszelkich politycznych, ekonomicznych i międzynarodowych niuansach, które z powodzeniem wykorzystuje, by doprowadzić do rozwiązania sprawy po jego myśli. Bardzo dobrze zdaje sobie sprawę, którego polityka wywindować na dane stanowisko, aby wywołać reakcję łańcuchową, przewiduje na kilka ruchów w przód, a do tego na kilka miesięcy przed trafnie przewiduje, jaka będzie sytuacja geopolityczna i jak się na nią przygotować. Ray posiada podobny zestaw umiejętności – wie, kogo przekupić, wie, co komu powiedzieć, komu czego nie mówić, jak złagodzić możliwy konflikt, a także jak jednocześnie trzymać kilka osób w szachu. Jest bezwzględny, kiedy trzeba, ale i umie poruszać się z wyczuciem oraz umiejętnie tonuje nastroje, by nie dopuszczać do pogorszenia sytuacji. Dexter świetnie potrafi się maskować i zacierać ślady, a do tego z wysoką skutecznością umie myśleć jak swoja ofiara. Do tego przez wiele lat unika podejrzeń o bycie seryjnym zabójcą i z reguły wie, kiedy lepiej przystopować i nie ryzykować niepotrzebnie. Walter z kolei to niespełniony chemiczny geniusz, który w wyniku niefortunnych decyzji i losu skończył jako nauczyciel w ogólniaku. W serialu widzimy niejednokrotnie, jak potrafi niekonwencjonalnie wykorzystać chemię do własnych celów, zaś jego szwagier nazwał go „najmądrzejszą osobą, jaką zna”. Ponadto wraz z rosnącą pozycją w środowisku przestępczym coraz lepiej organizuje swoje królestwo narkotykowe, doskonale wie, jak wykorzystać słabość swoich wrogów i przyjaciół przeciwko nim, a przy tym zawsze ma zapasowy plan.

Istotne w charakterystyce tych czterech postaci są również ich relacje z innymi bohaterami, a dokładniej umiejętność manipulowania. Absolutne mistrzostwo osiągnął w tym Walter, zwłaszcza w stosunku do swojego partnera i byłego ucznia, Jessego. Tak bardzo przeinaczał prawdę i pokazywał siebie w dobrym świetle, że Jesse w pewnym momencie bezrefleksyjnie przyjmował wszystko jako niemalże prawdę objawioną, co między innymi doprowadziło do kilku śmierci. Frank doskonale wie, który klocek w administracji (a wręcz w państwie) poruszyć, aby rozsypała się cała wieża. Poza tym obsadza stanowiska odpowiednimi ludźmi po to, by w przyszłości przyniosło mu to profity, a także umiejętnie pociąga za odpowiednie sznurki, uderza w odpowiednie tony i wyświadcza dobrze przemyślane przysługi, by jego interlokutorowi wydawało się, że to on na tym cokolwiek zyskuje, a nie Frank. W przypadku Raya oraz Dextera trudno doszukać się aż tak perfekcyjnych umiejętności manipulatorskich (i tak subtelnych), ale ten pierwszy potrafił w drugim sezonie wzbudzić w żonie poczucie winy, że nie docenia należycie zasług Raya dla rodziny. Dexter natomiast wiedział, jak w późniejszych sezonach rozmawiać z szefostwem oraz współpracownikami, żeby nie wzbudzać podejrzeń co do swojej osoby, a wręcz by je przekierować na kogoś innego.

Fot. Showtime via dstv.com

Fot. Showtime via dstv.com

Symptomatyczna wydaje się kwestia traktowania seksu. W paru przypadkach pozbawiony był w omawianych serialach jakichkolwiek emocji i służył raczej za symbol czy narzędzie władzy i dominacji. Tak prezentowało się chociażby życie seksualne Raya w całym drugim sezonie. Jego współżycie z żoną przypominało automatyczną, zdehumanizowaną czynność, nie zakrawającą nawet na odhaczenie „powinności małżeńskiej”, ale będącą de facto gwałtem. U Franka i jego kochanki, Zoe, wyglądało to podobnie, choć tu oboje wykazywali się dużym cynizmem i przez łóżko pragnęli po prostu osiągnąć własne cele. Ich seks w późniejszym etapie relacji był raczej mechaniczny i brakowało w nim pożądania.  U Waltera z kolei wydarzył się jeden incydent, ale dobrze się w ten punkt wpisuje, bowiem po jednej z akcji, kiedy to władza i przekraczanie własnych granic moralnych wyraźnie go upajały i na swój sposób podniecały, prawie zgwałcił żonę. Wydaje się, że stanowiło to rodzaj momentu przełomowego dla ich relacji, bo później prawie nic nie zostało w tym małżeństwie czy to z namiętności, czy chociażby z partnerstwa. Przypadek Dextera natomiast trochę się od pozostałej trójki różni. W jego relacji z żoną można dostrzec bezuczuciowy seks, ale za to bez żadnego drugiego dna. Dexter kochał się z Ritą, bo wypadało, bo byłoby dziwne, gdyby tego nie robił. Znowu zatem wracamy do wyuczonej mimikry, jaką stosował, by prezentować się jako zwyczajny obywatel (co jest o tyle dziwne, że nieraz widzieliśmy go uprawiającego seks z pożądania, bo faktycznie tego chciał).

Tworzenie własnego kodeksu etycznego

Jedno z najważniejszych podobieństw to jednak motto życiowe, które umieściłem w tytule – zasady są dla słabych. Bohaterowie, którym przyglądam się z bliska, ignorują powszechnie przyjęte reguły, jakim rządzi się społeczeństwo, łamią prawo, będąc przekonanymi, że wszystko im wolno, ponieważ są ponad to. Nie odważyłbym się stwierdzić, że taka postawa jest bliska nietzscheańskiej idei nadczłowieka, niemniej pewne jej echa mogą chyba pobrzmiewać w charakterach postaci. Jednakże Dexter, Walter, Frank oraz Ray nie tylko mają w poważaniu reguły, jakich przestrzega znakomita większość ludzkości, ale nierzadko tworzą własne i to im podporządkowują swoje działania. Wydaje się, że właśnie między innymi dlatego, iż w ich odczuciu stosowanie się do zasad obowiązujących wszystkich to oznaka słabości, a jak lepiej ukształtować swój los i okazać siłę oraz niezależność, jeśli nie poprzez życie według własnych reguł?

Dexter to najbardziej jaskrawy przykład. W swoim życiu jako seryjnego mordercy stosuje się niemal bezwzględnie do tzw. „kodeksu Harry’ego”. Zgodnie z nim Dexter nie zabije niewinnej osoby, musi mieć stuprocentową pewność, że ofiara ma wiele na sumieniu i tak naprawdę pozbycie się jej ze społeczeństwa to dobry uczynek. Sytuacja dość ciekawa, bo z jednej strony bohater stawia się ponad prawem, kiedy sam decyduje, czy dana osoba jest winna i należy ją zlikwidować, a z drugiej to jednak nie w pełni bezprawie i działanie według widzimisię czy kaprysów. Dexter całkiem rygorystycznie przestrzega kodeksu Harry’ego i jak pokazują późniejsze sezony, zignorowanie go przynosi wiele problemów. Zastanawiałem się nawet parę razy, czy twórcy chcą nam przewrotnie przekazać, że nawet regulamin mordercy jest lepszy niż życie bez zasad.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Franka nie obchodzi konstytucja, prawo Stanów Zjednoczonych, regulamin partii, niepisane społeczne zasady. Przyjaźń, lojalność i sumienie to puste frazesy, a jedyną liczącą się wartością jest władza. To jej podporządkowuje wszystkie swoje działania. Pragnienie władzy rozgrzesza go ze wszystkich niemoralnych poczynań, a reguły ignoruje całkowicie, bo uważa je jedynie za wiążące ręce i uniemożliwiające pełne rozwinięcie skrzydeł. Dlatego też bez skrupułów pozbywa się niewygodnych ludzi, otwarcie kpi sobie z zasad Kongresu. Podtytuł „tworzenie własnego kodeksu etycznego” może być nieco mylący, bowiem działania Franka mają niewiele wspólnego z etyką, choćby pokrętnie rozumianą. Dexter zabijał, ale jednak jakiś tam kodeks go obowiązywał. Franka w ryzach trzymają wyłącznie jego własne ograniczenia.

Zachowanie Waltera od mniej więcej przełomu trzeciego i czwartego sezonu idealnie podsumowuje znany cytat – „We’re done when I say we’re done”. To on ustala zasady i to do niego muszą dostosować się wszyscy inni. Wszystko ma być tak, jak on chce, a wszelkie zbrodnie usprawiedliwiane są argumentami „nie dało się inaczej, to było jedyne wyjście”, ewentualnie „albo my, albo on(i)”. Wysokie poczucie własnej wartości, które zresztą jeszcze wzrosło po pierwszych sukcesach, nie pozwalało mu długo pracować dla kogoś innego i wszelka współpraca (poza tą z Jessem) niezbyt długo przetrwała z powodu narzucania swojej woli przez Waltera. W pewnym momencie uważał się nawet za pana życia i śmierci. Do tego wielokrotnie udowadniał, że zastany status quo to dla niego jedynie pretekst do zmiany/ulepszenia, choćby siłą.

Fot. AMC via gifrific.com

Fot. AMC via gifrific.com

Ray – zero szacunku dla władz. Jednego z agentów FBI ma od dawna w kieszeni i ta współpraca sprawia, iż z każdym innym przedstawicielem władzy, będzie tak samo łatwo. W swojej pracy nie obchodzi go ani prawo, ani regulaminy, bo właśnie na tym polega jego zadanie – na ignorowaniu zasad i radzeniu sobie z problemem w sposób nieortodoksyjny. Ponieważ jest de facto głową rodziny (dba nie tylko o żonę i dzieci, ale też wspiera braci), uważa, że wszyscy powinni go słuchać i robić tak, jak on uważa. Na wiele sygnałów, że nie wszystko idzie po jego myśli, reaguje agresją. Po trochu żyje w swoim własnym świecie, gdzie to on ustala reguły gry i wszystko toczy się ustalonym przez niego torem.

Sposoby kreacji bohaterów

Jak w takim razie wytłumaczyć popularność serialowych antybohaterów? Jest sporo technik, które sprawiają, że wzbudzają oni naszą sympatię – jak dzieje się to w przypadku Dextera, Franka, Waltera i Raya?

Dexter – w zasadzie pokazuje nam się go jako dobrą osobę, tyle że z nietypowymi potrzebami, przez które niestety nie może zostać w pełni zaakceptowany przez społeczeństwo. Od początku podkreśla się jego nieprzystosowanie i to, jak nauczył się mimikry w kontaktach międzyludzkich. Niby postać negatywna, ale w gruncie rzeczy na swój sposób sympatyczna, tym bardziej, że regularne pokazuje się go od ludzkiej strony, pomimo podkreślania, jaki to on jest bezemocjonalny, beznamiętny i pozbawiony głębszych uczuć oraz empatii. W późniejszych sezonach jako mąż i ojciec wzbudza jeszcze większą sympatię, bo jednak syna autentycznie kocha i troszczy się o niego (pomijamy przy tym pewne skróty fabularne i scenariuszowe nadużycia). Do tego dość szybko dowiadujemy się o tragedii, jaka spotkała go we wczesnym dzieciństwie i jak mocno to wpłynęło na jego psychikę. Wszystko subtelnie wskazuje, że Dexter to w gruncie rzeczy porządny facet, ale trochę miał pecha. No i może gdyby trafił na porządnego psychologa, to byłoby zupełnie inaczej? Pod względem aktorskim Michael C. Hall wykonuje też sporo roboty, bo naprawdę dobrze i przekonująco potrafi zagrać tę udawaną naturę Dextera, a zatem promienny, wzbudzający zaufanie uśmiech, lekko zagubione spojrzenie i pewną dozę nieśmiałości w ruchach. To też sprawia, że tak naprawdę go lubimy i mu kibicujemy.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Walter wyróżnia się dość znacząco na tle pozostałej trójki jako bohater, który dopiero w trakcie serialu przeistacza się w pełnokrwistego antybohatera. Na początku mocno z nim sympatyzujemy – mężczyzna w średnim wieku, ze zdiagnozowanym rakiem, utkwił w liceum, chociaż na studiach miał niezłe perspektywy jako niezwykle zdolny chemik. Dorabia w myjni samochodowej, gdzie jest upokarzany. Nienawidzi swojego życia, syn jest bardziej zapatrzony w wujka, relacje z żoną bardziej koleżeńskie niż namiętne. W sumie nam go szkoda i w zasadzie rozumiemy, że chciał dodać do swojego życia trochę emocji, nowości, życia po prostu, a nie egzystencji. Bryan Cranston wcielający się w Waltera też świetnie to w pierwszym sezonie pokazuje, kiedy główny bohater dopiero uczy się, na jakich zasadach działa handel narkotykami. Walter bywa w pierwszym sezonie zagubiony, zdezorientowany, nierzadko przerażony, co jedynie potęguje naszą sympatię do niego. W końcu chce dobrze i często podkreśla, że to, co robi, robi dla rodziny, chce coś zostawić dzieciom. A przecież my jako widzowie lubimy identyfikować się z doświadczonymi przez los postaciami, którym wiatr zawsze w oczy. Jednak im dalej w głąb serialu i im dłużej trwa przemiana Waltera, tym mniej w nas sympatii do niego, a więcej antypatii. I ponownie Cranston odgrywa to genialnie. Coraz większa zaciętość i bezwzględność w oczach oraz tonie głosu. Oczywiście wygląd też robi swoje, ale to właśnie mimika Cranstona odgrywa tu największą rolę. I z każdym nowym odcinkiem mniej sprzyjamy Walterowi, a coraz częściej marzymy, żeby powinęła mu się noga, ale jednocześnie nie chcemy, żeby został złapany, bo obawiamy się o przyszłość serialu.

Frank – od samego początku, od pierwszej sceny kreowany na prawdziwie czarny charakter. W swoim pierwszym pojawieniu się, w pierwszych dwóch minutach, zabija psa! A z setek filmów i seriali wiemy przecież, że psy i generalnie zwierzęta krzywdzą tylko największe sukinsyny. Wydawać by się mogło, że twórcom ani trochę nie zależy, aby pokazać Franka od jakiejkolwiek cieplejszej strony i każdy odcinek to jedynie potwierdza. Manipulacje, kłamstwa, brak kręgosłupa moralnego, brak skrupułów w traktowaniu wspólników i „przyjaciół”, pozbywanie się niewygodnych ludzi, działanie na szkodę partii i kraju, dbanie tylko o własny interes, obłuda, o większości ludzi wyraża się z pogardą, nie znosi dzieci. Generalnie nie przypominam sobie żadnej sceny, która choć trochę ociepliłaby jego wizerunek. Nawet relacja z Claire, choć zapewne znaleźć tam można w pokrętny sposób rozumianą miłość, pełna jest wyrachowania i wzajemnych zależności. Zastanawia mnie zatem, dlaczego tak bardzo uwielbiamy House of Cards. Tak bardzo lubimy szekspirowskie charaktery czy charyzmatyczne, wyraziste postacie? Bo że Spacey to klasa, stanowi oczywiście truizm. Czy może burzenie czwartej ściany odgrywa też w tym wszystkim znaczną rolę? Doprawdy trudno mi racjonalnie wyjaśnić tak olbrzymią popularność Franka Underwooda.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Ray – człowiek z potężnymi demonami z przeszłości (jakkolwiek sztampowo to brzmi). Molestowany seksualnie w dzieciństwie, mocno przeżył śmierć młodszej siostry i rozwód rodziców. Nienawidzi ojca, od dawna opiekuje się braćmi, przez co widzi samego siebie jako najistotniejszą osobę w rodzinie. Wszystko to sprawia, że Ray to naprawdę trudny charakter, ale po trochu rozgrzeszamy jego mrukliwość i oszczędne wyrażanie emocji. Mam też wrażenie, że często scenarzyści chcą go pokazać jako nieco zagubionego w tym, co robi. Zwłaszcza kiedy pije albo zdradza żonę. Wyraźnie wtedy widać, że przeszłość nad nim wisi, bohater nie jest w stanie się jej pozbyć, a i nikogo nie chce do siebie dopuścić, aby się z tego zwierzyć. Przy tym wszystkim Ray faktycznie dba o swoją rodzinę, co szczególnie widać w stosunku do dzieci, zwłaszcza w drugim sezonie. Nie zawsze radzi sobie jako wychowawca, ale zdecydowanie skoczyłby za nimi w ogień, przez co jawi się jako postać pełna paradoksów. Naprawdę można uwierzyć, że chce dobrze, ale jest już tak bardzo złamany i tak bardzo zdegenerowany (także przez pracę), że już nie do końca wie, jak ma się zachowywać, by być dobrym mężem, ojcem, bratem i synem. Do tego w uwiarygodnieniu charakteru Raya pomaga wcielający się w niego Liev Schreiber, który tę skomplikowaną naturę przedstawia bardzo minimalistycznie. Ponura mina, ciężkie spojrzenie, zmęczony tembr głosu, mocno stoicki, wachlarz jakichś trzech sposobów ekspresji na twarzy. Ale to zdaje egzamin. I to bardzo.

Podsumowanie

Zamiast standardowego zakończenia pozwolę sobie umieścić pytania z prelekcji, które może pomogą w zrozumieniu fenomenu antybohaterów i w przyznaniu przed sobą, co tak naprawdę przyciąga nas przed ekran. Jedynych poprawnych odpowiedzi nie ma. Ja sam nie wiem, co przy paru punktach myśleć.

Dlaczego tak naprawdę lubimy antybohaterów i seriale, w jakich się pojawiają?

  • mamy dosyć krystalicznie czystych postaci?
  • wolimy postacie wyraziste, choćby do cna zepsute niż nieco mdłe?
  • zło wydaje się w jakiś sposób atrakcyjniejsze? Na postacie antybohaterów projektujemy swoje głębokie fantazje („też bym chciał tak powiedzieć szefowi”, „też chciałbym odważyć się rzucić robotę”)?
  • pociąga nas życie bez reguł? Jest prostsze? Paradoksalnie bardziej sprawiedliwe?
  • satysfakcjonuje nas katharsis, moment, kiedy na końcu dobro ostatecznie zwycięża, równowaga zostaje przywrócona w galaktyce, a źli dostają za swoje? Dlatego czekamy, aż wreszcie antybohater zapłaci za swoje winy?
  • … czy po prostu w pełni nas kupuje scenariusz i absolutnie oczarowują aktorzy?

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.