Fot. BBC

Doctor Who – serial science fiction?

Artykuł zawiera spoilery. Warto też zaznaczyć, że artykuł dotyczy wyłącznie „nowego” Doctora Who (2005–2014).

Przemek: Pytanie postawione w tytule na pierwszy rzut oka może wydać się banalne. Czy Doctor Who jest serialem science fiction? Tak, oczywiście, że jest. A jednak stawiając je, mieliśmy z Arturem na myśli coś trochę głębszego. JAKIM serialem science fiction są przygody kosmity w niebieskiej budce?

Warto chyba zacząć od tego, że jest tyle definicji fantastyki naukowej, ilu definiujących. Elementami, które powtarzają się najczęściej, są dbałość o poprawność naukową (czyli zgodność dzieła z obecnym poziomem wiedzy), zainteresowanie przyszłością i kosmosem oraz przedstawianie wpływu rozwoju technologii na życie ludzkie. Na potrzeby prelekcji serialkonowej przyjęliśmy zatem zwięzłą, roboczą definicję, która brzmi: „science fiction to wiarygodność naukowa plus wielkie tematy: przyszłości ludzkości, technologii, Ziemi”. Takie ujęcie pozwala nam objąć spojrzeniem wiele aspektów Doctora Who i zastanowić się, co wyróżnia ten serial na tle innych przedstawicieli gatunku.

A etykietka gatunkowa, wbrew pozorom, ma duże znaczenie, bo do pewnego stopnia wyznacza oczekiwania widowni względem dzieła. Gdy słyszymy „kryminał”, mamy prawo spodziewać się morderstwa, śledztwa i triumfu sił dobra – ale raczej nie żarcików. W środowisku fanów całkiem często słyszy się zarzut o „nienaukowości” DW – sporej rzeszy widzów zbyt luźne podejście do fizyki czy technobełkot potrafią całkowicie popsuć przyjemność z oglądania. Z tego powodu niektórzy odmawiają wręcz serialowi przynależności do science fiction, nazywając go raczej fantasy w kostiumie kosmicznym. Czy faktycznie jest to trafny zarzut?

Fot. BBC

Fot. BBC

Artur: Jeśli za istotne kryterium naukowe uznać zgodność z aktualnym stanem wiedzy naukowej, to Doctor Who rzeczywiście nie wypada najlepiej. Pierwszy człon nazwy „fantastyka naukowa” daje pewne pole do manewru, drugi natomiast zobowiązuje i z tych zobowiązań serial nie zawsze się wywiązuje. Najdobitniejszym – i najświeższym w pamięci widzów – przykładem jest niedawny odcinek Kill the Moon, gdzie naruszone zostaje prawo zachowania masy, a więc jeden z fundamentów fizyki. Na wiele można przymknąć oczy, ale bez przesady.

To jednak najdrastyczniejszy przypadek; inne przykuwają uwagę w znacznie mniejszym stopniu, a to dzięki zawieszeniu niewiary – mechanizmowi, który pozwala widzowi przyjąć, że to, co oglądamy na ekranie, mogłoby się w określonych warunkach wydarzyć. Zakładamy oczywiście, że widz posiada pewną dozę dobrej woli oraz wyobraźni, okazuje się jednak, że istnieje kilka zabiegów, dzięki którym twórcy mogą ułatwić zawieszenie niewiary i zaakceptowanie niezwykłego/nieprawdopodobnego/niemożliwego. Ich klasyfikację przedstawia Hal Duncan, szkocki pisarz science fiction i fantasy, w książce Rhapsody: Notes on Strange Fictions. Jest na tyle użyteczna, że warto ją pokrótce przedstawić.

Pierwsza strategia, charakterystyczna dla tekstów o racjonalnej podbudowie, a więc tego, co moglibyśmy nazwać „twardym science fiction”, to explanation, czyli wyjaśnienie. W tym przypadku twórca dokładnie przemyślał sposób, w jaki element fantastyczny, jeszcze nie istniejący, mógłby funkcjonować, opierając się na aktualnym stanie wiedzy naukowej. W Doctorze Who możemy zaobserwować tę strategię na przykład w odcinku Blink, gdzie wyjaśnieniem niezwykłej biologii Płaczących Aniołów jest mechanika kwantowa – a konkretnie to, że obserwacja wpływa na wynik eksperymentu, w tym wypadku przemieniając żywe istoty w kamień. Podobnie przemyślana jest większa w środku TARDIS: z serialu dowiadujemy się, że wnętrze i zewnętrze statku istnieją po prostu w osobnych wymiarach.

Fot. BBC. Don't blink.

Fot. BBC. Don’t blink.

Druga strategia jest charakterystyczna dla tekstów o bardziej romantycznej naturze, w tym dla miękkiej odmiany science fiction. Duncan nazywa ją excuse, czyli wymówką. Zamiast racjonalnego wyjaśnienia opieramy się na przyjętych elementach konwencji. Kiedy wprowadzamy do naszej historii Sztuczną Inteligencję, wszczepki czy nanotechnologię, niewiele trzeba wyjaśniać – średnio obyty widz tak już nimi nasiąknął, że stały się czymś akceptowalnym. Oczywiście, w przyszłości będą nanoboty, malutkie maszyny umożliwiające… najrozmaitsze rzeczy – na przykład błyskawiczne leczenie ran! (A jeśli będą to nanomaszyny, które nigdy nie widziały człowieka, to np. przyspawają mu maskę przeciwgazową do głowy).

Trzecia strategia różni się nieco od wcześniejszych; o ile do tej pory chodziło o sprawienie, że widz łatwiej zaakceptuje fantastyczny element fabuły, o tyle teraz chodzi o konfrontację z dziwnością, podkreślenie niezwykłości. Co otrzymamy, jeśli wprowadzimy kosmitę, którego prawdziwej postaci nigdy nie zobaczymy na ekranie, który może w ogóle nie ma ciała i znajduje nosicieli, których atakuje, przejmując ich głos? Jeden z najbardziej przerażających odcinków Doctora, oczywiście – Midnight.

Jak widać, Doctor Who poczyna sobie dość swobodnie, zmieniając strategie w zależności od tego, jaki efekt planuje akurat uzyskać scenarzysta. Czasem nawet je miesza, stosując technobełkot – który pozoruje wyjaśnienie, choć nieposiadające większego sensu, stanowiące więc w istocie jedynie wymówkę. Tak, tak, to mogło się wydarzyć, idźmy dalej – zaraz, jak to nie można odwrócić polaryzacji strumienia neutronów…? Nie jest to oczywiście złe samo w sobie: jak powiedział pisarz H.H. Munro, czasami drobna nieścisłość pozwala uniknąć mnóstwa wyjaśnień. Wszystko sprowadza się często do subiektywnych odczuć widza, bo niektórzy zaakceptują to, na co inni kręcić będą nosem.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Wygląda na to, że nie taki technobełkot straszny, jak go malują. Kluczowe wydają mi się tu trzy obserwacje. Po pierwsze to, w jakim stopniu jesteśmy w stanie ocenić poprawność lub niepoprawność przedstawionej w serialu nauki, zależy mocno od indywidualnej wiedzy widza z zakresu matematyki, fizyki, biologii, chemii i geografii. To, co razi lepiej poinformowanych, laikom może się wydać zupełnie niewinne. Po drugie część powszechnie znanych „faktów naukowych” to w istocie faktoidy, zmyślenia przypominające prawdę, które jednak powtarzamy bezkrytycznie, bo setki razy widzieliśmy je w książkach czy filmach. Nie, Wielkiego Muru Chińskiego nie widać z kosmosu. Nie, człowiek nie używa na co dzień zaledwie 10% swojego mózgu. Nie, czarna dziura to nie jest wielki odkurzacz, który przyciąga zewsząd i połyka pobliską materię. Nasza wiara w niepotwierdzoną wiedzę jest szczególnie widoczna w przypadku podróży w czasie – prawda jest taka, że zwyczajnie nie wiemy, co jest, a co nie jest w tej sferze możliwe, a mimo to wiele osób uznaje za wzór teorie zaczerpnięte z Powrotu do przyszłości czy Terminatora i krytykuje jako nierealistyczne, na przykład, „nadpisywanie” życia Kazrana Sardicka na żywo w A Christmas Carol. Po trzecie wreszcie – poziom naszej wiedzy naukowej stale się zmienia, co powoduje, że dzieła niegdyś imponujące wiarygodnością z czasem potężnie się dezaktualizują. Niektóre z potworów H.P. Lovecrafta autor obdarzył błoniastymi skrzydłami, by mogły frunąć przez wypełniony eterem kosmos, co okazało się problematyczne w momencie, gdy odkryto, że między gwiazdami jest głównie próżnia. Co więcej, dezaktualizuje się nawet język nauki, co również odbiera starszym dziełom wiarygodność. „Silnik termojądrowy” i „komputer” budzą nasze zaufanie, ale już Lemowy „stos atomowy” i „mózg elektronowy” śmieszą, sprawiając, że jakoś mniej skłonni jesteśmy zawiesić niewiarę. Podsumowując: poprawność naukowa to rzecz niesłychanie subiektywna i, podobnie jak piękno, często tkwi po prostu w oku patrzącego.

Artur: Być może ciekawiej zatem będzie (i może tutaj natkniemy się na trop, który doprowadzi nas do odpowiedzi na pytanie tytułowe), jeśli skupimy się na tematyce. Science fiction opowiada o fascynacji człowieka światem, wyrażającej się w pędzie do wiedzy, ale także o dążeniu do zastosowania tej wiedzy w praktyce, by zmieniać świat i siebie, co manifestuje się najczęściej poprzez rozwój techniczny.

Sposób, w jaki wytwory człowieka wpływają na niego samego widać najczęściej w odcinkach Russella T Daviesa, takich jak The Long Game czy Bad Wolf. Pierwszy stanowi wypowiedź na temat wzbierającego strumienia informacji, które chłoniemy coraz bardziej bezkrytycznie i sprawując nad nim coraz mniejszą kontrolę – a wszystko to ubrane w piękną metaforę czipów ukrytych w głowie. Drugi z kolei satyryzuje – z nieuniknioną dozą hipokryzji – uzależnienie od telewizyjnej rozrywki. Można wspomnieć jeszcze o Partners in Crime, pokazujące, do jak drastycznych środków możemy się posunąć, byle tylko stracić parę kilogramów.

Fot. BBC

Fot. BBC

A wpływ człowieka na świat? Wystarczy sięgnąć po Gridlock czy Poison Sky/The Sontaran Stratagem. W obu znaleźć można podteksty ekologiczne (odpowiednio: „spaliny doprowadzą do powstania wielkich, zmutowanych krabów” i być może nieco trafniejsze „spaliny są trujące”), choć mniej wyraźne niż satyra we wcześniej wspomnianych odcinkach. Ekologicznego przesłania można się za to dopatrywać w odcinkach takich jak 42 czy niedawne In the Forest of the Night, tworzących wizję wszechświata, gdzie wszystko jest żywe – a więc zdolne do działania, nawet słońce czy drzewa. A skoro są żywe, to mają prawo do niezakłóconego istnienia. Szczególnie 42 dobitnie tu przemawia, bo cały konflikt w tym odcinku rodzi się z eksploatacji surowców przez kosmicznych kolonizatorów. W In the Forest of the Night widziałbym przeciwwagę i uzupełnienie tej wizji: cały ekosystem współpracuje, by uchronić się przed katastrofą, drzewa wkraczają do miast nie z zemsty, lecz by pomóc ludziom.

Ten optymizm rozciąga się też na wizję przyszłych losów naszej planety. Choć dzisiaj nie rysują się one w szczególnie jasnych barwach i można żywić pewien niepokój co do tego, jak się potoczą, Doctor Who mówi nam, że wszystko będzie dobrze – w The End of the World Ziemia spotyka swój naturalny koniec. Jak mówi Doktor: Wy, ludzie, cały czas myślicie o śmierci, może zabiją was jajka, wołowina, globalne ocieplenie albo asteroidy. Nie dopuszczacie do myśli niemożliwego: że może uda wam się przetrwać. I rzeczywiście, zawsze czemuś udaje się przetrwać, czy jest to ostatni Władca Czasu, dwoje przedstawicieli kosmicznej rasy wykrywającej poczucie winy czy skórzasta błona rozciągnięta na ramce.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Everybody lives! A skoro już o człowieku i jego wpływie mowa – temat przyszłych losów ludzkości jest w Doctorze Who często podejmowany. Optymistyczne przekonanie, o którym mówił Artur – że wbrew wszelkim zagrożeniom przetrwamy i rozprzestrzenimy się po kosmosie – wydaje się sięgać korzeniami lat 60., kiedy serial powstał. Była to wszak złota era science fiction, a także czasy wyścigu kosmicznego, epoka entuzjazmu dla podróży w gwiazdy i wiary w czekającą tuż za rogiem utopię. DW w jakiś sposób przechował w sobie ten optymizm aż do dziś, wbrew raczej ponurym faktom: budżet NASA z roku na rok maleje, o podróży na Marsa ledwie się czasem przebąkuje, a w roku 2011 na emeryturę przeszedł ostatni z wahadłowców kosmicznych, Atlantis.

Ludzie przyszłości w doktorowym uniwersum tak naprawdę niewiele się różnią od ludzi współczesnych. Są może bardziej skłonni do współpracy, może potężniejsi technologicznie, ale wciąż kłótliwi i chciwi, wciąż podzieleni i nękani setką problemów naraz. Najwyraźniej o utopię wcale nie tak łatwo – nawet w odcinku o takim tytule planeta Utopia okazała się tyko pięknym kłamstwem. Nie oznacza to jednak, by DW pokazywał ludzkość cynicznie czy wróżył jej upadek. Wręcz przeciwnie. Nawet mimo silnych wątków transhumanistycznych, wszystkich tych cyborgów, świadomości zapisywanych w komputerze i zamiany ciał, ludzie spotykani przez Doktora najczęściej po prostu dobrze sobie radzą, pracując, marząc, żyjąc i umierając tak samo jak na Ziemi. Wygląda na to, że natura ludzka jest zwyczajnie niezmienna – finał sezonu trzeciego pokazuje nam resztki Homo sapiens stłoczone na ostatniej planecie u kresu wszechświata, wciąż wyglądające tak samo jak my.

Co ciekawe, wygląda na to, że choć opanujemy podróże międzygwiezdne, nigdy nie nauczymy się podróżować w czasie. Co za dużo, to niezdrowo?

Fot. BBC

Fot. BBC

Artur: Być może; Władcy Czasu, którzy technologię podróży w czasie posiadają, spoczęli na laurach i popadli w dekadencję. Choć mogą się jawić jako nadludzie, zdolni kształtować rzeczywistość w sposoby, których nie jesteśmy sobie w stanie do końca wyobrazić, to zdają się niechętnie korzystać z tej mocy. Może dlatego, że wiedzą o swojej moralnej niedoskonałości (wystarczy wspomnieć słowa: Time Lord Victorious)? Wpasowywałoby się to w Twoje wcześniejsze spostrzeżenie, że rozwój techniczny nie czyni nas wcale doskonalszymi.

Poza tym jednak rzeczywiście wątków transhumanistycznych jest mało. Myślisz, że Doctor… ucieka w ten sposób od problemu? A może przeceniamy wpływ nowych technologii? Gdy czytam książki historyczne albo literaturę dawnych epok, często uderza mnie, jak zasadniczo podobne było życie ludzi dawniej i teraz. Może z przyszłością będzie podobnie? Byłaby to jednak wizja dość niepopularna, a przez to intrygująca: mam wrażenie, że we współczesnej fantastyce naukowej dominuje raczej przekonanie o linearnym rozwoju, który doprowadzi nas do Osobliwości: momentu, w którym świat przybierze formę niewyobrażalną dla wszystkich, którzy żyli wcześniej.

Nieco podobnie ma się sprawa z kosmitami. Współcześni twórcy sf (że wspomnę jednego z popularniejszych, Petera Wattsa) starają się przedstawić obcych jako… No właśnie, Obcych – to znaczy fundamentalnie innych od nas, tak bardzo, że porozumienie między gatunkami jest wręcz niemożliwe (patrz: Ślepowidzenie wspomnianego autora). Tymczasem w Doctorze Who nie napotykamy takiego problemu. Porozumienie zawsze jest możliwe, bo kosmici chcą rzeczy, które łatwo nam zrozumieć, nawet jeśli nie są to dobre pragnienia. Wyraża to nawet piękna metafora TARDIS będącej doskonałym tłumaczem (tłumaczką?), umożliwiającą porozumienie na poziomie językowym. I wielokrotnie spotykamy się z sytuacją, w której do konfliktu dochodzi tylko dlatego, że jedna ze stron odmawia negocjacji czy pójścia na kompromis. Nie jest ono niemożliwe samo w sobie. To podobieństwo między ludźmi i kosmitami jest zresztą podkreślane często antropomorficzną formą tych drugich – więc może ograniczenia budżetowe działu efektów specjalnych nie zawsze są czymś złym.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemek: Doctor Who pełen jest, jak się okazuje, wątków obecnie w science fiction niepopularnych. Przyznajmy, że kosmos pełen (w dużej mierze życzliwych) kosmitów to też idea niedzisiejsza, bliższa raczej wczesnym powieściom Asimova, Bułyczowa czy Strugackich niż obecnemu mainstreamowi SF. Chyba znów słychać echa lat 60. Ale z faktu, że w tym uniwersum żywe mogą się okazać nawet słońca, wynika jedna istotna kwestia. Otóż wszechświat jest w Doctorze Who miejscem tajemniczym, zagadkowym, domagającym się zbadania i poznania. Daleko mu do czarnej, zimnej, martwej próżni, jaką najczęściej dziś dostrzegamy, patrząc w niebo. Tym sposobem kluczowym elementem DW jako serialu science fiction okazuje się ciekawość świata, chęć poznania nieznanego, a więc idea leżąca u podłoża nie tylko fantastyki naukowej, ale też samej nauki.

Pasję odkrywcy i badacza bez wątpienia ma w sobie sam Doktor – a jednak trudno go jednoznacznie określić mianem naukowca. Bez wątpienia wyznaje światopogląd racjonalisty: kiedy w The Satan’s Pit napotyka dziwną bestię podającą się za Szatana, stwierdza, że nie raczej wierzy w istoty nadprzyrodzone – ale też stara się zachować otwarty umysł, co widać na przykład w Dark Water, gdy stwierdza, że właściwie od zawsze planował zbadać, czy faktycznie istnieje życie pozagrobowe. Doktor z pewnością posługuje się też tzw. metodą naukową, stawiając i falsyfikując hipotezy, przeprowadzając eksperymenty i używając dedukcji, by dotrzeć do prawdy. Nawet sama wiara w to, że na każde pytanie istnieje logiczna odpowiedź, wywodzi się z racjonalizmu. A jednak są też w Doktorze cechy zupełnie nienaukowe.

Fot. BBC

Fot. BBC

Artur: To prawda. Szczególnie jeśli myślimy o naukowcu jako o bezstronnym obserwatorze, Doktor zupełnie nie pasuje do tego wyobrażenia. Skłonność do ingerencji, mieszania się w sprawy innych, to jedna z jego najważniejszych cech, ta, która odróżnia go od obojętnych pobratymców, którzy co najwyżej obserwują z dystansu. I choć Doktorem powoduje ciekawość, to nie jest ona cechą nadrzędną. Mamy w kulturze wyobrażenia naukowców stojących nieco poza dobrem i złem, którzy dla rozwoju wiedzy naukowej postępują w sposób moralnie wątpliwy. Nie Doktor. Dla niego bycie siłą działającą na rzecz dobra jest zawsze najważniejsze. Można chyba zaryzykować tezę, że to budujący przykład kogoś, dla kogo nauka jest przydatnym narzędziem, które należy stosować do właściwych celów, ale nigdy cel sam w sobie.

Chyba pora na podsumowanie. Przewijającym się przez ten tekst wątkiem jest optymizm, ujawniający się w każdym wątku tematycznym, w wizji człowieka i jego relacji z otaczającym go światem. Nie jest to optymizm naiwny – zdarzają się w końcu porażki (na przykład cesarzowa Racknoss odrzuca pokojową propozycję Doktora; w The Doctor’s Daughter co prawda dochodzi do zakończenia wojny, ale dopiero wskutek tragedii). Jednak Doctor Who przypomina teksty Złotej Ery science fiction w tym, że świat jest tutaj miejscem zasadniczo przyjaznym i wartym eksploracji. O tym, jak ważny dla serialu jest ten element, niech świadczy fakt, że jedną z podstawowych funkcji, jakie pełni Doktor wobec towarzyszy, jest właśnie rozbudzenie ciekawości i chęci poznawania świata.

Fot. BBC via thewebsiteofdoom.com

Fot. BBC via thewebsiteofdoom.com

Przemek: Spróbujmy zatem na koniec jeszcze raz odpowiedzieć na postawione w tytule pytanie. Czy Doctor Who to serial science fiction? Tak, zdecydowanie. Więcej nawet – jest to być może jedyny prawdziwy serial science fiction. Tylko w nim zachowała się ciekawość świata, bez której fantastyka naukowa (oraz nauka) nigdy by nie zaistniały.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)