Fot. ABC Family

Opowieści wigilijne

Artykuł zawiera spoilery z tegorocznych odcinków świątecznych wielu różnych seriali.

Tematyczne odcinki Gwiazdkowe? Jak je ugryźć, jak napisać, żeby miały w sobie coś z Bożego Narodzenia, ale także jakikolwiek sens i chociaż cień świeżości? W jakim świetle pokazuje się święta w serialach? Postanowiłam się przyjrzeć tegorocznym produkcjom, żeby to wyjaśnić.

Fot. ABC Family

Fot. ABC Family

Intuicja, a także wcześniejsze doświadczenia podpowiadały mi, że twórcy idą zwykle w jednym z trzech kierunków:

1. Podejście klasyczne, czyli skupiamy się na cudowności świąt, wzruszeniach, pojednaniach, przebaczeniach i wyznaniach miłości, czarach i dziwach, aktach miłosierdzia, nieprawdopodobnych happy endach, w skrócie: pokazujemy okres Bożego Narodzenia jako czas absolutnie, a bywa, że i dosłownie magiczny. Czas specjalny, deus ex machina rozwiązujący nagromadzone problemy. Przepełniony mocą. Skupiony na wartościach rodzinnych, wzajemnej miłości, przyjaźni, trosce. To zdecydowanie najczęściej wykorzystywana konwencja. W fajnej opcji może to być wiktoriański odcinek Doctora Who, a w nieco gorszej kolejna komedia romantyczna z cukierkowym zakończeniem. A jeśli chodzi o magię, pamiętajcie, że „Duch Świąt” to także Opowieść Wigilijna i odrobina przejmującego dreszczykiem, tajemniczego mroku.

2. Podejście odwrócone, czyli jesteśmy wredni i choć nie rezygnujemy ze wzruszeń, tradycyjnej symboliki, a nawet klasycznego klimatu, usypiamy tym anturażem czujność widza, zrazu serwując mu miły nastrój i cudną atmosferę świąt. Dzwoneczki, reniferki i choinki zjawiają się w kadrze dla kontrastu; tylko po to, by w toku fabuły doszło do tym mocniej oddziałującej tragedii, najchętniej śmierci jednego z głównych bohaterów albo do jakiejś znaczącej katastrofy, rozstania, tąpnięcia, przed którym „Duch Świąt” bynajmniej nikogo nie uratował. Jakby twórcy mówili – a-ha! Wydawało się Wam, że będzie milusio! Nabraliśmy Was! Życie to nie bajka! Boże Narodzenie to nie czary-mary! Od narodzin do śmierci droga bywa krótka i raptowna! Życie i śmierć nie bez przyczyny stanowią swoje przeciwieństwa – to dwie strony tej samej monety. Klasycznym przykładem byłby tu Gwiazdkowy odcinek Downton Abbey parę sezonów temu, w trakcie którego szokująco ginie Matthew. Chusteczki w dłoń i łkamy. Bo przecież wszystko nadal jest podszyte pewną epickością, podniosłością i wyjątkowością. Wzruszeń nie brakuje również w tym typie narracji, ale przy okazji dowiadujemy się, że Gwiazdka to także cierpienie, dramat i nagła śmierć.

3. Podejście rozrywkowe, czyli święta i świąteczny nastrój stanowią niczym niezmąconą zabawę, eksplozję radości, a nawet głupawek, komedii sytuacyjnej, slapsticku, skierowaną głównie dla dzieci lub osób o – łagodnie rzecz ujmując – dziecinnym poczuciu humoru. W tej opcji na Gwiazdkę patrzymy z przymrużeniem oka, a w niektórych wersjach ironicznie lub cynicznie, wyśmiewając jej nieco zapyziały klimat i komercyjny charakter. Bawimy się Bożym Narodzeniem, po prostu. Przodują tu oczywiście sitcomy i kreskówki dla dorosłych, np. The Simpsons czy Family Guy. Ale odcinki prześmiewcze wcale nie są częste, bo w skrócie chodzi o usunięcie elementu melodramatu i wzruszenia, a ograbienie fabuły z tych zmiennych może się okazać zabójcze. Początkowa drwina prowadzi więc zwykle w serialach do konwencjonalnego, szczęśliwego zakończenia. Nie można igrać z potęgą świąt!

Większość produkcji balansuje pomiędzy wyżej opisanymi podejściami i wytrwale szuka sposobu, jak nie zatraciwszy pewnej mocy, płynącej z „kompleksu wyobrażeń”, jakim jest Gwiazdka, równocześnie ją zdekonstruować, odgrzać w mikrofali i poudawać, że jest dopiero co upieczonym, apetycznym ciasteczkiem.

Fot. FOX

Fot. FOX

Jak było w tym roku?

W sitcomach bez najmniejszych zaskoczeń. The Big Bang Theory poszło klasyczną ścieżką i pokazało nam uroczysty obiad w klimacie wiktoriańskim, z żarcikami nierujnującymi specjalnie pozytywnej atmosfery, z kolędami, choinką, wręczaniem prezentów, czego apogeum była scena miłosnych wyznań między najbardziej aspołecznym amantem w telewizji, Sheldonem, i jego wierną połowicą, Amy. Istny cud świąt Bożego Narodzenia – usłyszeć coś takiego z ust tych bohaterów! Zakończyć odcinek na tak górnolotnej nucie! Klasyka w stu procentach i zęby cierpnące od nadmiaru cukru. W Brooklyn Nine-Nine mieliśmy zabawny akcent na starcie, bo detektyw Peralta czatował na złodzieja przebrany za Świętego Mikołaja, a potem biegał za przestępcą, potykając się o swój sztuczny brzuch i sztuczne pośladki. Ale wymowa odcinka była już zdecydowanie wzruszająca, ponieważ powróciliśmy do głównej love story serialu, czyli skrywanych uczuć łączących Peraltę z panią detektyw, także noszącą imię Amy. Było romantycznie, przecież to święta.

New Girl z kolei premiowało przyjaźń, pokazując, jak to wszyscy współlokatorzy murem stają za rozdartą emocjonalnie Jess, solidarnie wspierając ją w rozterkach i namawiając na podróż do Londynu, w celu spotkania z brytyjskim ukochanym. Mamy więc przyjaźń, miłość, wyrzeczenia i klasyczny dla serialowych Gwiazdek motyw podróży – tu odcinek dzieje się na lotnisku. Jest kilka zwrotów akcji, sprintów do stanowiska odprawy, rezygnacji z podróży w ostatnim momencie, opóźnionych samolotów, a także złotych myśli wygłaszanych mimochodem. Dominujący jest jednak nastrój wspólnoty, ciepła, bliskości. I wszystko w zasadzie kończy się dobrze. Czyli bez niespodzianek. Klasyczna ścieżka. Wieje nieco nudą. Tak samo w 2 Broke Girls. Mamy zgryźliwości i narzekania na absurdy świątecznej gorączki, kilka prób szokowania publiczności (polska szefowa firmy sprzątającej, Sophie, rywalizuje z koleżanką w konkursie na najlepszą świąteczną dekorację, przygotowując kontrowersyjną żywą szopkę), ale i tak wszystko zmierza w stronę szczęśliwego zakończenia. Przez dotychczasowe sezony przywykliśmy do tego, że próby wzbogacenia się tytułowych Spłukanych Dziewczyn spalają na panewce, a tu nagle nie dość, że produkowane przez nie t-shirty z cupcake’ami stają się finansowym sukcesem, to jeszcze bank udziela bohaterkom kredytu. Most unlikely!

Fot. CBS

Fot. CBS

W About a Boy Will odgrywa rolę marudnego Grincha czy też Scrooge’a, oświadczając ostentacyjnie, że nie obchodzi świąt, gdyż ze wszech stron słychać wtedy znienawidzoną piosenkę; tę, która jest jego głównym źródłem dochodów w dorosłym życiu. Dodatkowo bohater nie utrzymuje żadnych kontaktów ze swoją rodziną. To zadanie dla sąsiadów i przyjaciół, odcinek dotyczy „naprawienia” skandalicznej postawy wyalienowanego kawalera. Aby odnaleźć zaginiony dokument – rękopis słynnej piosenki, a także sens świąt, Will w towarzystwie Marcusa, którego nazywa tu żartobliwie „małym Timmy’m”, odwiedza miejsca z przeszłości, można powiedzieć – duchy dawnych dni. W rezultacie tej rozegranej w dwadzieścia minut Wigilijnej Opowieści godzi się ze swoim tatą, a w scenie końcowej gra muzyka, pada sztuczny śnieg, świecą się światełka, wszyscy są szczęśliwi i celebrują Gwiazdkę. Niestety, uczucie sztampowości fabuły ciężko z siebie strząsnąć i towarzyszy nam przez cały czas oglądania.

Jeśli chodzi o dobrą zabawę, zawsze można (spróbować?) liczyć na kreskówki dla dorosłych. W Family Guy mamy w tym roku multum złośliwych komentarzy odnośnie komercyjnego aspektu świąt, a temat odcinka to próba rozdziewiczenia – z okazji nadchodzących urodzin! – dwutysiąclatka Jezusa, który niestety „w koledżu przyjaźnił się z prostytutką, ale szybko wkroczyli w friend zone, a potem umarł i nie zdążył nikogo zaliczyć…”. Żarcików jest co niemiara, ale w końcu i tak okazuje się, że chodziło o świąteczne pogodzenie, rodzinne wartości i happy end pod choinką. Świąteczną wędrówkę szlakiem niezałatwionych spraw i stopniowej rezurekcji odbywa Homer Simpson, wyrzucony z domu przez żonę po tym, jak zachował się skandalicznie, nie wracając do rodzinnego gniazdka na Wigilię. Wszystko znowuż kończy się family reunion, ale nastrój odcinka jest znacznie bardziej stonowany niż w przypadku Family Guy i w jakimś sensie głębszy, spójniejszy, nieopierający się wyłącznie na gagach. Wniosek płynący z tegorocznego Gwiazdkowego odcinka Simpsonów jest taki, że nawet jeśli nie cierpimy spędzać świąt z rodziną, to samotne święta są o wiele, wiele gorsze. I owszem, w wymienionych animacjach jest zabawa, powody do śmiechu, ale szczególnie w Family Guyu, stuprocentowo reprezentującym kategorię numer trzy, nic z tego nie wynika.

Fot. FOX

Fot. FOX

Na świąteczny epizod The Vampire Diaries zerknęłam wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, bo serial porzuciłam jakieś dwa sezony temu. Wróciłam na chwilkę, ciekawa, czy będzie krypnie, skoro Duch Świąt opanować ma uniwersum pełne nadnaturalnych stworzeń zamieszkujących mistyczną mieścinę na peryferiach USA. No cóż, jeśli chodzi o skomplikowaną rodzinną dramę, Pamiętniki wygrywają w przedbiegach. Z jednej strony mamy tu próbujące się wzajemnie unicestwić (z powodów zawiłych, niejasnych i rytualnych) rody czarownic i pokolenia wampirów. Każdy chce każdego wyssać z mocy, pozbawić życia, złożyć w ofierze. Nienawiść jest jedyną silną emocją, na jaką się natkniecie. Chcecie rodzin, w których są same czarne owce? Proszę uprzejmie! Z drugiej strony mamy sielankowe retrospekcje jakichś dawnych czasów, gdy wszyscy byli piękni, młodzi i śmiertelni (ciekawe, kiedy to było?).

Duchem Świąt jest tu oczywiście biedna, martwa, tkwiąca między światami w eterycznej formie Bonnie i to jest – przyznaję – całkiem trafny wybór narracji. Scenerią do ewentualnej refleksji ustanowiona zostaje doroczna ceremonia ubierania miejskiej choinki – wiadomo, w Mystic Falls każda okazja jest dobra do wystawnego świętowania. Równolegle oglądamy szarpaninę i zmagania rodzinki wiedźm, sztylety, zaklęcia, zakuwanie w łańcuchy, cmentarze i las – same all, same all – i nieco bardziej Gwiazdkowy wątek mamy Caroline, dzielnej pani szeryf, która, jak się okazuje, jest śmiertelnie chora i trafia do szpitala. No i oczywiście nikt nie wpada na pomysł, żeby ją „zwampirzyć”, liczą się wszak sezonowa depresja i łzy. Tymczasem honorowy śmiertelnik Matt przeżywa swoje niebezpieczne przygody. Mamy też na koniec coś w rodzaju Gwiazdkowego reunion braci Salvatore. Napiszę tyle, że zgadzam się z Damonem, który mówi o głównym złym czarowniku, że „naprawdę, naprawdę nienawidzi tego dupka”. Tak paskudnego chłopca nie było jeszcze w tym serialu. I gra fatalnie. Ogólnie odcinek okropny, najgorszy z dzisiejszego zestawienia, a Gwiazdka dodatkowo przeszkadzała, nie była w nim zupełnie potrzebna.

Fot. The CW

Fot. The CW

Kolejni na liście byli Bibliotekarze. Nad nimi także unosił się klimat lekkiej ironii – Wężowe Bractwo porwało i usiłowało zabić wyjątkowo denerwującego Świętego Mikołaja: awatara i jednocześnie rezerwuar Dobrej Woli, który okazjonalnie występuje także pod postacią żartownisia Nicolasa albo gniewnego Odyna. Cel Bractwa? Skłócenie wszystkich ludzi na świecie. No i przejęcie nagromadzonej wewnątrz Mikołaja mocy. Sprytny i dogłębnie przemyślany plan, doskonale świadczący o tej mrocznej organizacji, prawda? Włącznie z kradzieżą Mikołajowych sań? Ech… Ale było kilka miłych akcentów, na przykład setting, bo rzecz działa się po części w Gwiazdkowym Londynie. No i Christian Kane ze swoimi lekko zblazowanymi one-linerami. Architecture is just art we live in”. Co jeszcze… Mikołaj, mówiący o sobie w trzeciej osobie, konkurs na „kto jest bardziej grumpy” między Nickiem a Eve, nie obyło się też bez obrazka z wymiotującym Santą. Ogólnie dostaliśmy nie za bardzo udany odcinek The Librarians, nazwałabym go czerstwym. A może po prostu to serial ze zbyt małym dorobkiem, by sobie móc pozwolić na epizod Gwiazdkowy? To raptem czwarty odcinek pierwszego sezonu! Jak się skończyło? Osoba najbardziej sceptyczna wobec świąt i ich magii została ich gorącym, aktywnym orędownikiem i na jedną noc stała się Mikołajem, czyniąc cuda. Wszystko kończy się świąteczną wyżerką i prezentami. Miało być wzruszająco, ale nie zadziałało, przynajmniej nie na mnie. Źle rozłożone akcenty, nie udało się nic szczególnego wyczarować.

Fot. NBC

Fot. NBC

Żeby się otrząsnąć z nudy zaprawionej niesmakiem, ale pozostać w podobnej stylistyce, obejrzałam świąteczny odcinek Grimm – zeszłoroczny epizod z Kampusem, złym demonem świąt, był przecież całkiem niezły. Serial nie zawiódł także w tym roku, utrzymując równy, choć niespecjalnie wysoki poziom. Grimm to serial operujący konwencją „potwora odcinka” i pełnymi garściami korzystający ze światowego folkloru, a świąteczne zwyczaje to przecież coś więcej niż oficjalny przekaz Ewangelii. „Magia świąt” z zasady kłóci się z chrześcijaństwem, cofając nas do czasów pogańskich wierzeń, prawda? Świąteczne czary są wyjątkowo prastare i wredne? Choinka, drzewo stojące w domu, rytualnie przyozdabiane? Prezenty, tajemnicze dary, składane pod drzewem? Dzwoneczki? Does that ring any bells? Zgodnie z powyższym odcinek Gwiazdkowy eksploruje pogański aspekt świąt. Mamy w nim psotne, dorastające dzieci, wyglądające podczas zimowego przesilenia, po zmroku, niczym gobliny, niszczące wszystko co związane ze świętami, ale łatwo można je oszukać, bo jak się okazuje, uspokajają się, gdy tylko ktoś im podsunie słodkie ciasteczka. A do tego te paskudne bachorki o świcie zamieniają się z powrotem w zupełnie zwyczajne, tylko nieco „pachnące męską szatnią” dzieci. Pod wieloma względami uroczy odcinek i w porównaniu z poprzednikami całkiem oryginalny.

Jeszcze lepiej było w Scorpion, gdzie świąteczny epizod tak mocno trzymał w napięciu i był tak stresujący, że w zasadzie zatracił jakąkolwiek „Gwiazdkowość”. Walter z ekipą próbowali uratować chłopca uwięzionego w jaskini pod ziemią – i pod wodą, bo rzecz działa się nad brzegiem morza. Nurkowanie, wąskie korytarze, klaustrofobiczne kadry i nieustanne poczucie zagrożenia zdominowały klimat. Musiałam wiele razy przerywać seans, bo nie byłam w stanie znieść nerwów, jakie we mnie budził. Nawet pomimo tego, że konwencja serialu, nie mówiąc już o konwencji Gwiazdki, sugerowała rychły happy end. I to był dobry epizod. Rozmowy o „cudzie świąt” i o podejściu, jakie mają do ich obchodzenia poszczególni członkowie drużyny, a także wieńcząca odcinek wigilijna uczta, pozostały na marginesie. Świąteczny był za to sam ludzki wymiar toczącej się sprawy – nie było to zadanie zlecone przez rząd, a przypadkowe i tragiczne wydarzenie, które mogło zostać rozwiązane wyłącznie dzięki temu, że cudownym trafem we właściwym miejscu znaleźli się właściwi ludzie, czyli geniusze. Jak się mocniej zastanowić, był to przekaz dość pragmatyczny: nie ma magii, ale w niektórych ludziach drzemie niezwykła siła.

Fot. ABC Family

Fot. ABC Family

Na koniec zostawiłam sobie seriale, które naprawdę lubię i śledzę z przyjemnością. Z pewnym lękiem przystąpiłam do oglądania Gwiazdkowego epizodu Chasing Life, to wszak serial o młodej dziewczynie zmagającej się z białaczką, opowiadający o chemioterapiach, omdleniach, słabości i namacalnej perspektywie śmierci. Urwaliśmy serial w momencie, gdy jednemu z bohaterów zostały mniej więcej trzy miesiące życia, chyba że podejmie ryzykowną decyzję o operacji (okazja do wzruszeń w razie Gwiazdkowej Śmierci i furtka do medycznego cudu), gdy matka bohaterki próbowała zaprzeczyć uczuciom do brata swego zmarłego męża (romans wiszący w powietrzu, prawdziwa miłość), a oprócz tego rodzinny sekret – zmarły mąż miał nieślubną córkę, której istnienie wyszło na jaw, a która oficjalnej rodziny nie chciała znać – wyrywał się na wolność i domagał rozwikłania oraz rozwiązania (okazja do epickiego pojednania). Wszystkie trzy wątki stanowiły doskonałą podstawę, by stworzyć odcinek jadący po emocjach i do zastosowania nierealnych rozwiązań, czyli fabularnych skrótów, posiłkując się „magią świąt”. Nieprawdopodobieństwem.

Po obejrzeniu odcinka okazało się, że moje intuicje nie były przesadzone. Dostaliśmy uderzeniową dawkę nastrojowej, kristmasowej muzyki. To był odcinek, w którym głównej bohaterce wypadły wszystkie włosy. Ale rodzina postanowiła przyozdobić Gwiazdkowo jej szpitalny pokój i generalnie okazać wsparcie. Yay! Niestety mama April była przeziębiona i nie wolno jej było spędzić z córką świąt, zarazki mogłyby się wszak okazać zabójcze. Ale w końcowej scenie dzielna mama stoi za oknem, przed szpitalem, z małą choineczką, i rozmawia z córką przez telefon. Łzy wzruszenia i bólu! Wigilia prze Skype’a. Wyrzuty, kłótnie, awantury. Dziecięce zabawy jako ostatnie życzenie umierającego pacjenta. Najbardziej romantycznym momentem odcinka jest ten, w którym on goli jej włosy, zanim całkiem wypadną. I na znak solidarności sam też goli się na zero. Ona: You look like an alien! On: You look like a baby! Ona, śmiejąc się: I feel like one. Romantyczne, prawda?

Fot. ABC Family

Fot. ABC Family

Ale w końcu rzeczywiście następuje globalne pojednanie podzielonej sprzecznymi opiniami i interesami rodziny, a także wyznanie większości ciążących sekretów. Choć żadna z wymienionych powyżej historii nie wybrzmiewa do końca, wszystkie zostają poruszone i pchnięte o jeden ruch do przodu. Nie wiemy niestety, jak skończy się operacja guza mózgu, na którą decyduje się Leo, bo zostawiamy naszego ulubieńca na stole zabiegowym, ale mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Scott Michael Foster jest przecież gwiazdą serialu! I pamiętajcie, jeśli czeka Was poważna operacja, zadbajcie, by datę ustalono na 25 grudnia, wtedy szanse na powodzenie rosną! ;)

Koniec końców nikt w odcinku nie umarł, a wszystkie tarcia i problemy zostały złagodzone i rozwiązane w rytmie Jingle Bells oraz przy rzewnych melodiach kolęd. Wiodącym tematem okazała się jednak nie miłość czy choroba, a rodzina, siła rodzinnych więzi, tradycji, waga wsparcia ze strony bliskich i potęga „trzymania się razem”. Znów klasycznie!

Fot. ABC Family

Fot. ABC Family

Na koniec zostawiłam odcinek, który jak się okazało najbardziej mi się spodobał, i jako jedyny wycisnął z moich oczu łzy wzruszenia, a był to świąteczny odcinek Switched at Birth. Jak się zapowiadało? Intrygująco! Mówimy przecież o serialu, który choć bardzo pozytywny, to jednak wzorowo unika lukru i nachalnej dydaktyki, pozostając od kilku sezonów produktem przede wszystkim bardzo mądrym. I ta właśnie cecha uchroniła twórców odcinka od popadnięcia w kicz, a pozwoliła im na trafne zastosowanie świątecznych metafor i nakręcenie czegoś, co broni się po prostu jako dobra fabuła, a nie tylko świąteczny zapychacz.

Daphne i Bay w owym magicznym czasie, patrząc na nieporozumienia, w których pogrążona jest patchworkowa rodzina, dzieląc się świątecznym rogalikiem, wyrażają życzenie: „wish we never switched”. Dalej jest już z górki – uważaj, czego pragniesz! Magia świąt lubi uczyć nas prawd o życiu, więc puff! i oglądamy odcinek, w którym zamiany dzieci w szpitalu nigdy nie było, czyli alternatywną rzeczywistość. Przyszywane siostry, świadome magicznej zamiany, budzą się w zupełnie innym świecie i mogą przetestować, jak potoczyłoby się ich życie, gdyby nie epizod w szpitalu. Głucha od dziecka Daphne – słyszy! Bay natomiast okazuje się być tą, która w dzieciństwie straciła słuch i teraz możemy doświadczyć wszechogarniającej ciszy razem z nią. Toby zamiast najrozsądniejszego dziecka w rodzinie okazuje się być młodym buntownikim, Daphne trenuje do olimpiady, a Bay ma w planach swoją własną wystawę. Im głębiej i dalej, tym jednak coraz mniej różowo. Kennishowie okropnie się kłócą, Regina walczy z alkoholizmem, Bay i Emmett nie są w tej wersji wydarzeń parą. Okazuje się, że trudne przejścia z „prawdziwego świata” tak naprawdę wzbogaciły życie dwóch rodzin, metodą bolesnych prób i błędów ucząc empatii, poszerzając horyzonty, rozwijając. Zamiana dzieci w szpitalu stała się więc w pewnym sensie zmianą na lepsze.

I wiecie, powyższe streszczenie nie oddaje tego, jak dobrze i dojrzale potraktowano temat oraz jak precyzyjnie został napisany scenariusz. Żadnych tanich chwytów, a Duch Świąt wprowadzony był na scenę z należytym szacunkiem. Dodatkowo magia nie była tylko zakładana w scenariuszu i udawana, bo przecież trzeba, ale rzeczywiście odczuwalna. Fabuła porywała za sobą, nawet jeśli operowała wieloma klasycznymi motywami.

Fot. ABC Family

Fot. ABC Family

Dla nas, widzów, w tym dla mnie, była to świetna okazja do śmiechu, głębszej refleksji, zabawy konwencją „co by było, gdyby” i wreszcie do prawdziwych wzruszeń. Koniec końców dostajemy najfajniejszy i najinteligentniejszy z tegorocznych odcinków Gwiazdkowych. I choć kończy się klasycznym happy endem, to jako jedyny emanuje świeżością i autentycznie bawi. Przywrócił mi wiarę w skostniałą nieco konwencję i pokazał, że wciąż można w niej osadzić dobry odcinek specjalny! Polecam go nawet osobom, które na co dzień nie oglądają serialu.

Uff… to chyba tyle, kończę tytaniczną pracę i idę obejrzeć jakiś horror albo co najmniej psychologiczny dramat z brutalnym zakończeniem. Wesołych świąt?

P.S. O Gwiazdkowych epizodach Pretty Little Liars, Doctora Who, i Black Mirror (na)piszą na Pulpozaurze inni autorzy. A co Wy oglądaliście w tym roku?

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.